sobota, 24 stycznia 2015

Po obu stronach zwierciadła


Około połowy XX wieku Patrick O'Brian napisał powieść „Master and Commander” (polski tytuł: „Dowódca »Sophie«”), w której główny bohater, porucznik Jack Aubrey, jest świetnym dowódcą brygu o wdzięcznej nazwie „Sophie”. W czasie powieści łupi on linie zaopatrzeniowe Hiszpanów, chwilowo sprzymierzonych z Francuzami, i unika polującego nań, wynajętego korsarza, pływającego osobliwą krzyżówką fregaty i szebeki, a noszącą nazwę „Cacafuego”. Na koniec powieści ściera się w bezpośredniej walce z korsarzem i pomimo miażdżącej przewagi przeciwnika, tak w sile ognia, jak i liczebności załogi, zdobywa „Cacafuego” śmiałym abordażem ponosząc zdumiewająco małe straty.
    Autor nie zmyślił walecznego dowódcy sypiącego pomysłowymi, acz ryzykownymi fortelami i zdobywającego niemal dwukrotnie większy od siebie okręt. Wzór stanowił Thomas Cochrane, który dowodząc brygiem „Speedy” dawał się we znaki Hiszpanom i umykał przed wynajętym korsarzem, pływającym osobliwą krzyżówką fregaty i szebeki, a noszącą nazwę „El Gamo”. Za późniejsze zasługi został szlachcicem, a za niewyparzoną gębę, został zwolniony ze służby w marynarce, pozostając jednak czynnym politykiem. I legendą Royal Navy, brytyjskiej marynarki wojennej.
   Tymczasem w świecie, w którym Jack „Lucky” Aubrey jest legendą Morza Śródziemnego, Sir Tomas Cochrane jest... legendą Morza Śródziemnego:

- Z tej kampanii pochodzi jego gwiazda? Nigdy nie widziałem takiego orderu.
- W istocie, Turcy wręczyli nam ich sporo, ale generalnie uważano je za śmieszne i nieiwelu oficerów poprosiło o zgodę na ich noszenie. Uczynili to chyba tylko tylko Clonfert i admirał Smith. (…) Według słów admirała Bertiego, Clonfert mógłby nawet iść w zawody z Cochranem w nękaniu szlaków komunikacyjnych i handlowych wroga.
P. O'Brian „Dowództwo na Mauritiusie”

Rzec by można, że nie wspomniano o przygodach Cochranea u hiszpańskich brzegów. Ale. To, co odróżnia cykl aubreyowski od hornblowerowskiego, to pieczołowitość lokowania wydarzeń w historycznym czasie i miejscu. Aubrey pływa prawdziwymi okrętami, których przebieg służby można odtworzyć z dzienników pokładowych zgromadzonych archiwach. Hornblower pływa jednostkami, które nie istniały. Można przypuszczać, że to odwzorowanie rzeczywistości sięgałoby biografii Cochranea. Przynajmniej dopóki nie musiałby zostać skonfrontowany z kapitanem Aubreyem. Ale podejrzewam, że autor prędzej dałby sobie przeprowadzić leczenie kanałowe bez znieczulenia, niżby z własnej woli doprowadził do takiego spotkania.
    Puśćmy jednak my wodze fantazji. Niczym Paul Bartz, który w „Kolacji na cztery ręce” opisuje spotkanie Jerzego Fryderyka Haendla z Jane Sebastianem Bachem. Dwóch tytanów muzyki jednego czasu, którzy mogli, jednak w historii nigdy się nie spotkali. Na marginesie: bardzo polecam adaptację dla Teatru Telewizji z R. Wilhelmim i J. Gajosem w rolach głównych (i jedynych).
    Wyobraźmy sobie zatem na proszonej kolacji spotkanie sir Tomasa Cochranea i Jacka „Szczęściarza” Aubreya.

- Dzień dobry, sir.
- Dzień dobry, kapitanie. Miło mi pana poznać. Wiele słyszałem opowieści o pańskich wyczynach na Morzu Śródziemnym.
- Ależ drobiazg, sir. To nic w porównaniu z pańskimi dokonaniami. Zwłaszcza zdobycie „El Gamo”...
- Nie, nie, proszę nie umniejszać własnych zasług. „Cacafuego” też nie stanowił łatwego przeciwnika. Zdaje się, że proporcje między „Cacafuego” a „Sophie” były podobne do tych między „El Gamo”, a moją starą „Speedy”?
- Dokładnie tak, sir. Swoją drogą, czy uważa pan również, że tak osobliwie otaklowana fregata-szebeka ma racje bytu na tych wodach? Wydaje się, że jest to doskonałe rozwiązanie do długich rejsów: Indie Zachodnie, Przylądek Dobrej Nadziei...
- Zgadzam się z panem całkowicie, kapitanie...

Ile czasu potrzebowałby każdy z nich, żeby zorientować się, że kolejne toasty de facto wznoszone są do lustra?

środa, 14 stycznia 2015

Ekofabulogia

Większość podobnych Idrowi drapieżników rezygnowała z ataku, gdy zdobycz była zbyt mała. Ale nie Idr. Idr egzystował nie po to, by jeść i podtrzymywać gatunek. Nie po to go stworzono.
Żył po to, by zabijać.
A. Sapkowski „Sezon burz”

Według ekologii takie stworzenie by nie miało racji bytu. Ale opowieści rządzą się swoimi prawami. Organizmy biologiczne są elementami systemów (biotopów), które muszą utrzymywać równowagę, czy inaczej: przetrwają w przyrodzie tylko te systemy, które ustalą równowagę. Każdy z gatunków ma swoje zadanie w utrzymywaniu cyklu życia. Organizmy fabularne, lęgnące się w spoconych snach i babcinych przeinaczeniach są związane z funkcjonowaniem ludzkiego umysłu i swoje zadania spełniają w upostaciowieniach naszych lęków, fantazji i nadziei.
    Gdy głodne wilki podchodziły pod zagrody zimą, nikomu ani w głowach nie stało myślenie o ekologicznym znaczeniu eliminacji osobników starych, chorych i słabych. Nikt nie myślał, że wilki zabijają, by przynieść mięso swoim młodym. By przedłużyć gatunek. Przychodziły by zabijać. Pragmatyczne umysły zredukowały wilki do jednej funkcji. I z tą funkcją wyprojektowały wilka do przestrzeni opowieści. A w niej stworzyły na jego obraz i podobieństwo inne potwory. Potwory te były zlepkami istniejących zwierząt groźnych człowiekowi, jak chimera (zauważcie, że nie ma potwora, który stanowił skrzyżowanie leniwca, mrówkojada i puchatego kaczątka), czy smok, bądź zupełnie odrealnionymi bytami, jak południowoamerykański dzulum. Gwoli wyjaśnienia, dzulum to istota opisana przez Rosario Castellanos w powieści „Balún Canán”, która jest niezwierzęca i nie poluje by zaspokoić głód, lecz swą żądzę władzy nad cudzą wolą. Co może prowadzić ofiary do samobójstwa. Pomijając aspekt pt. „dzulum stanowi alegorię opresyjnego, przypominającego apartheid, systemu społecznego uciskającego kobiety i Indian przez latynoskich mężczyzn”, mamy do czynienia z potworem, który ma inne potrzeby niż jeść i się mnożyć. Jak u Sapkowskiego.
    Ich niszą jest nasz lęk. Wspomniany Idr, ksenomorf z serii „Obcy”, tolkienowski Glaurung czy balrogowie, to przykłady stworzeń, które są projekcją lęku przed istotami, które żyją pragnieniem zabijania akurat właśnie ludzi – piękny, choć nieco krwawy, piedestał antropocentryzmu.
    Idr jest dodatkowo ciekawy. W przeciwieństwie do Glaurunga, czy ksenomorfa, Idr powstał za przyczyną człowieka. I niech nikomu do głowy nie przyjdzie tu monstrum Frankensteina, bo jako się rzekło, to ono nauczyło się okrucieństwa od ludzi. Tymczasem u Sapkowskiego:

Druga płytka była podobnego kształtu i rozmiaru, co poprzednia, ale pociemniała i zaśniedziała. W wytłoczenia wrósł i wpiekł się brud. Ale znaki wciąż były czytelne:
IDR UL Ex IX 0012 BETA
(…)
- Dziewiąty model eksperymentalny - dodała w zamyśleniu Biruta Icarti. - Wersja beta. Dwunasty...
- Dwunasty egzemplarz – podchwycił Geralt, nie bez złośliwości. - A ile takich było łącznie? Ile ich wytworzono?
A. Sapkowski „Sezon burz”

Strasznie mi się podobał pomysł z tabliczką znamionową potwora. Uznałem go za ciekawy i żałowałem, że sam go nie wymyśliłem. Ale okazało się, że pan Andrzej też go sam nie wymyślił:

- Czy to niedźwiedź? Naprawdę? A co to takiego? - pytała Susannah, wskazując na coś, co wyglądało na prostokątną metalową tabliczkę na jednej z grubych tylnych łap bestii.
(…)
W metalu wyryte były słowa. Wprawdzie trochę zatarła je rdza, lecz bez trudu zdołała je odczytać:
NORTH CENTRAL POSITRONICS, LTD
Granite City
Northeast Corridor
Model 4 STRAŻNIK
Numer seryjny AA 24123 CX 755431297 L14
Typ/rodzaj NIEDŹWIEDŹ
SHARDIK
!! NIE WYMIENIAĆ BATERII ATOMOWYCH !!
S. King „Ziemie jałowe”

No cóż. Bywa. Choć Idr ma swój wygląd wzięty od arachnidów z „Żołnierzy kosmosu”, a tabliczkę znamionową rżniętą od Shardika, niedźwiedziego robota wielkości kamienicy, to i tak muszę ocenić „Sezon burz” jako bardzo udaną powieść. Bo może dać ona tylko prostą rozrywkę, albo dorzucić do niej przyczynek do zastanowienia się nad ekofabulogiczną proweniencją potworów. 
   I możemy dojść do ciekawego wniosku, że nasze potwory siejące śmierć jako funkcję swego życia, są obrazem jedynej chyba w przyrodzie istoty, która potrafi zabijać dla samego zabijania. Dlatego, że może.
    Rzecz jasna tym potworem jest człowiek.

sobota, 3 stycznia 2015

Król Narcyzów do siebie mrugnął

Stephen King wydał w roku 1977 powieść „Lśnienie”. Chciałbym nie być zmuszanym do opowiadania o fabule tego utworu, gdyż nie ma ona tu najmniejszego znaczenia. Dość powiedzieć, że w roku 1980 Stanley Kubrick wziął ją na warsztat i uczynił z niej (przy wydatnej pomocy Jacka Nicholsona, który właściwie nie zrobił nic nadzwyczajnego, tylko odpowiednio wyglądał) małe arcydziełko filmowe zbudowane z grozy, braku wyczucia granic rzeczywistości i maligny oraz z doskonałego oddania atmosfery izolacji. Trzeba jednakże też przyznać, że udało się to Kubrickowi głównie dlatego, że nie trzymał się książki w większości momentów.
    Najwidoczniej nie zadowoliło to autora, który postanowił sam napisać scenariusz na podstawie własnej książki. Film tak długi, że podzielony na miniserial, ujrzał światło dzienne w roku 1997, dwie dekady po Kubricku. O tej ekranizacji mogę rzec tyle co pan Dibley z „Latającego Cyrku Monty Pythona” o „Oknie na podwórze” Hitchcocka: że rozciągnął akcję na ponad godzinę i stracił całe napięcie (na marginesie: „Okno na podwórze” imć pana Dibleya trwało wszystkiego piętnaście sekund). Nie pomogło też, że Steve Weber, kojarzący się uparcie z gamoniowatym pilotem z serialu „Skrzydła” i ciapowatym Jonathanem Harkerem z „Dracula: wampiry bez zębów” Mela Brooksa, miał zastąpić psychopatycznie rozczochranego i wyszczerzonego Jacka Nicholsona. Ale pozostawmy to z boku.
    Autor jednak docenił kubrickowską ekranizację, gdyż w roku 1987 ukazuje się drugi tom serii „Mroczna Wieża” pt. „Powołanie Trójki”. I tam znajdujemy taki ustęp:

Znowu przypomniało mu się „Lśnienie”, na którym pokazano, co widział chłopczyk, gdy jechał na trzykołowym rowerku po korytarzach nawiedzonego hotelu. Pamiętał, że w jednym z tych korytarzy chłopiec spotkał martwe bliźnięta. To przejście kończyły bardzo prozaicznie białe drzwi.
S. King „Powołanie Trójki”

Mógł przebierać w tysiącach filmów, w których znalazłoby się dziesiątki ujęć z jadącej kamery, które nadawałyby „pierwszoosobową narrację obrazu”, ale wybrał właśnie nielubianą ekranizację własnej książki. Cóż za gest!