sobota, 28 marca 2015

Pytania retoryczne: Haqeldama

Czy żałujesz teraz swojego czynu?
Pytasz o samobójstwo, czy zdradę?

 Może najpierw o zdradę.
Oczywiście, że żałuję. Inaczej bym się nie powiesił. Choć nie jest to takie do końca oczywiste.

Co nie jest oczywiste?
W powszechnej opinii zostałem opisany jako łotr, złodziej i sprzedawczyk, który zdradził najukochańszego człowieka pod słońcem. Ale to nie jest takie czarne, jak się wydaje.

Nie?
Po pierwsze: ktoś musiał.

 Ktoś musiał zdradzić?
Dokładnie tak. Chrystus Pan musiał trafić w ich ręce. Nie ma odkupienia bez męki i zmartwychwstania. A bez mojej zdrady by się to nie stało.

Przecież mogli go pojmać w mieście, gdy głosił nauki.
Ale tego nie zrobili. Nie potrafili podnieść na niego ręki, gdy stał w świetle dnia. A w nocy wychodziliśmy za miasto, żeby się ukryć.

 Gdyby Chrystus chciał być wydany, to by się nie ukrywał.
Myślisz, że poszedłby sam do kapłanów i powiedział „Skujcie mnie, bo już dosyć mam waszego ociągania się. Pascha idzie, a ja na wolności!”? Nie. Oni by uciekli. Zamknęliby mu bramy przed nosem, a samego nazwali wariatem. Mówiliby: „Za dużo wypiłeś! To już przechodzi wszelkie pojęcie! Któż mógłby chcieć twojej śmierci? My?! W imieniu miasta uroczyście protestujemy przeciw temu oszczerstwu!”. Nie. To musiało być skryte. Wyglądać na naturalne. To musiała być zdrada. Tylko w to mogli uwierzyć. Moja zdrada jest miarą ich tchórzostwa.

Ale tak między nami mówiąc – nie było ci to na rękę?
Było. Byłem rozczarowany postępowaniem Jeszui. Chciałem walczyć, wyzwalać mój naród. Chciałem odbudowy siły Dawida. Chciałem, by dzieci w naszym kraju żyły w dobrobycie i bezpieczeństwie. Jeszua, jak większość z nas, był Galilejczykiem, ale nie zachowywał się jak Galilejczyk. Zachowywał się jak kapitulant. „Bogu co boskie, cezarowi co cezara”. Dajcie spokój. Czy tak mówić może patriota? Kapitulant, pożyteczny idiota Rzymu. To nawet widać było w tym fasadowym procesie – Piłat stawał na rzęsach, żeby go uniewinnić. Nauczanie Chrystusa było Rzymowi na rękę.

Ale to on go finalnie skazał. Skoro było jak mówisz, dlaczego to zrobił?
Bo go zmusili. Sanhedryn, ta banda tchórzy, nie chciała mieć na rękach krwi proroka, tak na wszelki wypadek. Oni byli w stanie tylko knuć. Kupić moją zdradę i zaszantażować Piłata.

Piłata można było zaszantażować?
To był szantaż polityczny. Gdyby nie skazał Jeszui, zanieśliby swoje oskarżenia do Tyberiusza. A on się nie patyczkował. Najpierw wymieniłby procuratora. A nowy zacząłby od skazania Galilejczyka. Skoro zaś sytuacja Jeszui i tak była beznadziejna, Piłat postanowił przynajmniej zachować stanowisko.

Mówiłeś, że nauczanie Chrystusa było na rękę Rzymowi. A tobie nie. Czy komuś jeszcze?
Wielu ludziom. My, Galilejczycy, mamy opór we krwi. W obronie wolności jesteśmy twardzi i bezkompromisowi. Należałem do sykariuszy, jak nas nazywano. Wy nazwalibyście nas „terrorystami”. Nie rozstawaliśmy się z nożami i wiedzieliśmy jak z nich zrobić użytek. Nocą na osobności, w dzień, na suku, w tłumie. Niejeden z nas miał na rękach krew. Ale niektórzy miękli, słuchając nauk Chrystusa.

Miękli? Masz na myśli innych sykariuszy? Możesz kogoś wskazać?
Oczywiście! Szymon z Betsaidy, znany jako Kefas. Myślisz, że skąd swoje przezwisko wziął? Kawał był z niego kafara – jak przygrzmocił, to klienta mógł zabić jednym ciosem. A Jeszua obłaskawił go jak kociaka. Choć nóż nosił do końca. To znaczy – do pojmania. Ale wyszedł z wprawy. Gdyby to był stary Kefas, ten sprzed trzech lat, to Malchos nie straciłby ucha, tylko życie. Kefas źle poprowadził cięcie i paskudnie rozpłatał mu twarz. Ale celował w gardło. Nikt tego tak dobrze nie wie, jak drugi sykariusz.

Wróćmy do zdrady. Twierdzisz, że była konieczna, z uwagi na inercję Sanhedrynu. Ale dlaczego akurat ty postanowiłeś do nich pójść?
Mówiłem, było mi to na rękę. Czym dłużej Chrystus głosił swoje nauki, tym bardziej oddalała się chwila wolności dla Izraela.

W którym momencie to zrozumiałeś?
Narastało to we mnie od dłuższego już czasu. Ale tak na poważnie uderzyło mnie to w momencie, gdy zobaczyłem wiwatujący tłum wchodząc do Jeruzalem. Jakby jakaś ukryta sprężyna uległa zwolnieniu i uruchomiła mechanizm, który tylko we mnie czekał, by spełnić to zadanie. Dokładnie wiedziałem co i jak mam zrobić. Jaka jest moja rola i mój cel. No i to robiłem. Czasami wręcz wydawało mi się, że to się dzieje samo. Że ja tylko biernie przyglądam się temu, co moje ciało robi samo.

I to pchnęło cię do samobójstwa? Ta utrata kontroli nad swoimi poczynaniami? Czy refleksja „Boże, co ja narobiłem?”.
[kręci głową] Ani to, ani to. Zrobiłem, co zrobić należało.

Jest tu poważna niekonsekwencja. Najpierw mówisz, że żałujesz zdrady i dlatego się powiesiłeś, a potem, że zrobiłeś co należało. To jak to w końcu jest?
To skomplikowane. Myślę, że tego nie zrozumie nikt, kto nie musiał zrobić dla dobra sprawy niczego tak strasznego ja. Kto nie musiał oglądać owoców swojej decyzji. Myślicie, że jestem twardzielem, który może patrzeć bez mrugnięcia okiem na to, jak przy akompaniamencie wycia tłumów przekształca się przyjaciela w drgający strzęp ciała. On był moim przyjacielem! [w oczach pojawiają mu się łzy] Nigdy nie powiedział mi nic złego, choć byłem złym człowiekiem.

Ale przecież wiedziałeś, że zginie. Po to go wydałeś.
Łudziłem się, że im ucieknie i nie pojawi się więcej w Judei. W końcu był w stanie działać cuda. Sam widziałem, jak szedł po wodzie. A jeśli już nie ucieknie, to zrobią mu proces religijny i ukamieniują. Takie jest prawo. To miała być szybka śmierć. Nie to, co się z nim stało. Nie mogłem na to patrzeć. I nie mogłem się pogodzić z tym, że zostałem zmanipulowany.

Zmanipulowany? Przez kogo?
Przez wszystkich. Sanhedryn. Przez Niego.

Chcesz powiedzieć, ze Chrystus tobą manipulował?!
Tak. Pamiętasz może, jak na ostatniej wieczerzy Pan dał mi kawałek chleba, po zjedzeniu którego szatan wstąpił w moje serce. Wstałem i wyszedłem, żeby powiadomić arcykapłanów, w którym ogrodzie dziś będzie modlił się Jeszua. Dopóki nie zjadłem tego kawałka, nie mogłem się zebrać, żeby to zrobić.

Ale z tego co mówisz, wynika, że arcykapłani tylko czekali na twój znak.
Tak. Już byliśmy umówieni.

Zatem zdrada już się dokonała, Chrystus pchnął jedynie mały kamyczek. Mówiąc twoimi kategoriami: musiał to zrobić, by pokonać twoje tchórzostwo. Ale zdrada była suwerenną decyzją, aktem, który już się dokonał wcześniej.
Tak... ale... No mogłem się jeszcze wycofać...

Nie rozumiem cię. Uważasz, że zrobiłeś co należało, ale jednak masz za złe Chrystusowi, że nie pozwolił ci się wycofać. No to w końcu co myślisz o swej zdradzie?
Jestem nią rozczarowany.


No greater love than mine
Hath no man than I –
Who would sacrifice eternity
for one kiss for humanity.

Większej miłości nad moją
Nikt nie okazał prócz mnie
 Któż poświęciłby swą wieczność
Jednym pocałunkiem dla ludzkości.

LAIBACH „Abuse and Confession”

sobota, 14 marca 2015

Władza czwarta i piąta: kultura przemocy

Wbrew pozorom nie będzie o polityce. Ale będzie o władzy, medialnej i ekonomicznej. Będzie o sile, przemocy i sterowaniu.
    Do tej pory pamiętam scenę z „Dyskretnego uroku burżuazji” Buñuela, gdy Don Rafael Acosta, grany fenomenalnie przez Fernando Reya, tłumaczy terrorystce z Rewolucyjnej Armii Dzieciątka Jezus, że „przemoc nie jest żadnym rozwiązaniem”. Terrorystka nie oponuje, gdyż don Acosta trzyma przy jej twarzy rewolwer.
    Różne są poziomy hipokryzji i różne są rewolwery. Ostatnio wprowadzono do prawa karnego pojęcie „przemocy ekonomicznej”, gdy jedna ze stron w małżeństwie jest znęca się psychicznie nad drugą wykorzystując jej uzależnienie ekonomiczne od siebie. Jakoś od razu pomyślałem, że w małżeństwie to jest przemoc, a w pracy to już zwyczajna kultura korporacyjna. O statusie państw PIGS nie wspomnę. Ale obrazkiem jeszcze lepszym są stosunki panujące między bankami a klientami. Klient przychodzi do banku po kredyt, bo chciałby móc godnie mieszkać. Bank zagląda mu w każdy otwór dochodów (normą jest przedstawianie sześciomiesięcznego pełnego wyciągu z konta bankowego – wyjątkowo upokarzające doświadczenie, nawet nie bywając w Queens Clubie i nie korzystając z escort service). Potem dostaje się umowę „do akceptacji”, broń wszyscy święci do negocjowania, a w umowie jak rodzynki w cieście nawtykane warunki typu ubezpieczenia domu, siebie i rodziny do trzech pokoleń wstecz i wprzód. Za to dostajemy twardą walutę z twardym warunkiem: spłata według formuły arytmetycznej: rata kapitałowa (z góry określona) + indeks WIBOR/LIBOR + marża banku (z góry określona). No i trudno. Płać i płacz. Jeśli wziąłeś kredyt w walucie obcej (co też jest chybotliwe, bo większość kredytobiorców nie widziała franka na oczy, gdyż wszystkie operacje były w złotówkach), to w przypadku nagłego skoku kursu waluty możesz albo sprzedać nerkę, albo bank Ci dom zabierze. W końcu umowa to umowa, nie?
    Ale co się dzieje, gdy zachodzi taka dziwna sytuacja, jak ujemny indeks LIBOR? Popłoch w banku. Nadal są na plusie (ujemny LIBOR nie skompensował jeszcze marży), ale w telewizji leją krokodyle łzy, że klienci chcą ich ograbić. Ci sami klienci, których oni chwilę temu chcieli zlicytować i doprowadzić do ostateczności (wiecie, że najwięcej samobójstw w Polsce popełnia się z przyczyn ekonomicznych?). Nagle okazuje się, że arytmetykę też da się zreformować i -0,75%=0%. Moja pani z matematyki wstawiła by im gałę i kazała powtarzać klasę mówiąc, że nic dobrego z nich nie wyrośnie. Miała rację. Wciska się  kredytobiorcom jakieś aneksy na siłę i ciemnotę na wizji. W końcu umowa, to tylko umowa, nie?
    I to nie jest przemoc ekonomiczna? Jadąc żargonem: znęt jak byk.
    A teraz idziemy dalej. Pan X wziął kredyt w banku internetowym. Dostał elektronicznie umowę, więc mógł ją edytować. Dla zgrywy napisał, że bank do dnia tego i tego umorzy mu kredyt zgodnie z odsetkami. Wydrukował, podpisał i odesłał do banku. Czekał na awanturę jakiej świat nie widział, ale zamiast tego dostał informację, że umowa została potwierdzona, podpisana, zawarta, pieniądze w drodze. Trzech pracowników banku na każdej stronie postawiło swoje parafki. Klient zdziwiony, ale uśmiechnięty.  W danym dniu składa wniosek o umorzenie powołując się na umowę i nagle w banku konsternacja. Płać i płacz, tak to było? Nie. Zaczyna się szukanie kruczków i zawoalowane groźby. Wytykanie nieuczciwości, które brzmi jak gderanie prostytutki na upadek moralności. W końcu umowa, to tylko umowa.
    Ale w tej sytuacji klient wzywa kawalerię. Media rozgłaszają całą rzecz ku uciesze gawiedzi, która mając jako taki chleb powszedni z „markietu”, szuka teraz igrzysk. Włącza się w sprawę imć pan Maciej Samcik, dziennikarz ekonomiczny pewnej poczytnej gazety, a do tego bloger. Pozwolę sobie teraz w całości zacytować obszerny fragment pochodzący z jego posta. Podkreślenia moje.

Ja z kolei napisałem do banku list z prośbą o potraktowanie klienta nie jak oszusta i cwaniaka, lecz jako testera procedur w banku. Klient wykrył dziury i należą mu się podziękowania, a nie kara. Poinformowałem też, że właśnie dlatego miłosiernie nie ujawniłem nazwy instytucji finansowej, z którą pogrywał sobie czytelnik, by bank miał szansę zachować się przyzwoicie. Bo, szczerze pisząc, obawiałem się, że jeśli bank nie będzie miał już nic do stracenia, to klient będzie miał w sądzie sprawę o próbę oszustwa, czy jakieś inne przestępstwo związane z samowolnym poprawianiem umowy adhezyjnej, opartej na wzorcu. W banku - jak relacjonuje mi klient - pomyśleli dłuższą chwilę i zaoferowali takie oto salomonowe rozwiązanie: klient podpisuje aneks, w którym strony usuwają sporny dopisek klienta, a w zamian bank w innym miejscu umowy zmniejszy klientowi procentowanie kredytu do zera. Innymi słowy - w ramach ugody klient otrzyma kredyt bez odsetek. Mój czytelnik początkowo zaproponował, że spłaci tylko połowę kredytu, ale poprosiłem go, by przystał na propozycję banku. I - z tego co wiem - tak właśnie się stało.
G. Samcik, blog „Subiektywnie o finansach”
post pt. „Zrobił dopiski do umowy kredytowej, a bank ich nie zauważył.
 Znam już finał tej historii!” z dnia z dnia 26.02.2015 r.
adres:  http://samcik.blox.pl/2015/02/Zrobil-dopiski-do-umowy-kredytowej-a-bank-ich-nie.html
dostęp z dnia 27.02.2015 r.

 Szlachetny pan redaktor zwrócił się do banku, a oni pod wpływem perswazji i otaczającej go charyzmy zbledli, zgięli się w pół i pojąwszy niegodność swego działania, w pył się rzuciwszy szaty jęli rozdzierać i wołać: „Cóżeśmy uczynili temu niewinnemu! Jakże swą winę odkupić możemy?”. No nie. Pan Samcik zrobił dokładnie to samo co don Acosta: wytłumaczył terrorystom, że przemoc nie jest żadnym rozwiązaniem. Trzymając ich na muszce rewolweru („poinformowałem też, że właśnie dlatego miłosiernie nie ujawniłem nazwy instytucji finansowej (...)”).
    Paradne. I dlatego właśnie media są nazywane czwartą władzą: bo samotny rewolwerowiec mógł na łamach gazety podać nazwę banku i odstrzeliłby im klientów, niczym Bezimienny głowę bandyty u Sergio Leone. Ale o ile w przypadku władzy rozumianej jako państwo, wytworzono mechanizmy kontroli (kwestią dalszą jest ich wydajność), to w przypadku banków i mediów mamy do czynienia ze zwyczajną przemocą. A przemoc, jak ją zdefiniowała Simone Weil, to zdolność przemieniania ludzi w zwłoki.

Głupcami nie opiekują się bogowie. Głupcami opiekują się silniejsi głupcy.
L. Niven „Pierścień”

czwartek, 12 marca 2015

Konluzja wujka Staszka #5: Stirlitz spotyka Jacka Ryana

Kim był Stirlitz, ten as wywiadu radzieckiego, którego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Wsiewłod Władymirowicz Władymirow (w skrócie WWW), znany jako Maksim Maksimowicz Isajew, tego chyba starszej części czytelników przypominać nie muszę. Młodszej, która zna go jako bohatera najgłupszych dowcipów świata, napomknę, że przygody tego pierwowzoru Hansa Klossa opisanego w powieściach Siemionowa zostały sfilmowane w postaci serialu pt. „Siedemnaście mgnień wiosny”. Stirlitz jest szpiegiem, który pod nosem samego Hitlera, w RSHA (Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy) wykrada tajne informacje w najbardziej niedorzeczny sposób i snuje długie introspekcje manifestujące się monologami z offu, w czasie gdy kamera filmuje paraniemiecką przyrodę. Jednej rzeczy możecie być pewni: Stirlitz w filmie zachowuje się równie absurdalnie co w dowcipach. I to stanowi potęgę tego filmu. Ale do ad remu. Jednym z moich ulubionych dowcipów o Stirlitzu jest ten z telepatycznym dialogiem:

Idzie Stirlitz przez las i widzi w dziupli parę dużych, żółtych oczu.
Dzięcioł – pomyślał Stirlitz.
Sam jesteś dzięcioł – pomyślał Bormann.

Czytam sobie teraz „Czas patriotów” T. Clancyego. Wiadomo – zupełnie drugi biegun. Klasyk thrillera politycznego z walką służb specjalnych w tle. Jack Ryan, historyk z przeszłością żołnierza piechoty morskiej, który pnie się po szczeblach kariery aż do fotela prezydenckiego. I to wszystko, intrygi, strzelaniny, wnikliwe analizy i zakulisowe gry, to czyta się z zapartym tchem. Parafrazując inżyniera Mamonia – gdy amerykański pisarz pisze, to coś takiego w sobie ma. Aż tu nagle docieram do fragmentu, gdy dwóch dżentelmenów z dwóch stron barykady rozmawia ze sobą prowadząc – jak zwykle – grę pozorów.

Ach, to angielskie poczucie fair play”, pomyślał Murphy. „Dlatego to my w końcu zwyciężymy, panie Ashley”.
Nie zwyciężycie”, Ashley bez trudu odgadł myśli Irlandczyka.
T. Clancy „Czas patriotów”

Nie wiem co pomyślał o mnie w tamtej chwili Tom Clancy. Ja, zamykając książkę, pomyślałem o nim: „sam jesteś dzięcioł”.

sobota, 7 marca 2015

Osobliwe skutki zamiany kapeluszy

[Pan Atanazy Pernath] Ma tylko szczerą nadzieję, że jego kapelusz szanownemu panu bynajmniej bólu głowy nie przyczynił.
G. Meyrink „Golem”

Było to około roku 1995. Miesiąc włóczęgi po Czechach: po Izerach, Czeskim Raju i Morawskim Krasie. Bez precyzyjnego planu, bez precyzyjnej organizacji, bez pośpiechu. Nie chodziło o to, by zaliczać atrakcje, ale by poczuć atmosferę odwiedzanych miejsc. Nasiąknąć ich aurą. I dzielić się opowieściami, myślami, czasem.
    Nie wspomnę, czy mieliśmy ze sobą egzemplarz „Golema” G. Meyrinka, czy nie. Ale na pewno dużo o nim rozmawialiśmy. Książka, której nie sposób było w dwóch słowach skwitować. Jeśli tylko masz w sobie krztynę skłonności do refleksji, ta powieść zadziała jak uderzenie obuchem: na początku zobaczysz tylko gwiazdy, a potem na niczym innym nie będziesz w stanie się skoncentrować. Snuliśmy więc domysły co do tarota, Zoharu, powtarzaliśmy sobie strzępki wiadomości, które posłyszeliśmy na te tematy, omawialiśmy alchemię od technicznej i filozoficznej strony. Nie pojechaliśmy do Pragi – nie chcieliśmy konfrontować atmosfery powieściowego getta z nowoczesnym miastem, jakie spodziewaliśmy się tam zobaczyć. Przeglądaliśmy zatem judaica w zaczarowanym antykwariacie w libereckiej kamienicy, który staje mi przed oczyma, gdy znów wsłuchuję się w pierwsze rozdziały „Cienia wiatru” Zafona. Zastanawialiśmy się nad kabałą i jej wpływem na alchemię szwendając się między nierzeczywistymi skałami między Cestnikiem a zamkiem Valdštein.
    Tamten egzemplarz „Golema” odszedł w mglistą dal wraz z tamtymi ludźmi. Pamiętam jego brązową okładkę z motywem tarotowego Wisielca. Teraz, jak na ironię, dysponuję audiobookiem i e-bookiem, dzięki serwisowi WolneLektury.pl (wspaniała sprawa skądinąd), a nie posiadam wersji papierowej, którą bym w tym przypadku preferował. Dlaczego? Dla możliwości szybkiego kartkowania do pożądanego fragmentu, by móc go znów rozważać. I dla atmosfery, której bliższy jest papier.
   O czym jest powieść? Jeśli znasz legendę o golemie powołanym do życia przez rabina ben Löwea, to się srodze zdziwisz. Czym, a raczej kim jest Golem, tego się z powieści nie dowiemy. Musimy to wypracować poprzez refleksję. Dowiemy się o tym, co ile pojawia się Golem na ulicach getta, jak Żydzi nań reagowali. Dowiemy się czym był „Batalion” doktora Hulberta i jak wyglądał nalot policji na podrzędną spelunę pełną dziwek płci obojga, skąd można było już nie wrócić ginąc w napadzie rabunkowym. Dowiemy się jak zabijał i jak skończył zbój Babiński: powieszony został na lichym sznurze i gdy urwał się z postronka, darowano mu życie, które dokończył jako odźwierny żeńskiego klasztoru. Między zdradami małżeńskimi, piciem w knajpach, intrygami, morderstwami, oszustwami medycznymi i fałszywymi oskarżeniami Meyrink rozpina opowieść, która dzieje się jakoby w innym wymiarze. Gdy Atanazy Pernath widzi we śnie obrazy z Księgi Ibbur, którą otrzymał od Golema, wiemy, że mamy do czynienia z alegoriami alchemicznymi. Ale gdy widzimy w konfrontacji dwubiegunowość szlachetnego archiwariusza Hillela i perfidnego tandeciarza Wassertruma, gdy widzieć zaczynamy trzy oblicza kobiecości: chciwa, rudowłosa Rozyna, blond hrabianka Angelina, która szuka nastrojów (głównie poza małżeńskim łożem) i nieomal kontemplacyjna, czarnowłosa Miriam, zdajemy sobie sprawę, że kabalistyczny traktat wylał się do fabuły. Bardzo ważny teraz staje się dialog Zwaka i Hillela na temat Księgi Zohar:

Słyszałem, że istnieje dokument, za pomocą którego Kabałę można zrozumieć: tak zwany Zohar — —
Tak, Zohar, księga światłości. —
A, widzi pan, tam on jest! — drwił Zwak — czy to nie jest wołającą o pomstę do nieba niesprawiedliwością, że pismo, zawierające klucze do zrozumienia Biblii i do szczęścia wiekuistego —
Hillel przerwał mu:
Niektóre tylko klucze.
Dobrze, w każdym razie kilka — a więc, że to pismo, wskutek wysokiej ceny i rzadkości, jest dostępne tylko dla bogatych? Że egzystuje, jak mi opowiadano, w jednym jedynym egzemplarzu, który przy tym jeszcze jest schowany w muzeum londyńskim? i napisany do tego po chaldejsku, aramejsku, hebrajsku — czy ja wiem zresztą jak? Czy ja miałem na przykład choć raz w życiu sposobność uczyć się tych języków albo pojechać do Londynu?
Czy wszystkie swoje życzenia wytężał pan tak gorąco do tego celu? — zapytał Hillel z lekką ironią.
Otwarcie powiedziawszy — nie — odparł Zwak, poniekąd zmieszany.
Więc nie powinien się pan skarżyć — sucho odpowiedział Hillel — kto nie krzyczy o ducha każdą komórką swej istoty, jak ten, co się dusi, o powietrze, ten nie może przejrzeć tajemnic boskich.
G. Meyrink „Golem”

I do czytelnika skierowany jest przekaz: chcesz wiedzieć o rzeczach, które są powiedziane nie-wprost, to musisz się wysilić. Hillel sugeruje Zwakowi, że Zohar zawarty jest w Tarocie (co jest grubym uproszczeniem), ale klucz do „Golema” czytelnik musi znaleźć sam.
    Takich perełek dialogowych jest tam utkniętych kilkadziesiąt. Nienachalnych a poruszających wielkie sprawy. Takie jak uzależnienie od wiary w cuda. Jak stosunek do ludzi, którzy popełnili ohydne zbrodnie, jak Amadeusz Laponder, który trafia do celi Atanazego budząc jego wstręt. To co się dzieje później, gdy Laponder staje się medium kontaktu z Miriam, każe Atanazemu spojrzeć inaczej. Inaczej osądzić przyczynę, która leżała w popełnionej przez Lapondera zbrodni. A wręcz uznać go za ofiarę na równi z dziewczyną, którą zabił. Obrazy i nawiązania krążą koliście: od chłopca, który opuszcza się na sznurze, by zajrzeć w okratowane okno, za którym mieszkać ma Golem i przypłaca to życiem, gdyż sznur się urywa do Pernatha, który uciekając z płonącej kamienicy, zawisa na sznurach w pozycji tarotowego Wisielca przed tym oknem i widzi... O nie, nie powiem. Sznur się urywa. Czy Pernath ginie? Wypadek chłopca tak by wskazywał. Ale historia zbója Babińskiego nie była po to opowiedziana, by nabić wierszówkę, lecz by czytelnik miał zagwozdkę. Urwany sznur raz przyniósł śmierć, drugim razem od śmierci ocalił. Tym razem? Tego nie wiemy, gdyż czym bliżej końca tym bardziej nie możemy twardo rozeznać, czy to sen, jawa, przypowieść, czy światy równoległe. Kategoryczne twierdzenie dozorcy, że kamienica nigdy się nie paliła rezonuje z pogłoskami w kawiarni Loisiczka, które zbijają Pernatha i Charouska w jedną postać lub wręcz kategorycznie spychają Charouska, postać wręcz byroniczną, do wymysłu knajpianego.
   W sumie nie dowiemy się jak historia ta przebiegła do końca, gdyż nie ma ona swojego namacalnego końca. Że narrator odwiedza na koniec dom przy murze pod ostatnią latarnią przy Ulicy Alchemików i oddaje kapelusz, nic nie znaczy, bo dobrze wiemy, że domu tego nie ma w naszym świecie.
   Wyobrażam sobie ekranizację „Golema” w stylu niemieckiego ekspresjonizmu. Murnau, czy Lange by się nadali. Nawiasem mówiąc w 1920 powstał film „Der Golem”, ale opowiada on inną historię, nie Meyrinkowską. W dzisiejszym czasie mógłby nakręcić go Lynch albo Aronofsky, który swoim „Pi” i „Czarnym łabędziem” pokazał, że doskonale rozumie temat nadrealności. Nie stał by się ten film hitem sezonu ogórkowego. Byłby to film kultowy – tego jestem pewien.
   Na koniec tylko dwa wersy, które niczym refren krążyły mi po głowie w czasie godzin słuchania i rozmyślania nad powieścią:

Co widzimy, co wydaje się,
to jest tylko przyśnienie w śnie...
E. A. Poe „Przyśnienie w śnie”