czwartek, 22 października 2015

Zimny grób komandora Vitusa

Ile wynosi odległość między granicami USA i Federacji Rosyjskiej? Jeśli chcesz wydąć wargi i unieść brwi przygotowując się do odpowiedzi w stylu „no, to tak kilka tysięcy kilometrów, bo cały Atlantyk i Europa...” to uprzedzam, że jesteś w błędzie. Odległość wynosi okrągłe zero. Oba państwa graniczą ze sobą na morzu. A minimalna odległość pomiędzy lądowymi terytoriami wynosi niecałe cztery kilometry – tyle wody dzieli od siebie należącą do Rosji Wyspę Ratmanowa (Wielką Diomedę) od Małej Diomedy –  należącej do Stanów.
    Ale jak do tego doszło? No dobrze, tak, oczywiście, Rosja sprzedała Stanom Alaskę. Ale skąd ją miała? Przecież jej chyba nie wytworzyła na Uralu i nie przeciągnęła na Pacyfik?! I tu odpowiedź brzmi: nieomal. Teraz, gdy już wytworzyliśmy namiastkę wystudiowanego napięcia, należy flegmatycznie rzucić klasykiem, co niniejszym czynię:

Jednak nie uprzedzajmy faktów.
B. Wołoszański

Klucz do sprawy leży w nazwie miejsca, które dzieli Amerykę od Azji, a którego pokonanie dało Rosji asumpt do skolonizowania nikomu niepotrzebnego kawałka zmrożonej ziemi (jak o Alasce myślano w czasie jej sprzedaży). Miejsce to nazywa się Cieśniną Beringa.
    Vitus Bering urodził się w 1681 roku w Horsens, w Danii. Zaciągnął się, jak wielu w tym czasie, do służby w budowanej przez Piotra I Wielkiego marynarce rosyjskiej. W czasie Wojny Północnej walczył w randze porucznika na Bałtyku i na Morzu Czarnym. W czasie jej trwania dosłużył się stopnia komandora. Jednak to nie wojenne dzieła przyniosły mu nieśmiertelność na mapach i globusach, lecz wyprawa naukowa. Właściwie to dwie. A obie zostały wysłane martwą ręką wielkiego cara.
    Piotr I umiera w 1724 roku, lecz zostawia precyzyjne (jak na ten szczebel zarządzania) wskazówki dotyczące sposobu przeprowadzenia eksploracji terenu, gdzie Azja spotyka Amerykę (była to ledwie hipoteza cieśniny, dobrze postawiona dzięki wyprawie Dieżniewa, lecz wciąż niepewna co do jej położenia i rozmiarów). Jak bardzo święte było carskie słowo, niech świadczy fakt, że wyprawy osiągnęły swój cel po siedemnastu latach. W tym czasie zmieniło się pięciu samodzierżców, lecz wszyscy konsekwentnie dążyli do zbadania styku kontynentów. Fakt, że przysłówek „konsekwentnie” w kontekście carskiej administracji przywodzi na myśl obserwacje orogenezy, lub z bardziej dynamicznych sportów – sztafetę winniczków na dystansie cztery razy sto metrów, ale liczy się efekt.
    Pierwszą ekspedycję zdaje się nawet zdążył pobłogosławić umierający Piotr. Na jej czele staje nasz bohater, komandor Bering, jego zastępcami są ludzie ważni dla geografii, lecz geografia nie odwdzięczyła im się żadną wielką nazwą: Aleksy Czyrikow i Martin Szpanberg, rodak Vitusa Beringa.


Rzekomy portret Vitusa Beringa. Obecnie uważa się, ze to portret jego stryja.
 
    Trudno nawet opisać, przed jakim wyzwaniem stają organizatorzy wyprawy. Rosja de facto to obszar od Warty po Ural. To, co za Uralem, to rodzaj ziemi niczyjej, którą Siemion Dieżniew wziął w imieniu cara we władanie w czasie, gdy nikt nie patrzył. Przez to petersburscy urzędnicy o rozmiarach imperium dowiedzieli się sprzątając w archiwum i przez przypadek znajdując raporty zawadiackiego Kozaka, który przyjmował hołdy naczelników plemiennych, nie do końca świadomych, że oddają się carowi w opiekę. Mając zatem gospodarkę kraju w Europie, a chcąc wybudować statek w Ochocku na brzegach Pacyfiku, połowę kuli ziemskiej dalej, trzeba było właściwie przywieźć wszystko ze sobą. Włącznie z okuciami i akcesoriami (np. kotwice), linami, żaglami etc.
    Wyprawa składa się z dwudziestu pięciu ludzi, którzy saniami i tratwami (część drogi spławiano wielkimi syberyjskimi rzekami) przetransportowali kilkaset ton sprzętu przez osiemnaście miesięcy na odległość ośmiu tysięcy kilometrów. I dopiero byli w Jakucku. Teraz został im do Ochocka, będącego podówczas rybackim portełkiem, „zaledwie” tysiąc kilometrów. Przez góry, bagna i generalnie – bezdroża. W dodatku przyszła zima i głód. Cóż można powiedzieć, by ukazać skalę problemu? Że na tym ostatnim odcinku Szpanbergowi zostały cztery konie. Z sześciuset, którymi dysponował na początku. Że ludzie z głodu żuli swoje buty, które były im potrzebne, by nie stracić nóg na mroźnych bezdrożach Syberii. Ale dali radę.
   Statek nazwano „Swiatoj Gawriił” - „Święty Gabriel”. Daleko nie popłynął. Przez Morze Ochockie na Kamczatkę, potem do ujścia Anadyru i trochę za Wyspę Św. Wawrzyńca (którą właśnie odkryli). Nieco zmęczony trudami całej ekspedycji i przestraszony nieznanymi wodami, mgłami i niesamowitością tego, co spotykają (np. Czukcze), Vitus Bering decyduje się (wbrew naciskom Szpanberga), zawrócić. Przechodzi przez cieśninę, którą nazwą potem jego imieniem i zawraca, uznając, że dowiedzenie braku lądowego połączenia miedzy Azją i Ameryką to wystarczające osiągniecie. W pewnym sensie ma rację. A i biorąc pod uwagę pływanie po nieznanych, mglistych i sztormowych wodach, ma też rację zachowując ostrożność i myśląc o bezpieczeństwie.

Trasy wypraw Beringa. Niestety podpisy są niemieckie, gdyż grafika pochodzi stąd.
   Druga wyprawa była lepiej przygotowana. W lecie 1733 roku z Petersburga do Ochocka wyruszyła grupa dziesięciokroć większa – pod dowództwem Beringa, Czyrikowa i Szpanberga było teraz przeszło trzystu ludzi. Ale zabrano też większy ekwipunek. Ekipa ta powiększała się sukcesywnie, tak, że w Ochocku było ich już kilka tysięcy. Widocznie zadziałał jakiś sprytny program motywacyjny, który skłaniał do przyłączenia się napotkanych po drodze cieśli, kowali, majstrów wszelakiej specjalności, chłopów, a nawet – i tu mnie właśnie zastanawia ten mechanizm – wojsko, które jak wiadomo chadza własnymi, zwyczajowo regulaminowymi ścieżkami.
   Dość rzec, że statki „Swiatoj Piotr” i „Swiatoj Pawieł” spuszczono na wodę dopiero jesienią 1740 roku. Siedem lat po rozpoczęciu wyprawy. „Swiatoj Piotr” pozostał pod dowództwem Vitusa Beringa, natomiast kapitan Czyrikow wyruszył na „Swiatoj Pawlie”. Każdy miał załogę liczącą niecałe osiemdziesiąt osób. Zimę spędzili razem, w małym porcie, który Bering nazwał Pietropawłowskiem. Wiosną wyruszyli na Pacyfik, lecz po kilku tygodniach rozłączyła ich burza. Mimo wzajemnych poszukiwań nigdy się już nie spotkali.
   Aleksy Czyrikow odkrył Attu, najbardziej na zachód wysuniętą wyspę Aleutów i wrócił do Pietropawłowska. Jak ciężka musi być żegluga po północnym Pacyfiku winien świadczyć fakt, że żeglarze po powrocie całowali niegościnną ziemię Kamczatki.
   Komandor Bering dopłynął do Alaski obejmując ją we władanie w imieniu cara. Lękając się zimowania na nieznanym lądzie, ruszył w kierunku Kamczatki, na wschód. O tym, że komandor Bering był zbyt ostrożny, by zapisać się w panteonie wielkich odkrywców, już wiemy od czasu pierwszej wyprawy. Chciał wracać i przekazać wieści o tym, co zobaczyli, a nie ginąć w nieznanym jak Marek Tempe. Niestety, szczęście i wiatr im nie sprzyjały. Walcząc cały czas z przeciwnymi sztormami wlekli się cierpiąc głód i szkorbut. Wreszcie dotarli do jakiegoś lądu, sądząc, że to północne wybrzeża Kamczatki. Były to jednak wyspy, które dzięki Beringowi nazywają się obecnie Wyspami Komandorskimi.


Rozbitkowie załogi Beringa. Rozpoetyzowane, gdyż statek był tylko jeden. Autor nieznany, a obrazek z Wiki

   Tam swoje groby znalazła spora część załogi, a pierwszy oddał ducha komandor Bering. Samotny, ostrożny człowiek, któremu na barki położono zadanie, przy którym anabaza Ksenofonta była harcerskim biwakiem. Jeden z najbardziej niedocenionych odkrywców europejskich pochowany został w zimnym, skromnym grobie poza skrajem znanego świata. Od jego imienia wyspę tę nazwano Wyspą Beringa. I jako ciekawostkę dodam, że o ile wiedziano o grobach załogi Beringa, to dopiero w 1991 roku udało się zidentyfikować grób samego komandora.

Miejsce oryginalnego grobu komandora Beringa. Źródło
 
   Gdy minęła zima, resztka załogi, pod przewodnictwem Georga Stellera, przyrodnika towarzyszącego wyprawie, zbudowała z resztek zniszczonego sztormami statku dwunastometrową łódź, na której po dwóch tygodniach, cudem unikając śmierci w burzy, dotarli do Kamczatki.
   Nad wyspą Beringa krążą oceaniczne ptaki, z góry spoglądając na cichy, zatopiony w zieleni grób komandora Beringa.
Obecny grób Beringa, po ekshumacji. Źródło to samo

sobota, 17 października 2015

Ostatnie tango Chochołów

Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. Tak brzmi najkrótsze podsumowanie „Trans-Atlantyku” W. Gombrowicza. I co my na to?
   Gdy w 1953 roku paryska „Kultura” wydrukowała tę powieść, zanotowała największy jednorazowy spadek prenumeratorów w swej historii. Żaden tekst krytyczny, czy publicystyczny, polityczny, nie był tak bulwersujący, jak ta ledwie ponad stu stronicowa powieść.
    Czym to tak Ojczyznę swą Witold Gombrowicz znieważył?
   Historia zaczyna się dnia 21 sierpnia 1939 roku, gdy do nadbrzeża portu w Buenos Aires cumuje transatlantyk m/s „Chrobry”. Jest to jego dziewicza podróż. Ledwie 29 lipca tamtego roku o godzinie 16:00 wypłynął z portu w Gdyni, na swym pokładzie niosąc Polaków ku brzegom Ameryki Południowej. Historycznie rzec ujmując, według dziennika pokładowego m/s „Chrobry” zawinął do Buenos Aires już dzień wcześniej, o godzinie 11:00. Choć nie jestem pewien, czy nie określono raczej godziny zatrzymania na redzie portu i zgłoszenia kapitanatowi gotowości do przybicia. Wtedy faktycznie mógłby nasz statek przybić nawet i z dobowym opóźnieniem. Zresztą autor miesza także i inne fakty, każąc „Chrobremu” wypływać w pośpiechu na wieść o zbliżającej się wojnie i przygotowywać się do zawinięcia do Anglii, miast powrotu do kraju. Te wieści i decyzje podjął kapitan „Chrobrego” dnia 2 września, na morzu, w drodze do Recife w Brazylii. Mając już na samym początku dyskretnie rozemgloną chronologię autor każe swemu bohaterowi, pisarzowi o nazwisku Gombrowicz (zbieżność zajęć i nazwisk przypadkowa), zrejterować ordynarnie na argentyński brzeg. Historyczny Gombrowicz musiał w Argentynie pozostać z uwagi na zdrowie, ale w powieści – rzec to trzeba głośno – pierwej siebie autor opluwa nim na RzeczPospolitą przyjdzie pora.
   Umknąwszy sromotnie na argentyński brzeg (a ulice Buenos Aires malują mi się takie, jakimi je Horacio Oliveira widział, mieszkając obok Travelera i jego żony – Tality), Gombrowicz szuka zajęcia zarobkowego. I zwraca się ku rodakom. Polonia argentyńska stanie się lustrem narodu polskiego, ale lustrem krzywym. Może nawet nie. Kiedyś A. Poniedzielski określił skecze kabaretu Łowcy.B jako świat widziany nie w krzywym zwierciadle, lecz raczej w baterii; takiej łazienkowej. I tak też trzeba postrzegać „Trans-Atlantyk”. To wykrzywienie, które uświadamia. Odziera z chwały i wyniosłości i nakazuje przyjrzeć się pryszczom, które starannie na Obliczu Narodu Naszego pudrujemy. Wręcz zgoła szpachlujemy. Ma więc powieściowy Gombrowicz swoje przejścia w Poselstwie (ambasadzie RP), ma je w fimie „Baron, Ciumkała, Pyckal, Koński, Psi Interes”, ma je na balu, gdzie nagle znajomość zawiera z niejakim Gonzalo, milionerem-homoseksualistą, co prowadzi do ciągu następnych, fatalnych wydarzeń. Fatalnych nie tyle nawet w skutkach, co w swym smaku.
   Jest więc pojedynek między Gonzalem a majorem Tomaszem Kobrzyckim, któremu Gonzalo próbuje uwieść syna, Ignacego. Gonzalo jest bogaczem, lecz wyzutym z moralności, wyfiletowanym z kręgosłupa honoru, który u majora Kobrzyckiego jest z kolei przerośnięty. Miast zlekceważyć sytuację i Gonzala unikać, wyzywa go na pojedynek. Nasz bohater, sekundantem będąc starego Tomasza, a nie chcąc zabijać Gonzala, daje się namówić na oszustwo – w czasie pojedynku pistolety nabijane są jedynie prochem. W ten sposób nikt nie ucierpi a honor się uratuje – tak to myślą sekundanci (Gombrowicz z pewnym prawnikiem dla Tomasza, Ojca, zaś Baron i Pyckal dla Gonzalo). Problem już jest w tym, że sami obmyśliwszy ten podstęp, sami ustalają, że pojedynek ma być do trzeciej krwi. Której wszak przy braku Kuli być nie może. I tak Pusta Lufa, jałowy pojedynek, tymczasem przechodzi lasem Kawalkada prowadzona przez Posła, która na szaraki ma być łowami (a wszak szaraków nima, ale Kawalkada być musi bo Protokuł! (pisownia oryginalna)), i to wszystko puste, jak jakaś Bania, suchy Badyl.
    Powyższy akapit jest jedynie próbą odmalowania atmosfery powieści. Nie jest to szczególny hiperrealizm, a fani narracji charakterystycznej dla kryminału mogą się czuć dość zagubieni.
   „Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. No ale gdzież on napluł? Pluje na narrację wojenno-patriotyczną, począwszy od sceny z Ministrem Kosiubidzkim w Poselstwie:

Zapytał: – A jaki Gombrowicz? Powiadam: – Gombrowicz, Gombrowicz. Łypnął i powiada: – Ano, jak Gombrowicz, to maszże tu 80 pezów i więcej nie przychodź, bo Wojna i Pan Minister zajęty. Ja powiadam: – Wojna. On mówi: – Wojna. Ja mówię: – Wojna. On mnie na to: – Wojna. To ja jemu: – Wojna, wojna. Przestraszył się nie na żarty, aż mu jagody zbielały, łypnął na mnie okiem: – A co?Maszże wiadomość jaką? Mówiono ci co? Nowiny jakie?... – Ale się pomiarkował, chrząka, kaszle, za uchem się drapie i mnie klepnął: – Nic to, nic, nie bój się, już my wroga pokonamy! A zaraz głośniej krzyknął: – Już my wroga pokonamy! Wtedy więc jeszcze głośniej krzyknął: – Już my wroga pokonamy! Pokonamy! Powstał i krzyczy: – Pokonamy! Pokonamy!
   Słysząc te wykrzyki jego, a widząc, ze z fotela powstał i Celebruje, a nawet Zaklina, ja na kolana padłem i, w tej Celebracji św. się stowaryszając krzyczę: Pokonamy, pokonamy, pokonamy!
W. Gombrowicz „Trans-Atlantyk”

To zdanie: ja na kolana padłem, staje się refrenem w inne scenie, w tymże samym Poselstwie:

Ale JW.Poseł, do Protokułu nakrzyczawszy, skrzywił się, łypnął i, głos ściszając, rzekł na boku do Radcy: – Oj kapcan, kapcan z Pana Kapcana, jakże to będziesz na pojedynek zapraszał, przecie Pojedynek to nie Polowanie. (…) Sczerwieniał Radca, bazyliszkowym okiem na ministra spojrzał, ale powiada, a ciszej, na boku: – Może by wymazać? Mówi Poseł: – Jakże będziesz wymazywał, przecie to protokuł! Dopiroż pobledli; i wszyscy trzej na Protokuł spoglądają, który na stole leży. Ja na kolana padłem.(...)
   Dopiroż jak oparzeni skaczą. Ale zawołał Minister: – Bójcie się Boga, szaleni jesteście, a toż szaraków nima, szaraków! Czyście oszaleli, jakże polowanie na Szaraków robić, gdy tu miasto wielkie, a jednego szaraka ze świcą nie znajdzie! Mruknął Radca: – W tym sęk, że szaraków nima! Ja na kolana padłem. Powiada Pułkownik: – Prawda, że szaraków ani na lekarstwo. Ale JW.Panie Protokuł, Protokuł, przecie jakoś wybrnąć trzeba, Protokuł, Protokuł...
    Dopiroż jak szaleni wokół Protokułu skaczą. Ja na kolana padłem (…)
W. Gombrowicz „Trans-Atlantyk”

Ze swarliwości polskiej nabija się ukazując splecione w jakimś absurdalnym klinczu dzieje wspólników: Barona, Pyckala i Ciumkały, które wypełnione są jakimiś mrocznymi zadrami o Młyn, o Karasie (czyżby te, którymi zabito Iwonę Ksieżniczkę Burgunda?), o Stodołę, o Grykę.
   Ze swarliwości polskiej nabija się, gdy powołuje Zakon Ostrogi w zimnej piwnicy, gdzie wszyscy zamknięci są za kiepskimi drzwiami, co się na lichy haczyk tylko trzymają, ale żaden nie ucieknie, bo jak się który ruszy, to jeden drugiemu Ostrogę w łydkę wrzepi. Wszak przy polskim kotle w Piekle żaden diabeł nie dyżuruje, bo nie musi. A któż to stoi na czele Zakonu Ostrogi? Stary, zasuszony Rachmistrz Popacki, taki trochę Towiański. Nie wymyśliłem tego sam, lecz powtarzam za S. Chwinem. Właśnie. Gdyśmy truchło Towiańskiego na ekran wywlekli to trzeba przypomnieć, że nabija się Gombrowicz z wieszczy naszych, którzy niczym powieściowy Gombrowicz, Ojczyźnie służą jakoś dziwnie z dala od Ojczyzny będąc.
   Ale i z czynu zbrojnego się natrząsa tym paleniem z Pustej Lufy. Choć to i śmiech z całego naszego ultrahonorowego pryzmatu, przez który patrzymy. Który każe nam stawać do walki w sytuacji rycerza bijącego się z ciurą wyposażonym w cebrzyk gówna w każdym przypadku, zwycięstwa, czy porażki, okazujemy się śmiesznymi.
   Natrząsa się Gombrowicz z hejterstwa polskiego w scenie przechodzenia po ciemku przez korytarz pełen śpiącej służby, gdy powieściowy Gombrowicz zapala zapałki, by oświetlić twarz, w którą pluć będzie.
   A Kulig z Balem kończący powieść, co się zdaje Ostatnim Zajazdem na Pampie połączonym z „Weselem” Wyspiańskiego, gdy wszyscy tańczący puści są, niby Chochoły zaklęte w Polaków, gdy wszystko tonie w śmiechu, pustym, to smutny akord, czarny kleks na karykaturze polskiej kultury. Karykaturze, z której winniśmy poświęcić chwilę uwagi. By wyciagnąć wnioski dotyczące naszych złych zwyczajów.
   „Naplułem na Polskę. I co wy na to, moi mili?”. I co my na to? A my to mamy najczęściej w nosie. Niestety.

My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma
Nie znaczy nic nasza mowa
Kiedy do siebie szepczemy
Głos nasz jak suchej trawy
Przez którą wiatr dmie
Jak chrobot szczurzej łapy
Na rozbitym szkle
W suchej naszej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchu.

T. S. Eliot „Wydrążeni ludzie”
tłum. Czesław Miłosz

poniedziałek, 12 października 2015

Konkluzja wujka Staszka #7: Crowley kontra św. Katarzyna

Ledwie rok minął od awantury o Sashę Grey na krakowskim festiwalu Unsound, a znów o tej imprezie robi się głośno i (nie)ciekawie. Chodzi o występ zespołu Current 93, który miał się odbyć w kościele św. Katarzyny.
   Jak donoszą media tu i tu, pewien bloger uznał, że zespół propaguje satanizm, gdyż w jego znaku figuruje „odwrócony pentagram”. Dla zilustrowania jak odwrócony pentagram nie wygląda zaprezentuję teraz rzeczone logo:
 
Logo zespołu Current 93, którego trzeba się najpierw mocno naszukać, bo jakoś go nie eksponują. Znalezione w końcu tu

Kuria nieco się zlękła i kazała proboszczowi wyprosić muzyków. Oni (w gruncie rzeczy sam jeden David Tibet, wokół którego cały projekt C93 się kręci), zaczął krzyczeć, że jest chrześcijaninem, że umie po koptyjsku i czytał apokryfy Nowego Testamentu w oryginale. To pięknie. Ale ten znak w tle, za krucyfiksem, to znak związany z thelemą, gałęzią... hmmm... ezoteryki, którą umyślił Aleister Crowley, a którą pan D. Tibet się tak prywatnie i zawodowo fascynuje. I nie przeszkadza mi, że pan D. Tibet w czasie, który jest mu dany, próbuje połączyć thelemę z chrześcijaństwem. Trochę przeszkadza mi, że chcieli zagrać ten koncert w kościele, ale nie będę tłumaczył się dlaczego. Natomiast bardzo przeszkadza mi obustronna ignorancja.
   Bo jeśli pan D. Tibet chce nazywać się chrześcijaninem będąc jednocześnie thelemitą, a pan K. Osiejuk chce nazywać go satanistą, mimo, że tenże jest thelemitą, to proponuję dla A. Crowleya nobla z medycyny (co z tego, że pośmiertnie), a Cthulhu na prezydenta. A co, jak nonsens, to nonsens. Po całości.