sobota, 1 sierpnia 2015

Good Ole Vampyres – wieczór czwarty: zwykły drapieżnik

Szeroko rozpowszechniony jest pogląd, że po to, by przedłużyć istnienie gatunku, wampiry muszą doprowadzić w jakiś sposób do tego, by człowiek skosztował ich krwi; potem, gdy człowiek taki umrze, zmartwychwstanie już jako wampir. Tego typu przekonanie należy określić jako czysty przesąd. Ci, którzy umierają w wyniku jednorazowej napaści czy też długotrwałej „eksploatacji” przez wampiry, pozostają już martwi, a poza tym wampiry to ssaki – dosyć specyficznego rodzaju, rzecz jasna – i rodzą się nie inaczej tylko właśnie jak ssaki.
B. Leman „Pielgrzymka Clifforda M.”

Swego czasu w „Nowej Fantastyce”, bodajże Konrad Lewandowski, opublikował cykl artykułów na styku fantastyki i nauki pod wspólnym tytułem „Alternatywy ewolucji”. Taka zabawa w „co by było gdyby”. Na przykład, gdyby owady nie były w swych rozmiarach ograniczone niewydolnym mechanizmem oddychania poprzez dyfuzję stężeniową (upraszczam, mechanizm ten jest bardzo wydolny, ale do pewnego, progowego rozmiaru ciała). Co by wtedy było? No pewnie nie byłoby nas, bo z chrząszczem wielkości psa nikt by sobie rady nie dał – homo sapiens nie zdążyłby wymyślić niezbędnych mu do walki narzędzi, nim by go eksterminowały gigantyczne mrówki, chrząszcze i co większe muchy. Jednym z takich analizowanych scenariuszy alternatywnych (prócz tych megaowadów) był wariant człowieka drapieżnego. Co by było gdyby człowiek miał kły i pazury? Do tego refleks, szybkość i wyostrzone zmysły drapieżnika? Nie traciłby czasu na wymyślanie narzędzi do walki. Nie potrzebowałby ognia (za drapieżnością szła by w zestawie specyficzna budowa układu pokarmowego). Zająłby się czymś innym. Na przykład – rozwijał sztukę i religię. To jeden z wariantów.
    Bob Leman w „Pielgrzymce Clifforda M.” (też swego czasu publikowanej na łamach starszej jeszcze „Fantastyki”) przedstawia inną wizję. Nie wiem dla kogo bardziej koszmarną – dla ludzi, czy też dla żyjących obok nich wampirów.
   Wampir u niego jest ssakiem. Samica w miocie rodzi od ośmiu do dwunastu szczeniąt i w związku z tym ma adekwatną liczbę sutków (czy widział ktoś dorosłego wampira bez ubrania? ja też nie). Cały cykl rozwojowy wampirów jest niezwykle długi: ciąża trwa prawdopodobnie dziesięć lat, zaś młode karmione są mlekiem przez dwa lata, w czasie których samica karmiona jest wyłącznie ludzką krwią przynoszoną przez samca. Gdy małe zostają odstawione od piersi, dobrze, by na podorędziu znajdował się nieprzytomny człowiek, by mogły od razu posmakować świeżej krwi. Młode są pokryte czarną, gęstą sierścią do osiągnięcia wieku lat około piętnastu. Trzeba przyznać, że wtedy są wielkością i posturą podobne dzieciom pięcioletnim. Stad wampiry wydają się nieśmiertelne, gdyż w wieku stu lat są żwawi niczym trzydziestolatkowie. Autor dalej opisuje zwyczaje wampirów językiem publikacji popularnonaukowej, tak, że podświadomie oczekiwałem, iż ostatnie zdanie brzmieć będzie: „czytała Krystyna Czubówna”. Ale po kilku stronach głos narratora zmienia się na Bogusława Wołoszańskiego i oto stajemy przed zagadką tytułowego bohatera, którego koleje losu narrator próbuje zrekonstruować na podstawie skąpych źródeł.
