sobota, 25 kwietnia 2015

Adynatochromatyka w radiu Erewań

Znasz zapewne historyjki o błyskotliwych replikach radia Erewań, z których najsłynniejsza brzmi:

Pytanie: Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają Mercedesy?
Odpowiedź: Prawda, ale z małymi poprawkami: nie w Moskwie tylko w Leningradzie, nie Mercedesy tylko rowery i nie rozdają tylko kradną.

Ostatnio przypomniała mi się to, gdy w periodyku „Nowa Fantastyka” z kwietnia 2015 przeczytałem, że opowiadanie „Draństwo” („The Damned Thing”) A. Bierce'a było inspiracją dla „Koloru z przestworzy” H. P. Lovecrafta. Otwarcie powiem: nie wiem, co na ten temat zeznał sam HPL, ale wydaje mi się, że o ile na pewno czytał to opowiadanie, to przypuszczalnie skorzystał z jego inspiracji zupełnie gdzie indziej.
    „Draństwo” jest opowieścią, której właściwym momentem akcji jest pełnienie swych obowiązków przez koronera. Koroner ma ustalić, a ławnicy potwierdzić lub odrzucić, okoliczności śmierci H. Morgana, którego szczątki – nader właściwe słowo – spoczywają na stole przed zebranymi. Tymczasem świadek śmierci opowiada co widział. A widział zgoła niewiele:

Już miałem się odezwać, kiedy spostrzegłem, że dziki owies porusza się w niesamowity wręcz sposób. Wprost nie umiem tego opisać. Przez pola szła szeroka smuga, która przypominałaby wiatr, gdyby owies tylko się przyginał, ale on się kładł wgnieciony w ziemię. Smuga sunęła prosto na nas.
(…) Wyprężył prawe ramię, ale dłoń gdzieś znikła, w każdym razie nie mogłem jej dostrzec, tak jak i lewego ramienia. Chwilami – jak podszeptuje mi pamięć – widziałem go tylko fragmentarycznie, kawałkami, (…)
A. Bierce „Draństwo”

 Coś, co zabiło Morgana, grasowało już od jakiegoś czasu po jego polach. Znał to i bał się tego. Na koniec opowiadania znajduje się fragment dziennika Morgana, który dochodzi do takiej konkluzji dotyczącej braku widzialnej postaci swego prześladowcy:

(...) Fizyk rozszczepiając światło słońca może stwierdzić obecność promieni zwanych nadfiołkowymi. Reprezentują one kolory – samodzielne kolory w kompozycji światła – których nie potrafimy dostrzec. Oko ludzkie jest niedoskonałe, obejmuje ledwie kilka oktaw rzeczywistej skali chromatycznej . Nie dostałem pomieszania zmysłów; istnieją kolory, których nie widzimy.
    I – niech mnie Pan Bóg strzeże – to draństwo jest takiego właśnie koloru!”
A. Bierce „Draństwo”

Jasno napisane jest, czarno na białym – jeśli o kolorach mowa – że potwór, który zabił Morgana był niewidzialny dla ludzkiego oka. Tymczasem, jak już w poprzednim poście pisałem, tajemnicze „coś” u Lovecrafta było jak najbardziej widzialne, choć kolor był słabo opisywalny.
    Jest za to inne opowiadanie Lovecrafta, które może nam przypominać biercowskie „draństwo”:

Mówiący te słowa umilkł, ale już zaczął następny:
- Jeszcze nie ma godziny, jak Zeb Whateley usłyszał telefon. To dzwoniła pani Corey, żona George'a, mieszka przy rozstaju dróg. Powiedziała, że jej chłopak najemny, Luther, właśnie spędzał z pastwiska krowy, po tym, jak uderzył piorun, i on to właśnie zobaczył, że wszystkie drzewa na brzegu wąwozu się pochylają i że śmierdzi tak samo jak w poniedziałek rano, kiedy znalazł ślady. Mówił też, że słyszał jakiś świst i chlupot, ale to nie były odgłosy tratowanych drzew i krzaków, a potem wszystkie drzewa przy drodze zostały odepchnięte i usłyszał ciężkie stąpanie i chlupot błota. Ale Luther niczego nie widział, tylko te stratowane drzewa i krzaki.
    Potem, trochę dalej, tam gdzie Bishop's Brook płynie pod drogą, usłyszał straszne trzeszczenie i skrzypienie mostu, tak jakby rozszczepiało się drzewo. Ale przez cały czas nie widział tej rzeczy, tylko tratowane drzewa. (...)
    Teraz włączył się człowiek, który mówił na początku:
- Ale to jeszcze nic strasznego, to dopiero początek. Zeb, który jest tutaj z nami, zwołał do siebie wszystkich i wszyscy słyszeli, jak zadzwonił Seth Bishop. Jego gospodyni, Sally, szalała z przerażenia, bo widziała, jak przewracają się drzewa przy drodze, i mówiła, że słyszy, jakby po błocie szedł słoń prosto na dom. (…) A potem Sally zaczęła okropnie krzyczeć i wołać, że szopa koło drogi rozpadła się, jakby zdmuchnęła ją burza, tylko że nie było silnego wiatru. Wszystkim prawie dech zaparło. Ale już po chwili Sally krzyknęła, że zawalił się płot, choć nie widać od czego. Po chwili wszyscy usłyszeli krzyk Chaunceya i Setha Bishopa, a Sally zawołała, że coś ciężkiego uderzyło w dom, wcale nie piorun, i że to choć pcha dom, ale nic przez okna nie widać.
H. P. Lovecraft „Koszmar w Dunwich”

No cóż. Jak widać nie w Moskwie, ale w Leningradzie. Nie na farmie Nahuma Gardnera, w małej wiosce na zachód od Arkham, ale w Dunwich, pod Sentinel Hill. Moim zdaniem.

Reasumując: nowych kolorów u Biercea nie ma. Jest raczej rodzaj „niewidzialności”, taki, jak potem Lovecraft przypisze pomiotowi Yog-Sothotha. Jeśli chcemy wywołać w sobie „wrażenie nowego koloru”, sięgamy po „Kolor z przestworzy” Lovecrafta.


Ten kolor w rogu, co urąga widmu,
To jest ta sama śmierć, tylko z profilu.
R. Wojaczek „Wstęp do nauki o barwach, czyli malarz, malujący nocą”

niedziela, 19 kwietnia 2015

Adynatochromatyka - nauka o kolorach niemożliwych

„Pisanie o muzyce to jak tańczenie o architekturze” – to głównie dlatego jeszcze nie rozpocząłem pisania bloga muzycznego, którego miałem już rok temu założyć. Ale pisanie o muzyce jest niewiele mniej skomplikowane od pisania o kolorach.
   Jak opisać kolor?
   Zacząć należy od L. Wittgensteina, gdyż i on od kolorów zaczynał. „Dociekania filozoficzne” uważam za podstawową książkę, którą winni znać wszyscy specjaliści od komunikacji, począwszy od „pijarowców”, przez dziennikarzy, krytyków literackich, do samych pisarzy. Przyda się także nauczycielom. Podstawową, nie znaczy pierwszą, gdyż wujek Ludek, pisał językiem trudnym i zwięzłym, o rzeczach ważnych, i nieuważne pominięcie jednego akapitu może łacno wykoleić zrozumienie lektury. Ale do ad remu, jak mawiał kolega Gienek. Wittgenstein już na początku swego dzieła zaczyna od mowy o kolorach:

Pomyśl więc o takim oto użyciu języka: wysyłam kogoś po zakupy. Daję mu kartkę, na której znajdują się znaki: „pięć czerwonych jabłek". Ów ktoś niesie kartkę do sprzedawcy, ten otwiera skrzynię ze znakiem „jabłka", następnie odnajduje w tabeli wyraz „czerwone" ze znajdującą się obok niego próbką koloru, wreszcie wypowiada ciąg liczebników głównych — przyjmuję, że zna je na pamięć — aż do słowa „pięć", przy każdym liczebniku wyjmując ze skrzyni po jednym jabłku w kolorze próbki. Tak, i podobnie, operuje się słowami. „Skąd on jednak wie, gdzie i jak szukać winien wyrazu 'czerwone' i co począć z wyrazem 'pięć'?" Cóż, przyjmuję, że działa on tak, jak to opisałem. Objaśnienia mają gdzieś swój kres. — Ale co jest znaczeniem wyrazu „pięć"?
L. Wittgenstein „Dociekania filozoficzne”

Nie mogłem się powstrzymać przed zacytowaniem całości, ten akapit jest dla mnie Bereszit bara Elohim filozofii języka. Ale zwróć, proszę, uwagę na sposób odczytania koloru. Czytelnik porównuje go do wzornika znanych mu kolorów. Wie, że słowo czerwony odpowiada temu zakresowi kolorów, który ma krew, płatki róż, płatki maków, czy zachodzące w wyżowym powietrzu słońce. Dogadujemy się, gdyż wszyscy rodzice pokazywali swoim dzieciom różne przedmioty i mówili na nie „czerwone”, a my je katalogowaliśmy. Wiedzieliśmy, że ich wspólną cechą jest zbliżona barwa. Oczywiście sam kolor nie zawsze precyzyjnie odzwierciedli o co nam chodzi, dlatego wymyślono odcienie. Różowy, pąsowy, amarantowy, purpurowy. Mężczyzną będąc klasyfikuję kolory w trzy grupy podstawowe, których nazw tu nie przytoczę z uwagi na to, że czytują mnie damy. Dla porozumienia się z płcią piękną udaje mi się jako tako posługiwać kilkunastoma najpopularniejszymi odcieniami. Ale wciąż nie wiem czym, do jasnej Anielki, jest fuksja, a dynia i łosoś są dla mnie nazwami jedzenia, a nie farby na ścianę. Howgh.
   Jeśli czytając powyższy akapit przez myśl przeszło Ci choć kilka barwnych plam, wiesz już jak działa język w kontekście przekazywania wyobrażenia koloru. Mówię „pąsowy” i już widzisz kolor dojrzałej piwonii. No dobrze, właśnie przeczytałem, że piwonie są i białe, przez różowe i pąsowe do kasztanowych. Nie mamy dziś lekko. Muszę założyć, że wiesz o jaki kolor chodzi. To niedogodność języka. Mówienie o kolorach staje się również tańczeniem o architekturze. A co najmniej o budowie mostów.
    Ale jest i plus języka.
   Podobno niemożliwe jest wymyślenie nowego koloru. Co do zasady, z biologicznego i fizycznego punktu widzenia jest to słuszne. Widzimy wszystko co mieści się w zakresie fal elektromagnetycznych od długości 380-780 nm (mniej więcej) i już. Można naginać pewne zjawiska, by np. wydłużyć okres fal pasma nadfioletowego, by „ściągnąć” je w pasmo widzialnych fioletów i wtedy np. oglądać płatki kwiatów, które wydają się nam białe w słońcu. Nagle nabierają niezwykłych barw, ale są to barwy nam znane – po prostu „nasz” fiolet.
   Tymczasem ciekawostką jest język, w którym możemy się umówić, że coś w opowieści jest w kolorze niespotykanym w naturze. Język ma tę cechę, że można opisać coś poprzez wskazanie „tego tu nie ma”. Najlepszym przykładem jest pojęcie Bóg. Już św. Tomasz Akwinata stwierdził, że możemy o Bogu mówić, ale nie możemy go zdefiniować. Zamknąć go w słowach i w pojmowaniu. Możemy tylko wskazywać na niego.
    No dobrze, ale jak ten nowy kolor można opisać? Można nazwać coś sinokoperkowym różem, lub powiedzieć, że to taki kolor jak ta białozłota-lub-czarnoniebieska sukienka. Ale tak naprawdę znów posługujemy się wittgensteinowskimi wzornikami, tyle, że wylaliśmy je odbiorcy na głowę. Ale można powiedzieć jak w Upaniszadzie: neti neti. Ani to, ani tamto.
   Na przykład tak:
(…) Tym razem zatopili dłuto głębiej, a wtedy przekonali się, że jądro tej bryły nie jest jednolite.
Odsłonili coś, co zdawało się być boczną ścianą dużej kuli osadzonej wewnątrz masy. Jej kolor, przypominający kręgi w dziwnym spektrum meteorytu, był prawie nie do opisania; i tylko przez analogię nazwali to kolorem.
(...)
Stephen Rice przejeżdżając rano koło domu Gardnera zauważył, że w błotnistej ziemi koło lasu po drugiej stronie drogi rośnie dzika kapusta. Jeszcze nigdy nie widziano kapusty takich rozmiarów, a jej koloru nie oddałyby żadne słowa.
(...)
A tymczasem snop fosforescencji dobywający się ze studni coraz bardziej jaśniał i napełniał skupionych w gromadkę mężczyzn poczuciem zagłady i potworności, przerastających wszelkie wyobrażenie, do jakiego zdolne były ich umysły. Już nie tylko świecił, ale wytryskał światłem; a kiedy ten bezkształtny strumień nieprawdopodobnego koloru wydostał się ze studni, wszyscy odnieśli wrażenie, że uniósł się prosto w niebo.
H. P. Lovecraft „Kolor z przestworzy”

Karkołomne, ale sugestywne. A w następnym odcinku opowiem o innym pomyśle na nie-kolor.

sobota, 11 kwietnia 2015

Kto się boi Chaunceya Gardinera?

Kim jest Chauncey Gardiner, wybitny ekonomista, mąż stanu, kandydat na prezydenta, na którego polują służby specjalne światowych mocarstw?
    Bohater powieści J. Kosińskiego „Wystarczy być” jest niepiśmiennym ogrodnikiem, który całe życie poświęcił dwóm rzeczom: pielęgnacji jednego ogrodu i oglądaniu telewizji. Nie ma nic swojego, nawet nazwiska. Nosi imię Chance i ubrania po swoim gospodarzu nazwanym Starym Człowiekiem, który przypuszczalnie jest finansistą i przedstawicielem ścisłej elity estabilishmentu amerykańskiego. Imię Chance jest oczywiście znaczące, w polskim tłumaczeniu „Los”, co nie jest do końca szczęśliwe, gdyż zamiast jednoznacznie wskazywać na szansę („los na loterii”) ponurym polskim czytelnikom kojarzy się z posępnym przeznaczeniem (niczym gałczyńska Hermenegilda Kociubińska wtrącająca głosem Ireny Kwiatkowskiej co kilka zdań: „Los. Przeznaczenie. I cielęcina podrożała”). Będę trzymał się oryginalnego imienia. Tak jest lepiej.
   W pewnym momencie Stary Człowiek umiera i Chance zostaje w czasie postępowania spadkowego wyeksmitowany z domu, gdyż z żadnych dokumentów nie wynika ani kim jest, czy był zatrudniony, ani na jakiej podstawie zajmuje pokój w domu. I ta nieomal kafkowska ofiara nomen omen losu opuszcza dom z walizką starych ubrań gospodarza. Ale jakich. Gdy zostaje potrącony przez limuzynę pani Rand, ona sądzi go po ubraniu. I gdy on przedstawia się „Chance, the gardner” (pol. „Los, ogrodnik”), ona słyszy „Chauncey Gardiner” (pol. „Ross O'Grodnick” - dlatego wolę oryginał, nie powoduje zażenowania czytelnika). Chance trafia do domu państwa Rand, napatacza się na prezydenta USA, któremu wygłasza dwa zdania na temat pielęgnacji ogrodu, a prezydent bierze to jako piękne i trafne metafory sytuacji gospodarczej kraju, więc cytuje go w przemówieniach. Dalej lawina toczy się sama. Bankiety, wywiady, programy telewizyjne. Chance doskonale daje sobie radę, gdyż naśladuje te zachowania, które już w telewizji widział. Co lepsze, każda kolejna rozmowa pogłębia nie-porozumienie, gdyż rozmówcy tak naprawdę nie rozmawiają z Chancem, lecz ze swoimi projekcjami. I tak ambasador radziecki sporządzając tajny raport stwierdził, że Chauncey Gardiner czyta Kryłowa w oryginale, choć w rozmowie to on, Skrapinow, zasugerował mu znajomość Kryłowa i mówił do Chancea po rosyjsku, choć ten nie odpowiadał. Uprzejmie kiwał tylko głową. Gdy dochodzi do tego etapu, że ambasador radziecki chce od wywiadu informacji o Gardinerze, a prezydent USA żąda od swoich służb tego samego, wybucha walka wywiadów zakończona stratami po obu stronach i... brakiem jakiejkolwiek informacji. Nie peszy to jednak żadnej ze stron. Obie odczytują to po swojemu przekuwając to na swoją korzyść. W końcu brak jakiejkolwiek informacji o przeszłości Chancea staje się powodem, dla którego partia rządząca wystawia go jako kandydata na prezydenta: nie ma informacji, którymi można kandydata skompromitować.
   Zarzuca się Kosińskiemu plagiat z „Kariery Nikodema Dyzmy”. Uważam, że niesłusznie. A że literaturoznawcą nie jestem, mogę sobie pozwolić na zdecydowane odrzucenie tej tezy. Owszem, jest podobieństwo Chance'a do Dyzmy, lecz bohater Kosińskiego jest Dyzmą au rebours. Jeśli chodzi o osobowość, bliżej mu do wolterowskiego Kandyda, który opuszcza macierzysty zamek jako personifikacja naiwności, chodząca tabula rasa. Tyle, że Chance ma przewagę nad Kandydem: oglądał telewizję. Zna kulturę zachodnią, w której nie uczestniczył izolowany w posiadłości Starego Człowieka. Może ją naśladować. Tak naprawdę staje się ludzką wersją „chińskiego pokoju”, o którym pisałem w poście „Konatkt, ale jaki?”. Chiński pokój jest hipotetyczną strukturą naśladującą inteligencję poprzez manipulację językiem, którego uczy się, lub raczej adaptuje się do niego w czasie konwersacji. Ale nie jest inteligentny, czy nawet świadomy. Jest pewnego rodzaju algorytmem. Symulacją świadomej inteligencji. Taką istotą, nieludzką w swym oderwaniu, jest Chance. Wie on o ludziach tyle, co widział w telewizji. Nie znane są mu niuanse emocji i głębia refleksji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest co najmniej tak nieludzki jak SIL w filmie „Gatunek”. Prawdziwy obcy w obcym kraju, który podobny jest bohaterowi Heinleina. Tę nie-ludzkość podkreśla jeszcze jego impotencja zarówno wobec mężczyzn, jak i kobiet. A i obie te sceny, które miały być stosunkami z Chancem, a skończyły się masturbacją w jego obecności, są specyficznie symboliczne. W gruncie rzeczy nie liczy się dla nich Chance. Chcą swojego zaspokojenia, a jego obecność nobilituje ich autoerotyzm i tyle. Zwłaszcza to, co mówi EE o tym jak Chance pozwala jej być sobą, co ją wyzwala i oczyszcza, ma swój inny wydźwięk, który trzeba ostrożnie odczytać: „cieszę się, że nic ode mnie nie chcesz i mogę nakarmić mój egoizm bez ścierania się z twoim”. Tak naprawdę mogłaby równie dobrze zaspokoić się w zaciszu swej sypialni, ale tu, w sypialni Chance'a, który patrzy na nią, ma wartość dodaną: zawłaszcza uwagę Chaunceya Gardinera, nowego samca alfa międzynarodowego estabilishmentu. Utworzy i uwierzy w każde kłamstwo, które może to potwierdzić.
   Chance jest obcy. I pozostaje obcy, bo jego myśli są niezmącone do samego końca. Nie uczestniczy w tym mortal coil, światowym zgiełku. Nawet postać Chaunceya Gardinera spływa z niego niczym źle położony makijaż.
   Chance pozostaje czystym zwierciadłem, w którym przeglądają się pożądliwe umysły ludzi cywilizacji. Duchy głodne i duchy walczące. Mówią do niego, ale go nie widzą. Widzą jedynie swoje odbicia i z nimi prowadzą fikcyjne konwersacje i gry pozorów. Piją do lusterka.

Państwa krytyków oskarżających Kosińskiego o plagiat uprasza się, by odwołali swe oskarżenia. Widzicie w tej powieści jedynie to co chcecie widzieć. Zupełnie jak rozmówcy Chance'a.

Westchnął głęboko, włączył telewizor i zapadł w sen.
J. Kosiński „Wystarczy być”

niedziela, 5 kwietnia 2015

Powieść post-apo i post-apo powieści

Tytułem wstępu: powieść miała premierę 10 marca, zakupiłem ją w piątek, 13 marca, pół godziny przed północą, po pięciu minutach miałem już ją na czytniku. Jeśli e-booki nie są rewolucją, to Gutenberg też żadnej nie wywołał. 17 marca byłem już po pierwszej lekturze. Recenzji jeszcze nie było w necie. Teraz są ich dziesiątki, z czego połowa ma w tle hasło „jestem skołowany, nie wiem o czym mam pisać, Dukaj wielkim pisarzem jest”, lub „ratunku, nic nie zrozumiałem, więc powieść jest do niczego”.
   Ale ja chciałem opowiedzieć o czymś innym.

Nowa powieść J. Dukaja jest pewnego rodzaju kamieniem milowym polskiej literatury. O ile „Sezon burz”A. Sapkowskiego stał się Okopami Św. Trójcy książkowych konserwatystów, to dukajowa powieść zrywa z pojęciem „książka”.
   Książka, pojmowana jako zestaw kartek z naniesioną nań informacją w liniowej postaci tekstu, jest przez J. Dukaja wykluczona jako nośnik jego powieści. Na stronie autora czytamy:

Starość aksolotla” ukazuje się wyłącznie jako ebook i jest pierwszą w Polsce książką cyfrową, która angażuje czytelnika na tak wielu poziomach: tekst – hipertekst – art – real.
dukaj.pl dostęp z dnia 15.03.2015 r.

Czym jest „Starość aksolotla”? Powieścią. Powieścią post-apo, która pokoleniu czytelników ~40 przypomni wszystkie emocje związane z „Kantyczką dla Leibowitza”. Powieścią, która znów sięga do korzeni wszelkich mitów antropogenetycznych: znów widzimy wojny bogów i tytanów osnute wokół powstawania człowieka. Dukaj, człowiek zanurzony w tradycji i historii filozofii, rewelacyjnie przepisuje mit Raju i Ziemi, mit Potopu, i Nefilim. I wszystkie te mity wpisane są w rzeczywistość twardą, naukową, stalową i polimerową. Nic nie dzieje się bez przyczyny, choć przyczyny są nie dla wszystkich bohaterów czytelne. I dlatego tworzą się nowe mity. Gorzej, że o ile wszystko ma przyczynę, to cel staje się coraz bardziej zamazany. Chyba, że pytanie o sens i cel istnienia to tylko defekt softu neuro uralowca...
    Ale chciałem bardziej skoncentrować się na części formalnej. To co jest w książce nowego, to piętrowe, nieco nawiązujące do hipertekstu odnośniki-przypisy. Skaczemy z przypisu do przypisu, żeby nasyciwszy się informacją pozwalającą lepiej nam zrozumieć aktualną sytuację wrócić do miejsca, w którym wydarza się akcja. Przeplatają to arty (czyli ilustracje) i ex-librisy oraz linki do ściągnięcia ze strony autora plików, by wydrukować sobie na drukarce 3D figurki mechów, w które zaklęci są bohaterowie. To już nie książka. To pakiet fabularny. Rubikon literatury.
    Ale jest w figurze Rubikonu coś, co każe odwołać się do historycznego źródła. Samo przejście Rubikonu przez rzymskie legie nic nie zmieniło. Było zasadniczo jedynie manifestem, deklaracją kierunku. Zmieniły dalsze działania wojenne. Przekroczenie rzeki militarnie było jedynie początkiem. Gdyby Cezar zdecydowałby się zawrócić, nikt o Rubikonie dziś by nie pamiętał. „Starość aksolotla” jest takim Rubikonem. Powieść pozostała powieścią: z liniową fabułą, niezmienną liczbą bohaterów.
    Czego ja się czepiam? Czy może powieść wyglądać inaczej? Nieliniowo? Może. I nie mówię tu o „Grze w klasy” Cortazara, lecz o grach książkowych, tzw. paragrafówkach, np. Wydawnictwa Wielokrotnego Wyboru. Wybieramy sobie ścieżkę fabuły, którą chcemy dziś podążać. Innym razem spróbujemy się w sytuacji krytycznej inaczej zachować, to poprowadzi nas inną ścieżką. Ale ponieważ to czytelnik dokonuje wyboru, więc przywiązani jesteśmy do jednego bohatera i narracja jest zwykle pierwszo- lub drogoosobowa.
    Można powieść napisać jakiej jeszcze nie napisał nikt. Nazwijmy ją Powieścią 2.0.
    Po pierwsze: zrywamy z uwiązaniem narracji. W „Pieśniach Lodu i Ognia” G. R. R. Martin ma kilkunastu bohaterów, którzy stanowią „punkty widzenia” (ang. point of view, POV) narracji. Widzimy pewne wydarzenia fabularne z różnych POV, tak jak odbierają je różni bohaterowie. To powoduje, że saga zaczyna „puchnąć”. Że jesteśmy zmuszani kręcić się w jednym miejscu fabuły oglądając je z różnych perspektyw, co powoduje, że czas lektury wyraźnie wydłuża się względem czasu fabularnego powodując zmęczenie przestojem lub prostą irytację. Niech czytelnik sam zdecyduje czyimi oczyma chce widzieć dany fragment fabuły.
   Po drugie: zerwijmy z liniowością fabuły. Niech od czasu do czasu bohaterowie kontrolowani przez czytelnika podejmą decyzję, która potoczy opowieść w inny korytarz labiryntu. Może nie tak często jak w grach paragrafowych, ale kilka razy.
   Po trzecie: wiki. Dukaj w „Starości aksolotla” dobrze stawia na rozbuchane przypisy hipertekstowe (papier tego nie ma). Ideałem byłyby przypisy odsyłające do wikileksykonu, który byłby integralną częścią książki. Byłby metatekstem opisującym świat, w którym przyszło nam się zaczytać. Od razu widać konsekwencje dla treści utworu – dygresje stałyby się zbędne. Oczywiście słyszę szmer oburzenia i drwin ze strony wielbicieli naturalizmu. Proszę państwa, wy już korzystacie z tego handicapu: świat, w którym żyjecie jest waszym metatekstem, waszą wikią, bez której obchodzić muszą się czytelnicy Herberta, Tolkiena, LeGuin i Dukaja.
   Po czwarte: oprawa dźwiękowa. I znów Dukaj popisał się intuicją, gdy w roku 1997 rozpoczął opowiadanie „Serce mroku” didaskaliami (sic! Jedyne znane mi didaskalia w utworze epickim) o treści: „Najlepiej czytać przy muzyce zespołu Rammstein”. Tu jest jeden szkopuł. Aby dostosować się do życzenia autora, należy sprawdzić, które z albumów mógł polecać w chwili pisania. A wtedy R+ mieli za sobą tylko dwa albumy studyjne: Herzleid i Sehnsucht. Jeśli nie uwiąże nas technologia, muzyka winna być integralną częścią Powieści 2.0.
   Natomiast jestem szczerze nieprzekonany do ilustracji. To już może być zbytnie narzucanie interpretacji wizualnej. Rozważania na temat wpływu oryginalnych ilustracji do „Kubusia Puchatka” i „Alicji w Krainie Czarów” pozostawmy na odrębny post.
   Czy napisanie Powieści 2.0 byłoby trudne? Nie bardziej niż napisanie klasycznej powieści dla D. Defoe, czy M. Cervantesa. Każdy, kto jest pierwszy, ma trudniej. Nie może pójść na kurs kreatywnego pisania, bo to on wyznacza szlak i technikę poruszania się, którą inni poddadzą krytyce i następnych będą nauczać. Ale myślę, że warto.
   I nie ma się co zżymać i zamurowywać w samotnych wieżach literackiej konserwy, tylko spojrzeć na filmy związane z grą narracyjną „The Old City: Leviathan”. To jest przyszłość sztuki wizualnej. Taki Film 2.0. To się dzieje już, mimo że film klasyczny będzie miał rzesze odbiorców jeszcze przez dwa lub trzy stulecia, nim zepchnięty zostanie do niszy jak sztuka teatralna. Literatura fabularna albo „przepisze się” do Powieści 2.0, albo zostanie wypalona, jak ludzkość na początku „Starości aksolotla”. Ten Południk, już gdzieś tam zaczyna się przesuwać.

A moje refleksje na temat treści „Starości aksolotla” nadejdą. Albo i nie.