sobota, 25 lipca 2015

Good Ole Vampyres – wieczór trzeci: dewampiryzacja według Lumleya

Gdy znamy genezę i przebieg choroby, przejdźmy do jej leczenia. Jak wampira utłuc?
    Samo zabijanie wampirów mogłoby stanowić odrębną gałąź wiedzy. Sposobów na pozbywanie się wampirów od Juraty po Sołuń jest setki. W cyklu „Nekroskop” możemy dowiedzieć się precyzyjnie czym się pozbywać klienta i dlaczego.
   Po pierwsze – kołek.
   Kołek wbity w serce nie zabija ani wapira-pasożyta, ani nosiciela, ale unieruchamia pasożyta. To dość ważne. Bez unieruchomienia nie będziemy mogli wykonać następnego kroku. No chyba, że wykorzystujemy ogień lub światło. Ale wtedy też zdecydowanie lepiej, gdy wampir się nam nie rusza.
   Kołek musi być z drewna. Chyba autor nie posunął się do analizy dlaczego właśnie drewno, a nie na przykład obsydian (jak przeciwko Innym z „Pieśni Lodu i Ognia”), ale dokładnie opisał, jak wampir radzi sobie z metalem:

Strzęp nie był większy od szczenięcia, ale miał ohydny kolor i kształty rodem z koszmarnego snu. Właściwie, nie kształty, a ich potworne zarysy. Mógł być ślimakiem, płodem, jakimś dziwacznym smokiem. Wił się w świetle, wysuwając ruchliwe palce i jedno oko. Potem pojawiła się paszcza o krzywych, ostrych ząbkach. Oko było miękkie i wilgotne od śluzu. Rozglądało się, a paszcza kłapała.
(…)
Vrykoulakas, vrykoulakas! — rozwrzeszczeli się greccy kapłani. Mimo iż zaledwie garstka wiedziała, co znaczy to słowo, w sali zapanował wściekły popłoch. Kobiety wrzeszczały, mdlały, wszyscy uciekali od wielkiego stołu, goście tłoczyli się przy drzwiach. Przyznać jednak należało, że Grecy wiedzieli, co trzeba robić. Jeden z nich złapał za sztylet i przygwoździł potwora do stołu. Ten natychmiast spłynął z ostrza jak woda. Kapłan przybił go po raz wtóry.
Przynieście ogień, spalcie to! — krzyczał.
B. Lumley „Nekroskop 2: Wampiry”

Ogień jest najważniejszy.
   Ogień jest tu zawsze na końcu procedury. Ale warto wcześniej wampira, między unieruchomieniem a spaleniem, pociąć na kawałki. Najlepiej zaczynając od odcięcia głowy. Nawet nienaturalna moc regeneracji wampira nie pomoże w wyhodowaniu nowej głowy do czasu spalenia.
    Pamiętaj zatem: drewniany kołek w sercu unieruchamia pasożyta, odcięcie głowy neutralizuje nosiciela. Potem palimy. Jak najszybciej.
    Krzyż.
   Krzyż nie działa u Lumleya. I to już od pierwszego tomu zostało wytłumaczone przez pewne zaszłości historyczne i animozje sięgające którejś krucjaty. Krzyż nie jest dla wampira symbolem potęgi, lecz raczej wspomnieniem focha. Ale za to dosyć konkretnie działa imię Yog-Sothotha opakowane w bełkotliwe zaklęcia. Więc nie jest tak, że świat wampirów jest oderwany od jakiejkolwiek religii, czy mitologii.
   Czosnek. I od razu srebro.
   Zajrzyjmy do źródła:

Więcej okoliczności sprzyjało Lardisowi. Na przykład, wampiry śmiertelnie bały się srebra. Działało ono na ich organizm podobnie jak ołów na ludzki. Lardis odkrył u zachodnich podnóży niewielkie złoża tego rzadkiego metalu. Groty strzał łuczników kazał pokryć jego cienką warstwą. Poza tym, cała broń, którą mieli do dyspozycji posmarowana była sokiem z czosnku. Jego woń mogła na wiele godzin sparaliżować wampira. Powodowała nie kończące się torsje i rozstrój nerwowy, trwający nawet kilka dni.
B. Lumley „Nekroskop 3: Źródło”

Pominę to jak sobie wyobraża autor wpływ ołowiu na organizm ludzki. Zasadniczo nie powoduje on gwałtownych objawów, chyba, że dozowany jest w kilkugramowych porcjach miotanych za pomocą broni palnej, ale wtedy konsekwencje są raczej urazowe, mechaniczne, niż biochemiczne.
   Reasumując: lumleyowskie wampiry są ze swej natury paradoksalnie podobne kreaturze Frankensteina. Nie dlatego, że są sztucznie wyhodowane, bynajmniej. Dlatego, że pomijając marginalne znaczenie inwokacji do Yog-Sothotha, wampiry są w pełni wytłumaczalne biologicznie i fizycznie. Nie są nadprzyrodzone, tak jak nie jest nadprzyrodzony stwór Victora Frankensteina. Są po prostu innymi zwierzętami. Ba, jeśli wziąć pod uwagę ich bagienny rodowód ze Świata Za Bramą, moglibyśmy nawet zaliczyć je do... kosmitów.

piątek, 17 lipca 2015

Good Ole Vampyres – wieczór drugi: pasożyt

Czy można potraktować wampira jako tasiemca?
    Choć trzeba przyznać, że częściej – przynajmniej w pierwszej powieści cyklu – autor porównuje wampira do monstrualnej pchły. Ale chodzi mu o porównanie zachowań, pchlego i wampirycznego łaknienia krwi.
    Mowa o cyklu „Nekroskop”, pióra Briana Lumleya, jednego z bardziej płodnych autorów horroru u schyłku XX wieku. Cykl „Nekroskop” obejmuje siedemnaście powieści podzielonych na podcykle o dość nierównym poziomie wykonania. Co do jednego wszyscy się zgadzają: najlepszy jest pierwszy podcykl, określony nazwą główną, czyli „Nekroskop”. Od pierwszego tomu obserwujemy zmagania tytułowego nekroskopa, Harrego Keogha, z wampirami, które to zmagania nabierają rozmachu z każdym kolejnym tomem. Zaczyna się od konfrontacji z młodym, świeżo zwampirzonym rumuńskim (wołoskim, jak zwykł sam siebie nazywać) nekromantą na usługach KGB, a potem napięcie wzrasta, by w trzecim tomie odsłonić bramę do świata, w którym władają wampiry i przez którą to bramę... wyrzucają do naszego świata banitów. I tu dopiero akcja się rozkręca. W piątym tomie, gdy sam Harry jest już kimś innym niż w pierwszej powieści, a jego rodzina jest też na swój sposób odmieniona, spotykamy za to taką postać, przy której cała wampirza oligarchia Świata Za Bramą jest stadkiem sfrustrowanych, lecz w gruncie rzeczy niewinnych, nastolatek. I mimo wszystko wydaje się, że autor panuje nad tą rozwijającą się spiralą koszmaru, gdyż za drugą lekturą cyklu natknąłem się w pierwszej powieści na jedno zdanie zapowiadające to spotkanie z piątej części. Ale dopiero znając powieść „Roznosiciel”, zorientowałem się jak daleko Lumley projektował swój cykl.
   Jakby na boku winienem jest objaśnienie tytułu. Otóż nekroskopem autor nazywa osobę, która rozmawia ze zmarłymi. Zmarli przypominają nieco czeredkę poczciwych duchów z „Rodziny Addamsów”, z tym, że nie śmieszą, lecz stanowić mogą śmiertelne niebezpieczeństwo dla tych spośród żywych, których nie lubią. Lub którzy nie lubią Harrygo Keogha - pierwszego człowieka w historii rozmawiającego ze zmarłymi jak z przyjaciółmi. W pierwszej powieści jest postawiony w opozycji do nekromanty, jako postaci, która przemocą wydziera wiedzę z wnętrzności zwłok, co sami zmarli odczuwają jako połączenie gwałtu i rozboju.
    Ale – do wampirów.
   Wampiry są u Lumleya pasożytami pokrewnymi pijawkom, które pędząc podły i prymitywny żywot w bagnach Świata Za Bramą łączą się ze swymi nosicielami zwiększając ich siłę, kondycję, długowieczność, żądze i wyposażając w poboczne zdolności, jak hipnoza, czy panowanie nad kształtem ciała. Nie bez znaczenia jest fakt, że pasożyt umożliwia niemal nieograniczone możliwości regeneracyjne. To, co my rozumiemy pod pojęciem wampir, to człowiek będący nosicielem. Sam wampir, pasożyt, mieszka wewnątrz organizmu ludzkiego rozrastając się w nim niczym grzyb. Czasami go widać, zwłaszcza, gdy ciało nosiciela zostaje zniszczone, lub silnie uszkodzone. Tak jak to wynika z opowieści Ladislau Giresci, który obecny był przy śmierci Faethora Ferenczy w czasie bombardowania podczas drugiej wojny światowej:

Powiedziałem, że dojrzałem coś we wnętrzu ciała tego człowieka. Rzeczywiście! Przez chwilę mignęło mi to... Myślałem, że wzrok nie zawodzi. Zresztą — zobaczyliśmy się nawzajem jednocześnie. Wtedy, to coś zaczęło się kurczyć i znikać wśród wnętrzności. A może... po prostu, wyobraźnia podsunęła mi ten obraz. Wtedy pomyślałem, że dojrzałem jakby ośmiornicę o wielu ruchliwych mackach. Ale dlaczego te macki były większe od normalnych ludzkich organów. To była wielka wić, oplatająca mięsień serca!
(…)
Pamiętasz, przyłożyłem marynarkę od odkrytych wnętrzności. Niewidzialna siła ujęła ją od dołu, rozerwała i rzuciła w dwóch płatach pod sufit. A potem, drgająca, dzika oślizgła macka — obrzydliwe cielsko wypełzło z brzucha. Miotała się, szarpała w potwornym bólu, szukając czegoś.
Sunęła po podłodze, dokładnie sprawdzając płonący pokój. Wskoczyłem na krzesło i przykucnąłem na nim przykuty strachem. Widziałem, jak gniją resztki korpusu, sypią się kości — pozostał tylko pył. Macka stała się ociężała, wróciła do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą leżało ciało, do prochu, do pyłu.
B. Lumley „Nekroskop”

Jeszcze bardziej widowiskowa jest „pierwsza” śmierć Borysa Dragosani:

Dragosani umierał.
Szyja pogrubiła się, szarą twarz oblała purpura i błękit: Wampir wycofał się z mózgu, uciekał z wewnętrznych organów, odrywał się od nerwów. Przybrał kształt pijawki, przebijając się w górę, do gardła, wypłynął ustami Dragosaniego z krwią i śluzem. Nekromanta wypluł stworzenie na piersi, wielka pijawka zwinęła się, płaska głowa zakołysała się jak u kobry. Purpura krwi byłego żywiciela ściekała na podłogę.
B. Lumley „Nekroskop”

A jak można wampirem zostać? Przez ukąszenie? No nie do końca. Główny mechanizm jest precyzyjny: każdy wampir ma jedno jajo, które może przekazać temu potencjalnemu nosicielowi, który okaże się go szczególnie „godny”. Jajo jest opalizującą kulką o średnicy około centymetra, która przez skórę na karku wnika najpierw do rdzenia kręgowego, a potem rozprzestrzenia się po organizmie. Ktoś powie, że to dosyć kiepska strategia rozmnażania, gdy jeden przedstawiciel gatunku może go przedłużyć tylko o jednego kolejnego przedstawiciela. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że obdarzony nieśmiertelnością drapieżnik nie może mnożyć się bez opamiętania, gdyż naruszy równowagę biologiczną. Jest jeszcze jedno ale. Czasami zdarzają się wampiry... samice. No a te nie dysponują pojedynczym jajem. No i jeszcze mamy takich quasiwampirów, jak Julian Bodescu, który nie będąc wampirem „jajecznym”, lecz wampirzejąc przez dotyk pasożyta w okresie prenatalnym, miał zdolności takie same jak wampiry właściwe.
    Cały cykl życia wampirów i meandry jego atypowości, wyjątków i quasiwampirzenia jest u Lumleya dość dobrze przemyślany i nie zostaje wylany na głowę czytelnika w jednym wykładzie, lecz stopniowo jest odkrywany, niczym poprzez podnoszenie upiornej kurtyny.
   No dobrze, to przejdźmy do konkretu. Jak się wampira pozbyć? Kołek? Krzyż? Czosnek? Tu też autor ma bardzo skonkretyzowane, biologiczne i fizyczne mechanizmy wampirocydu. Opowiem o nich w następnym odcinku.

czwartek, 2 lipca 2015

Plażowanie i czytanie

Wrzucam post związany z wakacjami. Wakacje, morze, plaża i... lektura? Dla wielu norma, dla wielu wykluczenie. Jak tu czytać, gdy słońce odbija się od bieli papieru, piasek wchodzi między strony no i w ogóle. A poza tym, co – mam targać swoje drogocenne książki na plażę? Takie ciężkie? Tak daleko? No gdyby mi ktoś na plaży dał jakąś fajną, lekką treściowo książkę (no bo „Finneganów tren”, to się chyba na żadną plażę nie kwalifikuje...)

   Albena jest bułgarskim kurortem położonym na północ od Warny. Dziwne miasteczko składające się z wybudowanych w latach 70 hoteli, trzech marketów przypominających nasze „supersamy” z lat 90 i kilku restauracji może się pochwalić pierwszą na terenie Unii Europejskiej plażową biblioteką zawierającą woluminy w najpopularniejszych językach Unii. Przynajmniej najpopularniejszych na tamtej plaży, dlatego na półce z „językami pozostałymi” królują książki po polsku.


   Zasady są banalnie proste: bierzesz książkę z półki i czytasz. Jesteśmy wdzięczni, jeśli ją potem na półkę odłożysz.
   Piękne.
   Da się? No, da się. To kiedy będzie taka w Międzyzdrojach? „Panie, a kto tam na plaży by czytał...”