   Clifford M. jest Tarzanem czy też Mowglim au rebour. Na znajdujące się w jaskini gniazdo wampirów przypadkiem trafia młody chłopak w czasie polowania. Zabija większość szczeniąt, a jedno, które wpiło mu się kłami w podeszwę buta, zabiera do domu i trzyma w klatce. Stworzenie (bardziej małpie jeszcze podobne niż człowiekowi) ucieka jednakowoż po kilku latach, by znów wpaść w ręce ludzi po siedmiu kolejnych latach. Tym razem już wygląda na człowieka na tyle, że miejscowy pastor bierze „dzikiego chłopca” na wychowanie i zauważa w nim niepospolitą inteligencję. Gdy znów ucieka (a każda jego ucieczka zaczyna się od osuszonych zwłok aktualnego opiekuna), odnajduje się na... Harvardzie. Narrator przypuszcza, że musiał uczęszczać tam na zajęcia, skoro uzyskał dyplom. Źródła także świadczą o tym, że jego przychodząc na uniwersytet miał już rekomendacje pewnych kręgów socjety. Po osiągnięciu dojrzałości płciowej wampiry nabywają szczególnej cechy, jaką jest zapadanie w niekontrolowaną śpiączkę o wschodzie słońca i pozostawanie w tym stanie do zmierzchu. Dlatego Clifford M. musiał zrezygnować z posady maklera giełdowego, lecz jako inwestor nadal odnosił sukcesy pracując nocami. Proszę, zapamiętaj to, gdy będę opowiadał o wampirach u Petera Wattsa.
   Już jako człowiek majętny wycofał się z życia i zajął się poszukiwaniami wampirów. Domyślał się, czuł już kim jest. Fakt, że przez różnice anatomiczne nie mógł uprawiać seksu z kobietami także był oczywistym dowodem na to, że nie był człowiekiem. Postanowił szukać swoich. Mowgli postanowił wrócić do wsi.
   Ale wampiry „naturalne”, mimo iż nie tak oczytane jak Clifford, ukrywały się dosyć dobrze. A w tym czasie trójka pewnych ludzi domyśliła się działania wampirów w pewnym rejonie Apallachów. Przybywają na miejsce i zastają tam Clifforda M., który się do nich przyłącza. W tym miejscu narracja przestaje mieć formę gawędy, czy też wykładu, a wpada w normalne tory opowieści przetykanej dialogami. I widzimy tę zimną kalkulację wampira, który pod płaszczykiem poszukiwań wampirów przyjmuje swoich potencjalnych oprawców pod dach i przez kilka tygodni ramię w ramię (oni w dzień, on w nocy), szukają w okolicy krwiopijców. Jest na tyle przebiegły, że ekipa poszukiwaczy nawet nie próbuje się zastanawiać, dlaczego ich gospodarz i „towarzysz broni” przesypia całe dnie i nie śpi po nocach.
   Tymczasem Clifford znajduje gniazdo wampirów. Są starzy. Mają chyba po trzysta lat, choć ciała ich są jeszcze sprawne. Natomiast nie ma możliwości nawiązania z nimi kontaktu. Słabo mówią po angielsku (wampiry mają swój język, lecz Clifford go nie zna), ich potrzeby są prymitywne, umysły – zdegenerowane, kontakt seksualny (Clifford zobaczył spółkującą parę) – odstręczający. Na domiar złego istnieje duże prawdopodobieństwo, że odnalazł swoich rodziców. Tego było już zbyt wiele. Clifford wraca do domu, zostawia list opisujący położenie kryjówki wampirów i ubrany w smoking dołącza do nich w gnieździe, by razem z nimi umrzeć z rąk swoich gości.
   Nie będąc człowiekiem i nie mogąc być wampirem staje wobec ostatecznej, hamletowskiej alternatywy i wybiera „nie być”.
   Światło słońca niszczy tkankę wampirów, kołek zabija. Po wbiciu kołka ciało wampirów zamienia się w proch. Reszta jest milczeniem.

Zdziwi was zapewne mój strój. Szczerze mówiąc, ja także nie bardzo wiem, co o tym myśleć. Przypuszczam, iż jest to ostatnia próba udowodnienia, że chociaż jestem jednym z tych odrażających stworzeń, to jednocześnie jestem jednak inny – i lepszy. Bez wątpienia jest również coś zabawnego w myśli, że gdy poczuję wbijający mi się w serce drewniany kołek, będę ubrany dokładnie tak, jak sam baron Dracula. Chociaż chyba ta analiza nie ma żadnego sensu. Nigdy jeszcze nie słyszałem o wampirze, który potrafiłby ocenić i docenić zabawność jakiejkolwiek sytuacji; (…)
(fragment listu pożegnalnego odnalezionego po śmierci Clifforda M.)
B. Leman „Pielgrzymka Clifforda M.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz