piątek, 27 lutego 2015

Uciekła mi przepióreczka w pamięć


Jest w dniu dzisiejszym okrągła, dziewięćdziesiąta rocznica premiery teatralnej ostatniego dramatu Stefana Żeromskiego o tytule „Uciekła mi przepióreczka”. Zacznę od oświadczenia.
    Primo: nie cierpię Żeromskiego. Nudzą mnie jego powieści niepomiernie, a „Wiatr od morza” spowodował u mnie to, czego nie dokonał nawet Joyce – postawienia sobie pytania „co ja pacze?!”
    Secundo: niepłynność prozy Żeromskiego podkreślał opresyjny system edukacji narodowej, który zohydził mnie i moim kolegom wszystko, co jeszcze u Żeromskiego mogło wzbudzać minimalne choć zainteresowanie i sympatię. Nauczycielom ku przestrodze.
    Tertio: lubię słuchowiska. Te teatry wyobraźni z rozbudowaną scenografią dźwiękową, które pozwalają zatopić się w dźwiękach bez absorbowania wzroku. Audiobooki są jedynie cieniem dobrych słuchowisk.
   „Uciekła mi przepióreczka” to słuchowisko, na które natknąłem się przypadkiem, słuchając mojego ulubionego Programu 2 Polskiego Radia (tak, tak, rzucajcie już we mnie pomidorami opisanymi „hipersnob”). Nie znałem tytułu, tym bardziej autora. Wysłuchałem całości przy jakichś domowych robotach, nie pamiętam teraz nawet jakich. Bo mnie słuchowisko wciągnęło. Bo warto się było zasłuchać. Dopiero pod koniec pobiegłem do komputera, by sprawdzić tytuł i autora. I wtedy przeżyłem największe zdumienie zeszłego roku.
   W dniu wczorajszym w PR2 (drugą salwą pomidorów... pal!) w audycji „Encyklopedia Teatru Polskiego” z okazji rocznicy przypomniano ten dramat, okoliczności jego premiery i fragmenty słuchowiska. A na serwisie YouTube.com znajduje się jego zapis, którego słucham pisząc ten post. I zachęcam do posłuchania. Półtorej godziny dobrego teatru radiowego w reżyserii Tadeusza Łomnickiego z nim samym, Gustawem Holoubkiem i Teresą Lipowską w głównych rolach.
   Dlaczego warto? Bo mechanizmy i zjawiska tam ukazane nie są nieaktualne. Ba, może są bardziej powszechne, niż w czasach Żeromskiego? Celebryta, niekoniecznie naukowiec, jak Przełęcki, który wcina się – niechcący – w małżeństwo ludzi prostych. I sposób wyplątania się z tej sytuacji – ilu byłoby skłonnych postąpić teraz podobnie? Ilu raczej wyzyskuje sytuacje mówiąc: to nie moja wina, że jestem taki zajefajny? A co Ty byś zrobił na miejscu Przyłęckiego? A Ty, co sądzisz o zachowaniu Smugoniowej?

Słuchowiska można posłuchać tu: https://www.youtube.com/watch?v=qHVIkGBx60Y

Polecam.

sobota, 21 lutego 2015

Prawdziwy opis wypadku z czytnikiem e-booków


Naród nasz ma pewną cechę, która nakazuje mu walczyć o wszystko i ze wszystkimi. Nie interesuje nas budowanie wielkich katedr, ale szarże na armatnie baterie. A gdy nie ma się z kim bić, bijemy się między sobą. O wszystko. O miedzę, o poglądy polityczne i drużyny piłki kopanej. A nawet o książki, mimo że w czytelniczych rankingach walczymy o końcowe pozycje za konkurentów mając Rumunię i Albanię.
    Ostatnio miałem okazję „na żywo” uczestniczyć w wymianie poglądów dotyczącejczytników e-booków. I chciałem się w tym miejscu podzielić moimi spostrzeżeniami, w typowo konfliktowym, bokserskim sztafażu.
    W niebieskim narożniku: półka książek. 65 woluminów formatu A5 o wadze 21 kg. Zasięg półki: 120 cm. W czerwonym narożniku: czytnik e-booków. 4 GB pamięci flash, procesor 1 GHz, 256 MB RAM, 6 cali ekranu z oświetleniem. Załadowany kilkuset dziełami literackimi w kilkunastu językach przez producenta, a jeszcze moich znalazło się tam kilkadziesiąt. Waga: 200 g. Bateria, która starczy na przeczytanie kilkudziesięciu książek, nim trzeba będzie ją naładować.
   Patrząc na przełożenie parametrów: liczba książek na gram obiektu oraz brak konieczności zewnętrznego oświetlenia, czytnik miażdży przeciwnika. Ale na tym polega piękno tego sportu, jakim jest stosowanie urządzeń technicznych w życiu, że nigdy nie należy skreślać underdoga.
   Oto, po dwóch tygodniach użytkowania i zachwytu, przyszedł dzień, gdy między dwudziestą a dwudziestą pierwszą stroną „Don Kichtota” na ekranie pojawiły się jakieś linie. „No nic”, pomyślałem, „co pięć stron odświeżany jest ekran, może minie”. A musicie wiedzieć, że ekrany e-ink czytników nie są wyświetlaczami, lecz ustrojstwem, które korzysta z zasilania jedynie po to, by zmienić kolor punktu (czarny lub perłowo-biały). Dlatego ich bateria tyle wytrzymuje: nie emituje światła, lecz przestawia tylko kolor punktu. W efekcie, po wyłączeniu zasilania, ekran może nadal coś tam pokazywać. No i rozsypało się ze szczętem. Dziwne, poszatkowane linie zajęły cały ekran, wyłączanie i resety - nic nie pomagało. Czytnik reagował na zasilanie zewnętrzne i na podłączanie komputera zmieniając deseń szumiastych linii. Koniec czytania. Nokaut.
   Zawodnik w niebieskim narożniku podniósł triumfująco rękawicę. W jednej sekundzie, przy przewijaniu stron, straciłem możliwość czytania kilkuset książek. A półka, jak wisiała, tak wisi.
   Czy to oznacza, że stanąłem całkowicie po stronie analogowych książek? Nie. Gdybym wybierał się na wakacje samolotem, a limit na bagaż wynosiłby 20 kg na osobę, to czytnik byłby zwycięzcą w pierwszej rundzie, gdy zwrócimy uwagę na jego możliwości i pomijalną wagę. A każdą książkę musiałbym ważyć i przekładać na niezabrane ubrania.
   Co lepiej zatem mieć: książki papierowe, czy czytnik? Odpowiedź brzmi: jedno i drugie. Każde z nich ma swoją domenę w której bije drugie na głowę.