poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Międzygwiezdny poltergeist

Ani żar, który leje się z nieba cyklicznie, ani mnogość tematów, o których chciałbym Wam opowiedzieć, nie sprzyjają regularnym publikacjom blogowym.
   Mając kilka do połowy napisanych postów, zdecydowałem się dołożyć następny. O filmie „Interstellar”, który wreszcie niedawno obejrzałem. I srodze się rozczarowałem.
   Co było złego w tym filmie? Aktorstwo? Całkiem dobre. Pomysł fabularny? Dobry. Wizualizacja, zdjęcia, efekty specjalne – na piątkę. No to czego brakowało? W gruncie rzeczy – świeżości. Zasadniczo, to wszystko już było. Ludzie uwięzieni w pętlach czasowych byli już w „Terminatorze”. Nadawanie alfabetem Morsea przez „ducha” to czysty „Terminus” Dziadka Lema. Brewerie czasowo-grawitacyjne to znów Lem, tym razem w niezrównanym „Fiasku”. Bramy i tunele czasoprzestrzenne, modele zagiętych kartek, to już oglądaliśmy od „Gwiedznych Wojen”, przez „Gwiezdne wrota” do „Ukrytego wymiaru”. Wszystko już gdzieś było. Dlaczego więc nie dam temu filmowi spokoju i po co o nim piszę? Bo jedna rzecz została zrobiona tam mistrzowsko. Jedna dla mnie. Na najgłębszym planie budowania świata i fabuły.
   Kontakt.
   W momencie, gdy okazuje się, że do ludzkości ktoś wyciągnął rękę i zbudował im tunel do innej galaktyki, gdy ten obcy podał dłoń pani Brand („pierwszy, międzywymiarowy uścisk dłoni”), a wcześniej nadawał morsem i w kodzie dwójkowym, to myślałem, że mam do czynienia z czkawką po tak nielubianym przeze mnie „Kontakcie” Sagana. Ale nie. Wszystko okazało się na miejscu.
   Jedyny Kontakt, jaki okazał się możliwy, to tylko między ludźmi, którzy kontaktu pragnęli.
   Stanisław Lem spać może spokojnie. Bez przewracania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz