sobota, 17 października 2015

Ostatnie tango Chochołów

Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. Tak brzmi najkrótsze podsumowanie „Trans-Atlantyku” W. Gombrowicza. I co my na to?
   Gdy w 1953 roku paryska „Kultura” wydrukowała tę powieść, zanotowała największy jednorazowy spadek prenumeratorów w swej historii. Żaden tekst krytyczny, czy publicystyczny, polityczny, nie był tak bulwersujący, jak ta ledwie ponad stu stronicowa powieść.
    Czym to tak Ojczyznę swą Witold Gombrowicz znieważył?
   Historia zaczyna się dnia 21 sierpnia 1939 roku, gdy do nadbrzeża portu w Buenos Aires cumuje transatlantyk m/s „Chrobry”. Jest to jego dziewicza podróż. Ledwie 29 lipca tamtego roku o godzinie 16:00 wypłynął z portu w Gdyni, na swym pokładzie niosąc Polaków ku brzegom Ameryki Południowej. Historycznie rzec ujmując, według dziennika pokładowego m/s „Chrobry” zawinął do Buenos Aires już dzień wcześniej, o godzinie 11:00. Choć nie jestem pewien, czy nie określono raczej godziny zatrzymania na redzie portu i zgłoszenia kapitanatowi gotowości do przybicia. Wtedy faktycznie mógłby nasz statek przybić nawet i z dobowym opóźnieniem. Zresztą autor miesza także i inne fakty, każąc „Chrobremu” wypływać w pośpiechu na wieść o zbliżającej się wojnie i przygotowywać się do zawinięcia do Anglii, miast powrotu do kraju. Te wieści i decyzje podjął kapitan „Chrobrego” dnia 2 września, na morzu, w drodze do Recife w Brazylii. Mając już na samym początku dyskretnie rozemgloną chronologię autor każe swemu bohaterowi, pisarzowi o nazwisku Gombrowicz (zbieżność zajęć i nazwisk przypadkowa), zrejterować ordynarnie na argentyński brzeg. Historyczny Gombrowicz musiał w Argentynie pozostać z uwagi na zdrowie, ale w powieści – rzec to trzeba głośno – pierwej siebie autor opluwa nim na RzeczPospolitą przyjdzie pora.
   Umknąwszy sromotnie na argentyński brzeg (a ulice Buenos Aires malują mi się takie, jakimi je Horacio Oliveira widział, mieszkając obok Travelera i jego żony – Tality), Gombrowicz szuka zajęcia zarobkowego. I zwraca się ku rodakom. Polonia argentyńska stanie się lustrem narodu polskiego, ale lustrem krzywym. Może nawet nie. Kiedyś A. Poniedzielski określił skecze kabaretu Łowcy.B jako świat widziany nie w krzywym zwierciadle, lecz raczej w baterii; takiej łazienkowej. I tak też trzeba postrzegać „Trans-Atlantyk”. To wykrzywienie, które uświadamia. Odziera z chwały i wyniosłości i nakazuje przyjrzeć się pryszczom, które starannie na Obliczu Narodu Naszego pudrujemy. Wręcz zgoła szpachlujemy. Ma więc powieściowy Gombrowicz swoje przejścia w Poselstwie (ambasadzie RP), ma je w fimie „Baron, Ciumkała, Pyckal, Koński, Psi Interes”, ma je na balu, gdzie nagle znajomość zawiera z niejakim Gonzalo, milionerem-homoseksualistą, co prowadzi do ciągu następnych, fatalnych wydarzeń. Fatalnych nie tyle nawet w skutkach, co w swym smaku.
   Jest więc pojedynek między Gonzalem a majorem Tomaszem Kobrzyckim, któremu Gonzalo próbuje uwieść syna, Ignacego. Gonzalo jest bogaczem, lecz wyzutym z moralności, wyfiletowanym z kręgosłupa honoru, który u majora Kobrzyckiego jest z kolei przerośnięty. Miast zlekceważyć sytuację i Gonzala unikać, wyzywa go na pojedynek. Nasz bohater, sekundantem będąc starego Tomasza, a nie chcąc zabijać Gonzala, daje się namówić na oszustwo – w czasie pojedynku pistolety nabijane są jedynie prochem. W ten sposób nikt nie ucierpi a honor się uratuje – tak to myślą sekundanci (Gombrowicz z pewnym prawnikiem dla Tomasza, Ojca, zaś Baron i Pyckal dla Gonzalo). Problem już jest w tym, że sami obmyśliwszy ten podstęp, sami ustalają, że pojedynek ma być do trzeciej krwi. Której wszak przy braku Kuli być nie może. I tak Pusta Lufa, jałowy pojedynek, tymczasem przechodzi lasem Kawalkada prowadzona przez Posła, która na szaraki ma być łowami (a wszak szaraków nima, ale Kawalkada być musi bo Protokuł! (pisownia oryginalna)), i to wszystko puste, jak jakaś Bania, suchy Badyl.
    Powyższy akapit jest jedynie próbą odmalowania atmosfery powieści. Nie jest to szczególny hiperrealizm, a fani narracji charakterystycznej dla kryminału mogą się czuć dość zagubieni.
   „Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. No ale gdzież on napluł? Pluje na narrację wojenno-patriotyczną, począwszy od sceny z Ministrem Kosiubidzkim w Poselstwie:

Zapytał: – A jaki Gombrowicz? Powiadam: – Gombrowicz, Gombrowicz. Łypnął i powiada: – Ano, jak Gombrowicz, to maszże tu 80 pezów i więcej nie przychodź, bo Wojna i Pan Minister zajęty. Ja powiadam: – Wojna. On mówi: – Wojna. Ja mówię: – Wojna. On mnie na to: – Wojna. To ja jemu: – Wojna, wojna. Przestraszył się nie na żarty, aż mu jagody zbielały, łypnął na mnie okiem: – A co?Maszże wiadomość jaką? Mówiono ci co? Nowiny jakie?... – Ale się pomiarkował, chrząka, kaszle, za uchem się drapie i mnie klepnął: – Nic to, nic, nie bój się, już my wroga pokonamy! A zaraz głośniej krzyknął: – Już my wroga pokonamy! Wtedy więc jeszcze głośniej krzyknął: – Już my wroga pokonamy! Pokonamy! Powstał i krzyczy: – Pokonamy! Pokonamy!
   Słysząc te wykrzyki jego, a widząc, ze z fotela powstał i Celebruje, a nawet Zaklina, ja na kolana padłem i, w tej Celebracji św. się stowaryszając krzyczę: Pokonamy, pokonamy, pokonamy!
W. Gombrowicz „Trans-Atlantyk”

To zdanie: ja na kolana padłem, staje się refrenem w inne scenie, w tymże samym Poselstwie:

Ale JW.Poseł, do Protokułu nakrzyczawszy, skrzywił się, łypnął i, głos ściszając, rzekł na boku do Radcy: – Oj kapcan, kapcan z Pana Kapcana, jakże to będziesz na pojedynek zapraszał, przecie Pojedynek to nie Polowanie. (…) Sczerwieniał Radca, bazyliszkowym okiem na ministra spojrzał, ale powiada, a ciszej, na boku: – Może by wymazać? Mówi Poseł: – Jakże będziesz wymazywał, przecie to protokuł! Dopiroż pobledli; i wszyscy trzej na Protokuł spoglądają, który na stole leży. Ja na kolana padłem.(...)
   Dopiroż jak oparzeni skaczą. Ale zawołał Minister: – Bójcie się Boga, szaleni jesteście, a toż szaraków nima, szaraków! Czyście oszaleli, jakże polowanie na Szaraków robić, gdy tu miasto wielkie, a jednego szaraka ze świcą nie znajdzie! Mruknął Radca: – W tym sęk, że szaraków nima! Ja na kolana padłem. Powiada Pułkownik: – Prawda, że szaraków ani na lekarstwo. Ale JW.Panie Protokuł, Protokuł, przecie jakoś wybrnąć trzeba, Protokuł, Protokuł...
    Dopiroż jak szaleni wokół Protokułu skaczą. Ja na kolana padłem (…)
W. Gombrowicz „Trans-Atlantyk”

Ze swarliwości polskiej nabija się ukazując splecione w jakimś absurdalnym klinczu dzieje wspólników: Barona, Pyckala i Ciumkały, które wypełnione są jakimiś mrocznymi zadrami o Młyn, o Karasie (czyżby te, którymi zabito Iwonę Ksieżniczkę Burgunda?), o Stodołę, o Grykę.
   Ze swarliwości polskiej nabija się, gdy powołuje Zakon Ostrogi w zimnej piwnicy, gdzie wszyscy zamknięci są za kiepskimi drzwiami, co się na lichy haczyk tylko trzymają, ale żaden nie ucieknie, bo jak się który ruszy, to jeden drugiemu Ostrogę w łydkę wrzepi. Wszak przy polskim kotle w Piekle żaden diabeł nie dyżuruje, bo nie musi. A któż to stoi na czele Zakonu Ostrogi? Stary, zasuszony Rachmistrz Popacki, taki trochę Towiański. Nie wymyśliłem tego sam, lecz powtarzam za S. Chwinem. Właśnie. Gdyśmy truchło Towiańskiego na ekran wywlekli to trzeba przypomnieć, że nabija się Gombrowicz z wieszczy naszych, którzy niczym powieściowy Gombrowicz, Ojczyźnie służą jakoś dziwnie z dala od Ojczyzny będąc.
   Ale i z czynu zbrojnego się natrząsa tym paleniem z Pustej Lufy. Choć to i śmiech z całego naszego ultrahonorowego pryzmatu, przez który patrzymy. Który każe nam stawać do walki w sytuacji rycerza bijącego się z ciurą wyposażonym w cebrzyk gówna w każdym przypadku, zwycięstwa, czy porażki, okazujemy się śmiesznymi.
   Natrząsa się Gombrowicz z hejterstwa polskiego w scenie przechodzenia po ciemku przez korytarz pełen śpiącej służby, gdy powieściowy Gombrowicz zapala zapałki, by oświetlić twarz, w którą pluć będzie.
   A Kulig z Balem kończący powieść, co się zdaje Ostatnim Zajazdem na Pampie połączonym z „Weselem” Wyspiańskiego, gdy wszyscy tańczący puści są, niby Chochoły zaklęte w Polaków, gdy wszystko tonie w śmiechu, pustym, to smutny akord, czarny kleks na karykaturze polskiej kultury. Karykaturze, z której winniśmy poświęcić chwilę uwagi. By wyciagnąć wnioski dotyczące naszych złych zwyczajów.
   „Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. I co my na to? A my to mamy najczęściej w nosie. Niestety.

My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma
Nie znaczy nic nasza mowa
Kiedy do siebie szepczemy
Głos nasz jak suchej trawy
Przez którą wiatr dmie
Jak chrobot szczurzej łapy
Na rozbitym szkle
W suchej naszej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchu.

T. S. Eliot „Wydrążeni ludzie”
tłum. Czesław Miłosz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz