poniedziałek, 14 września 2015

Apokalipsa według St. Lema


Jest w architektonicznym łuku jeden kamień, który jest specjalny. Będąc umiejscowiony w samym szczycie, wydaje się być on wyróżniony swą wyjątkową pozycją – najwyższą. Gdy spogląda się na piękny, strzelisty profil gotyckiego łuku, tenże kamień, czyli zwornik lub inaczej klucz, w naturalny sposób przyciąga uwagę. Jest zwieńczeniem, szczytem, ponad nim nie ma już nic godnego uwagi...
    To skojarzenie pojawia się, gdy wspominam „Fiasko” S. Lema. Oto wszystko co do pewnego momentu napisał galicyjski geniusz znajduje swe ukoronowanie w tej jednej powieści.
    Pierwsze jest niepowodzenie.
    Począwszy od tytułu, a gdy mamy w rękach egzemplarz z edycji Wydawnictwa Literackiego z roku 1987, to jeszcze od jednolicie czarnej okładki z białoliterowym tytułem napisanym, budowany jest ponury nastrój. Na początku: Las Birnam, makbetowskie miejsce klęski, i Parvis, który idzie ratować ludzi, którzy w owym lesie zostali. W tym swego mentora, komandora Pirxa. Pirx nie żyje! To był dla mnie cios, gdy czytałem powieść za młodu. No dobrze, może żyje, wszak diglatory miały możliwość hibernowania swych operatorów, gdy sytuacja była już krytyczna. Zaraz też i nasz bohater zmuszony jest się zamrozić. Autor, niczym bracia Kliczko, bije rzadko, ale mocno i konsekwentnie. Nagle akcja przenosi się w przyszłość i na pokładzie „Eurydyki” lekarze próbują „wskrzesić” zamrożonych operatorów, w tym obu pilotów. I tu kolejne niepowodzenie – nie ma możliwości rozmrożenia wszystkich. Technologia hibernacji była zbyt prymitywna i można wykorzystać jedynie fragmenty ciał obu pilotów i jeden mózg. Czyj? Nie wiadomo. Dokumenty uległy zniszczeniu. Pozostała tylko pierwsza litera nazwiska: „P”. Czyli dalej nic. „Nowy” pilot otrzymuje nowe imię i nazwisko: Marek Tempe. Tempe, nie od witkiewiczowego Sajetana, lecz od nazwy doliny, w której Orfeusz spotyka Eurydykę. Właśnie. Nazwa statku. Gdy sięgnąć do mitologii, to wyprowadzenie Eurydyki z Hadesu nie było jakimś modelem przedsięwzięcia zakończonego sukcesem.
    Po co w ogóle „Eurydyka” leci do gwiazdozbioru Harpii? Nawiązać Kontakt. Z wyliczeń naukowców związanych z SETI i CETI wynikło, że można nawiązać kontakt jedynie z cywilizacjami, które znajdują się na odpowiednim poziomie technicznym. Ludzkość jest już wyposażona w wiedzę i umiejętności, by móc znaleźć i dolecieć we właściwym czasie do takiej cywilizacji. A potem? Kwiaty, czerwone dywany, dzieci w strojach ludowych i uścisk dłoni braci w rozumie. Prawda okazuje się być mniej kolorowa. Kwinta Harpii jest planetą o dwóch kontynentach i miriadach dziwnych, zdecydowanie technicznych obiektów latających wokół niej. Tysiące orbiterów, patrolowce, pociski balistyczne wystrzeliwane w kierunku intruzów, wyludniony księżyc z generatorem plazmowym. Jest dziwnie i obco. I nikt na Kwincie Kontaktu nie pragnie. Kolejne, bezzałogowe próby nawiązania kontaktu nieodmiennie kończą się jakimś wariantem zniszczenia, czy to aparatów jednej, czy drugiej strony. Próby demonstracji siły mają jeszcze bardziej koszmarny przebieg. A odwrót nie wchodzi w grę. 
     Jest w tej powieści koda wszystkich chyba motywów, z którymi Lem mierzył się przez życie. Jest przede wszystkim człowiek. Przede wszystkim kim jest człowiek wobec. Wobec obcych, wobec stworzonej przez siebie techniki, wobec drugiego człowieka, wobec całej ludzkości. Zwłaszcza to ostatnie pytanie zmienia się w problem pod tytułem „jak pozostać człowiekiem wobec ludzkości”. Decyzja, którą podejmuje Steergard, „Kontakt za wszelką cenę”, nie wypływa z jego dążeń autorytarnych, z jakiejś psychopatologii. On czuje presję ludzkości, która tyle wysiłku włożyła w wyprawę „Eurydyki”, że odwrót z pustymi rękami byłby niemożliwy.
    Jest także problem „człowiek a komputer”. Znów, jak u Pirxa (choć to może znów Pirx), pojawia się motyw naturalnych predyspozycji człowieka, które mogą nadal przewyższać umiejętności komputerów jako zwyczajnych, lecz szybkich liczydeł. Czytelnicy „Przygód pilota Pirxa” pamiętać winni „Ananke”, historię komputera pokładowego, który bez jakiejkolwiek żenady doprowadził do katastrofy, bo tak został nauczony przez swego „mentora” cierpiącego na syndrom anankastyczny. Tu jednak problem jest głębszy. GOD, komputer ostateczny (czytelnicy Dukaja winni od razu skojarzyć sobie pojęcie „osca” z „Perfekcyjnej niedoskonałości”), ma w sobie coś z HALa, którego oglądaliśmy w „2001 Odysei kosmicznej”. Jest jednak zdecydowanie subtelniejszy. Jest, rzecz oczywista, bliższy Golemowi XIV. I też gdzieś koło trzeciej setki stron pojawia się rozważanie o źródłach pogoni za sztuczną inteligencją i manowcach, na które nas ta pogoń prowadzi.
   Space-opera. Jak w „Edenie”, „Niezwyciężonym”, „Obłoku Magellana”. Teraz już pozostawione w odwodzie stosy atomowe i miotacze antymaterii, które już trącają myszką, zastąpione zostają inżynierią sideralną, która ma swe źródła w kwantowych oddziaływaniach grawitacyjnych. No i jest też rozmach, który przytłacza. Wobec lunoklazmu z „Fiaska”, epickie bitwy „Niezwyciężonego” to zaledwie bójki pod barem. A tu znów wyrasta przed bohaterami pytanie: czy po tamtej stronie przypadkiem nie mamy do czynienia li tylko z ewolucją maszyn?

Bardzo mi się spodobał pomysł Krzysztofa Nowaka na poster.
 Źródło
 
   Jest także wymiana informacji. Znów sygnał radiowy. Znów nieodczytywalny, coś jakby szum, lecz jakby nieprzypadkowy. I teraz ludzkość, która Kwintan próbuje przekonać o swych dobrych zamiarach... wyświetlając im bajkę. Czy można bardziej zaakcentować daremność tej próby? Światło widzialne, które chłoniemy oczyma jest małym wycinkiem całego widma promieniowania elektromagnetycznego. Do tego ruch, który obserwujemy oczyma jest obarczony całym ciężarem zjawiska sakadycznego – tego, które umożliwia nam uznane dwudziestu czterech nieruchomych obrazów wyświetlonych w ciągu jednej sekundy jako płynnego ruchu. Tymczasem już pszczoła nie poradzi sobie z telewizją: nie ten zakres promieniowania jest dla niej światłem widzialnym, a wyświetlanie bez sensu pojedynczych, pourywanych w dodatku obrazów mogłoby wydać by się jej bezsensowne. Przy jej szybkości percepcji, w czasie naszej sekundy mijają jej godziny. Ale gdy z politowaniem pokiwacie głową nad pomysłem astronautów z „Eurydyki”, pomyślcie o „płytce Pioneera”. To ją skrytykował w ten sposób Lem. Czym ją obcy będą oglądać? Co z niej mają zrozumieć? Ludzie stają po drugiej stronie problemu z „Głosu Pana”: co i jak nadać, żeby ktokolwiek nas zrozumiał? Odpowiedź już na poziomie teorii informacji jest krótka, smutna i negatywna:

Samowyjaśniające się kody nie istnieją.
S. Lem „Fiasko”

Jest też w ostatniej podróży Tempego, tej na powierzchnię planety, coś z wariantu wyprawy Rohana na Regis III. Tym razem astrogator, czy też pilot nie wraca szczęśliwie, w ostatniej chwili. Tym razem, jeśli to znów Pirx, to już się nie wywinie.
    Jest zastanowienie teologiczne. Nie tylko w oczywistej figurze dominikanina-lekarza, lecz też w całym przedsięwzięciu, które mając być nawiązaniem Kontaktu przeistacza się w apokalipsę. Kontakt, którego scenerią są stosy trupów gospodarzy, rozerwany księżyc, niewyobrażalne tsunami, genocyd i pośród tego kilku ludzi mówiących: „chcieliśmy po dobroci”, toż to zarzewia mitologii związanych z potopem i apokalipsami. I Sodoma z Gomorą. Jakby Lem chciał delikatnie nazwać Stary Testament taką próbą nawiązania kontaktu przez Boga. Ale nie chcę wchodzić dalej w to rozważanie, gdyż figura Tempego, zstępującego i ginącego na Kwincie w imię Kontaktu stałaby się cokolwiek bluźnierczą.
    Katedry gotyku nie kończą się na wielkich łukach ich witrażowych okien. Rzędy łuków podtrzymują następne kondygnacje wystrzeliwujące pękami pinakli i kolejnych łuków. Tak też i „Fiasko”, w którym oparcie, choć może nieuświadomione, mają inni autorzy ze swymi dziełami. Źródło dukajowego „In partibus infidelis” bije około trzechsetnej strony pierwszego wydania „Fiaska”. I to zarówno jako źródło całego tematu „chrześcijaństwo a obce formy życia”, jak i samego tytułu, wprost przytoczonej łacińskiej sentencji. Z kolei konstatacja, że jedynym sposobem Kontaktu może okazać się archeologia kultur, stanowi rdzeń „Córki łupieżcy”. Walka, która celowo, czy też nie, będzie formą Kontaktu, to przecież Watts ze swoim „Ślepowidzeniem”, ale i z całą dynamiką układu ludzkość-wampiry. Tu można wspomnieć, że duet Steergard-GOD, jakoś osobliwie podobny jest do tandemu Sarasti-Kapitan w „Ślepowidzeniu”. Tak samo, dopiero pod koniec, przekonujemy się, jak dużą rolę w wypracowywaniu decyzji przez dowódcę ma pokładowy system informatyczny. Nieludzki, zatem moralnie nie tylko niedoskonały, lecz zgoła ułomny.
   Pojęcie fiaska przesyca całą powieść. Jest w Lesie Birnam, jest w czytanej przez Tempego książce o czarnej kuli mrówek, jest w wysiłkach zmierzających do Kontaktu, w nazwie „Eurydyka”, zgoła wszędzie. Jest, zdaje się mówić autor, naturalnym przeznaczeniem wysiłków rodzaju ludzkiego.
   Powieść jest zwieńczeniem wielkiego, pięknego gotyckiego łuku wypełnionego misternym witrażem łączącym akcję, rozmach epicki, naukowy i głębię traktatu filozoficznego. Moja notka to zaś garść tłuczonego szkła. Mam nadzieję, że te okruchy nie zrażą Was i sięgniecie po „Fiasko”. Spojrzycie na witraż i zauważycie jego piękno, mimo iż przedstawia koniec świata.
   Amen.

I tak wszystko to, czego się tknę,
W proch i śmierć obraca się,
Nie wiem sam, gdzie miejsce dla mnie jest.

PERFECT „Wyspa, Drzewo, Zamek”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz