środa, 30 września 2015

Temat na stronę

Gdy Umberto Eco wydał „Cmentarz w Pradze” wybuchła wrzawa: że za grube, że za ciężkie, że właściwie to o co chodzi, że po grzyba ten pamiętnik itd. I na koniec konkluzja, że takie bełkoty satysfakcjonować mogą jedynie zboczonych wykształciuchów, a ludzie to wolą jakąś lekką i zgrabną historyjkę o współczesności. I może jakiś kryminał.
    Gdy Umberto Eco wydał „Temat na pierwszą stronę”, który jest krótką, zgrabną opowieścią o tym jak się „robi” dzisiejszą prasę, z wątkiem spiskowym i morderstwem, to nikt nic nie powiedział. Kilka osób ziewnęło i przeszło nad książką do porządku dziennego.
    To nie fair.

    Do rąk dostajemy książkę „podwójnego zastosowania”. Osoby zainteresowane prostszą rozrywką otrzymują nienajgorzej skonstruowany thriller zaczynający się od tego, że głównemu bohaterowi zabrakło rano wody w kranie. A wieczorem była. Może wzruszylibyśmy ramionami (i on też), gdyby nie fakt, że przyczyną braku wody było zakręcenie zaworów w mieszkaniu. To oznacza, że ktoś w mieszkaniu był w nocy, gdy nasz bohater pochrapywał sobie pokrzepion butelczyną whiskey. Ponieważ nic nie zginęło, zaczynają się domysły: po co wchodzili, czego szukali, czy przypadkiem nie było to związane z zasztyletowaniem redakcyjnego kolegi, który – być może – wpadł na trop pewnego spisku... I tu następuje flashback do wydarzeń związanych z powstawaniem pewnego dziennika. Główny bohater jest tam pewnego rodzaju asystentem redaktora naczelnego, który ma za zadanie napisanie książki o powstawaniu dziennika. Tymczasem kolegium redakcyjne zbiera się i produkuje tak zwane „numery zerowe”, czyli projektują wydania swej gazety takie, jakie ukazałyby się ileś tam dni, czy też miesięcy temu. W ten sposób, na starych wiadomościach, docierają się zarówno dziennikarze między sobą, jak i z wydawcą gazety, dość tajemniczym Prezesem, z którym kontakt utrzymuje tylko rednacz. Czytelnik zostaje poczęstowany gorzką pigułką (biorąc pod uwagę szczupłość powieści, to taka większa kapsułka) uświadamiającą jak funkcjonuje prasa i – ogólnie – media. Wiadomości się nie przekazuje, ale wyszukuje tych, które służą temu, kto płaci wynagrodzenie. A jeśli koniecznie trzeba się odnieść do niewygodnej dla „mecenasa” informacji, to należy ją przekręcić i pokazać wszystko w świetle powodującym wysyp wątpliwości niczym grzybów po deszczowym nowiu. Ewentualnie, gdy występuje groźba , że coś na jaw wyjdzie, należy wystosować atak prewencyjny na tych, którzy mogliby zaszkodzić. I nie jest to specyfika moskiewskich agencji, czy mitycznego Radia Erewań, lecz tak zwanych „wolnych mediów”. I w sumie nie jest to nic dziwnego i nowego – po prostu czytelnik przygląda się medialnej kuchni siedząc na ramieniu głównego bohatera.
    A do tego dochodzi spisek. I tu uważam, świetnie sprawdza się ta książka, jeśli prostymi transformacjami przeniesiemy jej fabułę z historii ostatnich dni Mussoliniego na casus „złotego pociągu” spod Wałbrzycha. Wtedy można zasiąść przed telewizorem z miską popcornu i delektować się dopisywaniem historii zza kulis podawanych nam wiadomości. Eco, opisując dziennik „Jutro”, opisuje nam to, co dzieje się za kulisami telewizyjnego show o niby-to-szukaniu-pociągu.
    Nie wiem, czemu wzruszono ramionami na całą powieść. To znaczy, chyba wiem. Gdy dawno temu Eco popełnił swoją drugą powieść, jedną z najlepszych, czyli „Wahadło Foucaulta”, polały się skargi i łzy, że zbyt duże, że zbyt erudycyjne, że zbyt zawiłe. Teraz autor wypuścił powieść krótszą, o mniejszej liczbie wątków i nie wymagającą rozległej wiedzy ezoterycznej, ale zachowując schemat spisku i swoje przesłanie, że świat, który nas otacza jest tekstem, który czytamy i interpretujemy. My wszyscy. I jeśli ktoś przeczyta ten tekst interpretując moją osobę jako zagrożenie, to będzie starał się mnie wyeliminować, niezależnie od tego, czy to zagrożenie jest prawdziwe, czy też urojone, wynikające z nadinterpretacji. Dlatego zarówno Braggadocio i Jacopo Belbo muszą umrzeć. Obaj, w obu powieściach, wpadają na trop czegoś, co miało pozostać ukryte. Ale w obu przypadkach postawiony zostaje wielki znak zapytania. W „Wahadle Foucaulta” postawiona zostaje teza, że osławiony dokument templariuszy, to w istocie coś w guście kwitu z pralni, zaś w „Temacie na pierwszą stronę” - że śmierć redaktora jest zupełnie przypadkowa. Zwłaszcza w kontekście paradokumentalnego filmu BBC, który główny bohater ogląda na końcu. I w obu przypadkach głosem rozsądku są kobiety: Lia w „Wahadle …” i Maia Fresia, młoda dziennikarka, w „Temacie ...”. Za każdym razem zadane jest to same pytanie: „czy my tu czegoś nie nadinterpretujemy?”. Mistrzowie zen zapytaliby: „czy to nie jest domalowywaniem wężowi nóg?”.
    Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy powinno się odczytywać książki U. Eco w oderwaniu od jego pracy naukowej i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że można. Ale to odczytanie niepełne. Możemy przeczytać „Wahadło Foucaulta”, „Temat na pierwszą stronę”, czy „Cmentarz w Pradze” jako tak zwany „czytelnik pierwszego poziomu”. I dostaniemy postmodernistyczną powieść o kabale, przeciętne political-fiction o włoskich mediach i niestrawnego gniota historycznego nie wiadomo o czym bardziej: czy o powstawaniu „Protokołów Mędrców Syjonu”, czy też o marności paryskiej gastronomii połowy XIX stulecia. Albo możemy przeczytać je przez pryzmat naukowej działalności profesora Eco i otrzymujemy powieść o kabalistycznej hermenutyce odczytywania rzeczywistości, uogólnienie tej tezy w powieści o interpretowaniu rzeczywistości i nadawaniu znaczeń przez czytelnika („Lector in fabula” się kłania) oraz opasłe tomiszcze będące studium prowadzenia gry strukturalnej identycznej z tą, którą nieświadomie zastosował Nerval w „Sylwii” z jednoczesnym sfabularyzowanym opisem jak tekst kształtuje świat, czyli jak w połowie XIX wieku napisano podstawę antysemityzmu europejskiego (to z kolei rozwinięcia dwóch z „Sześciu przechadzek po lesie fikcji”).
    Podsumowanie? Czym dłużej piszę tego posta, tym bardziej dochodzę do wniosku, że powieści U. Eco są jak wino ze szczepu syrah (lub w Nowym Świecie – shiraz): niektórzy się nimi delektują. Nie chcę przez to powiedzieć, że stoję wyżej na drabince rozwoju intelektualnego, bo czytam Eco przez pryzmat Eco. Co to, to nie. Rozwój intelektualny następuje w przestrzeni wielowymiarowej, w której każdy kreśli swoje trajektorie, a nie na jednowymiarowej drabince. Chcę tylko powiedzieć, że Eco nie pisze dla wszystkich. Jeśli więc nie spodoba Ci się książka, lub nie zasmakuje kieliszek wina, nie pomstuj, nie hejtuj, nie wysuwaj argumentów ad personam wobec tych, którym smakowało. Odstaw i szukaj swojej drogi.
    A powieść ma swój mocno owocowy bukiet z nutą pieprzu.

sobota, 19 września 2015

Konluzja wujka Staszka #6: Zwyczajny człowiek sukcesu

Przegrani, podobnie jak samoucy, wiedzą zawsze więcej od ludzi sukcesu, bo żeby odnieść sukces, musisz wiedzieć jedno, nie tracić czasu na poznanie wszystkiego. Satysfakcja płynąca z erudycji jest zastrzeżona dla przegranych. Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu.
U. Eco „Temat na pierwszą stronę”

I co teraz?! Muszę szybko odnieść jakiś spektakularny sukces, by nie nazwano mnie pyszałkowatym wykształciuchem.


PS.
Niektórzy nawet się ze swoją erudycją obnoszą, jak pokazuje to załączony filmik.



poniedziałek, 14 września 2015

Apokalipsa według St. Lema


Jest w architektonicznym łuku jeden kamień, który jest specjalny. Będąc umiejscowiony w samym szczycie, wydaje się być on wyróżniony swą wyjątkową pozycją – najwyższą. Gdy spogląda się na piękny, strzelisty profil gotyckiego łuku, tenże kamień, czyli zwornik lub inaczej klucz, w naturalny sposób przyciąga uwagę. Jest zwieńczeniem, szczytem, ponad nim nie ma już nic godnego uwagi...
    To skojarzenie pojawia się, gdy wspominam „Fiasko” S. Lema. Oto wszystko co do pewnego momentu napisał galicyjski geniusz znajduje swe ukoronowanie w tej jednej powieści.
    Pierwsze jest niepowodzenie.
    Począwszy od tytułu, a gdy mamy w rękach egzemplarz z edycji Wydawnictwa Literackiego z roku 1987, to jeszcze od jednolicie czarnej okładki z białoliterowym tytułem napisanym, budowany jest ponury nastrój. Na początku: Las Birnam, makbetowskie miejsce klęski, i Parvis, który idzie ratować ludzi, którzy w owym lesie zostali. W tym swego mentora, komandora Pirxa. Pirx nie żyje! To był dla mnie cios, gdy czytałem powieść za młodu. No dobrze, może żyje, wszak diglatory miały możliwość hibernowania swych operatorów, gdy sytuacja była już krytyczna. Zaraz też i nasz bohater zmuszony jest się zamrozić. Autor, niczym bracia Kliczko, bije rzadko, ale mocno i konsekwentnie. Nagle akcja przenosi się w przyszłość i na pokładzie „Eurydyki” lekarze próbują „wskrzesić” zamrożonych operatorów, w tym obu pilotów. I tu kolejne niepowodzenie – nie ma możliwości rozmrożenia wszystkich. Technologia hibernacji była zbyt prymitywna i można wykorzystać jedynie fragmenty ciał obu pilotów i jeden mózg. Czyj? Nie wiadomo. Dokumenty uległy zniszczeniu. Pozostała tylko pierwsza litera nazwiska: „P”. Czyli dalej nic. „Nowy” pilot otrzymuje nowe imię i nazwisko: Marek Tempe. Tempe, nie od witkiewiczowego Sajetana, lecz od nazwy doliny, w której Orfeusz spotyka Eurydykę. Właśnie. Nazwa statku. Gdy sięgnąć do mitologii, to wyprowadzenie Eurydyki z Hadesu nie było jakimś modelem przedsięwzięcia zakończonego sukcesem.
    Po co w ogóle „Eurydyka” leci do gwiazdozbioru Harpii? Nawiązać Kontakt. Z wyliczeń naukowców związanych z SETI i CETI wynikło, że można nawiązać kontakt jedynie z cywilizacjami, które znajdują się na odpowiednim poziomie technicznym. Ludzkość jest już wyposażona w wiedzę i umiejętności, by móc znaleźć i dolecieć we właściwym czasie do takiej cywilizacji. A potem? Kwiaty, czerwone dywany, dzieci w strojach ludowych i uścisk dłoni braci w rozumie. Prawda okazuje się być mniej kolorowa. Kwinta Harpii jest planetą o dwóch kontynentach i miriadach dziwnych, zdecydowanie technicznych obiektów latających wokół niej. Tysiące orbiterów, patrolowce, pociski balistyczne wystrzeliwane w kierunku intruzów, wyludniony księżyc z generatorem plazmowym. Jest dziwnie i obco. I nikt na Kwincie Kontaktu nie pragnie. Kolejne, bezzałogowe próby nawiązania kontaktu nieodmiennie kończą się jakimś wariantem zniszczenia, czy to aparatów jednej, czy drugiej strony. Próby demonstracji siły mają jeszcze bardziej koszmarny przebieg. A odwrót nie wchodzi w grę. 
     Jest w tej powieści koda wszystkich chyba motywów, z którymi Lem mierzył się przez życie. Jest przede wszystkim człowiek. Przede wszystkim kim jest człowiek wobec. Wobec obcych, wobec stworzonej przez siebie techniki, wobec drugiego człowieka, wobec całej ludzkości. Zwłaszcza to ostatnie pytanie zmienia się w problem pod tytułem „jak pozostać człowiekiem wobec ludzkości”. Decyzja, którą podejmuje Steergard, „Kontakt za wszelką cenę”, nie wypływa z jego dążeń autorytarnych, z jakiejś psychopatologii. On czuje presję ludzkości, która tyle wysiłku włożyła w wyprawę „Eurydyki”, że odwrót z pustymi rękami byłby niemożliwy.
    Jest także problem „człowiek a komputer”. Znów, jak u Pirxa (choć to może znów Pirx), pojawia się motyw naturalnych predyspozycji człowieka, które mogą nadal przewyższać umiejętności komputerów jako zwyczajnych, lecz szybkich liczydeł. Czytelnicy „Przygód pilota Pirxa” pamiętać winni „Ananke”, historię komputera pokładowego, który bez jakiejkolwiek żenady doprowadził do katastrofy, bo tak został nauczony przez swego „mentora” cierpiącego na syndrom anankastyczny. Tu jednak problem jest głębszy. GOD, komputer ostateczny (czytelnicy Dukaja winni od razu skojarzyć sobie pojęcie „osca” z „Perfekcyjnej niedoskonałości”), ma w sobie coś z HALa, którego oglądaliśmy w „2001 Odysei kosmicznej”. Jest jednak zdecydowanie subtelniejszy. Jest, rzecz oczywista, bliższy Golemowi XIV. I też gdzieś koło trzeciej setki stron pojawia się rozważanie o źródłach pogoni za sztuczną inteligencją i manowcach, na które nas ta pogoń prowadzi.
   Space-opera. Jak w „Edenie”, „Niezwyciężonym”, „Obłoku Magellana”. Teraz już pozostawione w odwodzie stosy atomowe i miotacze antymaterii, które już trącają myszką, zastąpione zostają inżynierią sideralną, która ma swe źródła w kwantowych oddziaływaniach grawitacyjnych. No i jest też rozmach, który przytłacza. Wobec lunoklazmu z „Fiaska”, epickie bitwy „Niezwyciężonego” to zaledwie bójki pod barem. A tu znów wyrasta przed bohaterami pytanie: czy po tamtej stronie przypadkiem nie mamy do czynienia li tylko z ewolucją maszyn?

Bardzo mi się spodobał pomysł Krzysztofa Nowaka na poster.
 Źródło
 
   Jest także wymiana informacji. Znów sygnał radiowy. Znów nieodczytywalny, coś jakby szum, lecz jakby nieprzypadkowy. I teraz ludzkość, która Kwintan próbuje przekonać o swych dobrych zamiarach... wyświetlając im bajkę. Czy można bardziej zaakcentować daremność tej próby? Światło widzialne, które chłoniemy oczyma jest małym wycinkiem całego widma promieniowania elektromagnetycznego. Do tego ruch, który obserwujemy oczyma jest obarczony całym ciężarem zjawiska sakadycznego – tego, które umożliwia nam uznane dwudziestu czterech nieruchomych obrazów wyświetlonych w ciągu jednej sekundy jako płynnego ruchu. Tymczasem już pszczoła nie poradzi sobie z telewizją: nie ten zakres promieniowania jest dla niej światłem widzialnym, a wyświetlanie bez sensu pojedynczych, pourywanych w dodatku obrazów mogłoby wydać by się jej bezsensowne. Przy jej szybkości percepcji, w czasie naszej sekundy mijają jej godziny. Ale gdy z politowaniem pokiwacie głową nad pomysłem astronautów z „Eurydyki”, pomyślcie o „płytce Pioneera”. To ją skrytykował w ten sposób Lem. Czym ją obcy będą oglądać? Co z niej mają zrozumieć? Ludzie stają po drugiej stronie problemu z „Głosu Pana”: co i jak nadać, żeby ktokolwiek nas zrozumiał? Odpowiedź już na poziomie teorii informacji jest krótka, smutna i negatywna:

Samowyjaśniające się kody nie istnieją.
S. Lem „Fiasko”

Jest też w ostatniej podróży Tempego, tej na powierzchnię planety, coś z wariantu wyprawy Rohana na Regis III. Tym razem astrogator, czy też pilot nie wraca szczęśliwie, w ostatniej chwili. Tym razem, jeśli to znów Pirx, to już się nie wywinie.
    Jest zastanowienie teologiczne. Nie tylko w oczywistej figurze dominikanina-lekarza, lecz też w całym przedsięwzięciu, które mając być nawiązaniem Kontaktu przeistacza się w apokalipsę. Kontakt, którego scenerią są stosy trupów gospodarzy, rozerwany księżyc, niewyobrażalne tsunami, genocyd i pośród tego kilku ludzi mówiących: „chcieliśmy po dobroci”, toż to zarzewia mitologii związanych z potopem i apokalipsami. I Sodoma z Gomorą. Jakby Lem chciał delikatnie nazwać Stary Testament taką próbą nawiązania kontaktu przez Boga. Ale nie chcę wchodzić dalej w to rozważanie, gdyż figura Tempego, zstępującego i ginącego na Kwincie w imię Kontaktu stałaby się cokolwiek bluźnierczą.
    Katedry gotyku nie kończą się na wielkich łukach ich witrażowych okien. Rzędy łuków podtrzymują następne kondygnacje wystrzeliwujące pękami pinakli i kolejnych łuków. Tak też i „Fiasko”, w którym oparcie, choć może nieuświadomione, mają inni autorzy ze swymi dziełami. Źródło dukajowego „In partibus infidelis” bije około trzechsetnej strony pierwszego wydania „Fiaska”. I to zarówno jako źródło całego tematu „chrześcijaństwo a obce formy życia”, jak i samego tytułu, wprost przytoczonej łacińskiej sentencji. Z kolei konstatacja, że jedynym sposobem Kontaktu może okazać się archeologia kultur, stanowi rdzeń „Córki łupieżcy”. Walka, która celowo, czy też nie, będzie formą Kontaktu, to przecież Watts ze swoim „Ślepowidzeniem”, ale i z całą dynamiką układu ludzkość-wampiry. Tu można wspomnieć, że duet Steergard-GOD, jakoś osobliwie podobny jest do tandemu Sarasti-Kapitan w „Ślepowidzeniu”. Tak samo, dopiero pod koniec, przekonujemy się, jak dużą rolę w wypracowywaniu decyzji przez dowódcę ma pokładowy system informatyczny. Nieludzki, zatem moralnie nie tylko niedoskonały, lecz zgoła ułomny.
   Pojęcie fiaska przesyca całą powieść. Jest w Lesie Birnam, jest w czytanej przez Tempego książce o czarnej kuli mrówek, jest w wysiłkach zmierzających do Kontaktu, w nazwie „Eurydyka”, zgoła wszędzie. Jest, zdaje się mówić autor, naturalnym przeznaczeniem wysiłków rodzaju ludzkiego.
   Powieść jest zwieńczeniem wielkiego, pięknego gotyckiego łuku wypełnionego misternym witrażem łączącym akcję, rozmach epicki, naukowy i głębię traktatu filozoficznego. Moja notka to zaś garść tłuczonego szkła. Mam nadzieję, że te okruchy nie zrażą Was i sięgniecie po „Fiasko”. Spojrzycie na witraż i zauważycie jego piękno, mimo iż przedstawia koniec świata.
   Amen.

I tak wszystko to, czego się tknę,
W proch i śmierć obraca się,
Nie wiem sam, gdzie miejsce dla mnie jest.

PERFECT „Wyspa, Drzewo, Zamek”