środa, 28 grudnia 2016

Polak mały, sztuczka kusa


Wspomniałem ostatnio o filmach Bagińskiego. Że chciałbym obejrzeć„Pokój światów” w reżyserii del Toro, czy choćby Bagińskiego. Pierwotnie miałem to zilustrować linkiem do filmu „Twardowsky 2.0”, ale okazało się, że trafiłem na nowy film: „Jaga” (oraz poprzedzający go „Operacja Bazyliszek”). Odleciałem. I w tym miejscu pragnę przeprosić pana Bagińskiego i rzec, że wolałbym „Pokój światów” w jego reżyserii, niż czyjejkolwiek innej.
    A Ty? Znasz już cykl „Legendy polskie”?
    Dawno temu ukazała się na serwisie YouTube krótkometrażówka Bagińskiego pt. „Smok”. Nie powiem, ciekawa. I epizodyczna rola Jerzego Stuhra jako hejnalisty, i koncepcja smoka porywającego… dziewczęta (boć się pojęcie dziewicy przewaluowało od czasu Kadłubka), i realizacja – fajne. Potem przyszedł „Twardowsky”. No i było jeszcze lepiej. Imć Twardowski, nasz pierwszy Polak na Księżycu, który pięknie wyprowadza w pole (a właściwie wysadza w pole) uroczą diablicę o imieniu Lucynka, po czym przywłaszcza sobie jej kosmolot i odlatuje w siną przestrzeń. Ciekawa kreacja Więckiewicz, choć miało się wrażenie, że gra on dalej tego samego kmiota, co w „Ciele” i „Ile waży koń trojański”. Ale wciąż tylko było to ciekawostką.
    Przełom przyszedł z filmem „Twardowsky 2.0”. Najdłuższy dotąd, dwudziestominutowy film, w którym pojawia się pewien rozmach. Akcja dzieje się i w Raczkach (gdzie znajduje się wejście do Polskiego Piekła) i w pierścieniach Saturna, gdzie Twardowski utknął z braku paliwa. A już po niego leci znów Lucynka… Nie chcę spojlerować. Napiszę tylko, że Twardowski wykazuje się znów „polskim duchem przedsiębiorczości” i nie tylko wyprowadza w pole Lucynkę, ale jeszcze starszego szatana Borutę, Dyrektora Piekła Polskiego. W ogóle piękny duet: Tomasz Drabek jako Boruta, młody karierowicz, bufon i niedorajda techniczna, za to zawsze pełen typowo meneżerskich „dobrych” pomysłów, a z drugiej strony Piotr Machalica jako Rokita, stonowany, doświadczony diabeł, który musi znosić te wszystkie fanaberie Boruty. Może i jest Rokita bez polotu, ale pewnie nie dopuściłby do tego, co Twardowski zrobił w części „2.0” i co staje się kanwą następnych, prześwietnych filmów: „Operacja Bazyliszek” i „Jaga”. Oba te filmy są obecne od niedawna, w tym „Jaga” ledwie od paru tygodni, a cytaty z nich już obrosły pewnego rodzaju kultowością, zwłaszcza z „Jagi”, więc nie zdziw się, proszę, gdy ktoś Cię przywita słowami: Wiewiórki i bobry, dzień dobry, dzień dobry! To nie wariat. To ktoś, kto testuje, czy należysz do pewnego kręgu odbiorców, tak jak wtrącenie uwagi o Świętym Granacie Ręcznym z Antiochii ma na celu sprawdzenie fanów Latającego Cyrku Monty Pythona.
   Wspominałem, że lubię światotwórstwo. Otóż nie tylko filmy tworzą pewną jedność (choć „Smok” jest luźno związany – w „Twardowskym” widzimy jedynie downloading duszy Smoka do Piekła), ale są jeszcze inne elementa. Oto klipy muzyczne. Np. cover „Alei Gwiazd” śpiewanej oryginalnie przez Zdzisławę Sośnicką. Albo „Mój jest ten kawałek podłogi” MR. ZOOB. W zupełnie nowej aranżacji. Z zupełnie nowym sensem nadanym przez warstwę wizualną. Albowiem widzimy odrębne historie bohaterów filmów. Dowiadujemy się dlaczego Lucynka zszataniała (to za „Złotą Galerą” Dukaja), dlaczego Eugeniusz Bardacha („Operacja Bazyliszek”) został policjantem, albo jak też wyglądała w Piekle ta „przytulna cela z pięknym obrazkiem”, z której uciekła Baba Jaga. Można rzec, że klipy są tym dla całej serii, czym „Gwiezdne Wojny: Historie” stają się dla głównej sagi - uzupełnieniem, które pozwoli widzowi/czytelnikowi lepiej poznać bohaterów i ich motywacje.
    Dlaczego napisałem widzowi/czytelnikowi? Ano dlatego, że Allegro prócz produkcji filmów i klipów wydało także dwa e-booki. Jeden zawiera wywiad z Borutą (w wersji audio z Tomaszem Drabkiem rozmawia Krystyna Janda), a drugi serię opowiadań, które niejako dopełniają świat ukazany w filmach. Dzieją się w różnych czasach i różnych rzeczywistościach (Królestwo Polskie władane przez Annę XIII Jagiellonkę to szczególnie alternatywny przypadek), ale każdy jest jakoś związany z treścią i atmosferą „Legend Polskich”. W każdym choć raz musi przewinąć się nazwisko Twardowskiego. Dowiadujemy się zatem jak wyglądała geneza fortuny Pierwszego Polaka na Księżycu i jak to się stało, że Śpiący Rycerze pod Giewontem nie skorzystali z jego mechów bojowych. Ale zobaczymy też akcję filmu „Smok” z perspektywy… robotów, które główny bohater konstruuje. W tym tego najważniejszego, który został feralną dla smoka owcą. I to właśnie opowiadanie pt. „Milczenie owcy” pióra Roberta M. Wegenera uważam za wybitne. Może głównie przez problematykę i pryzmat, przez który została ukazana.
   Mamy filmy, klipy, e-booki i audiobook. Mamy pełen wachlarz oddziaływań. Ale jest w tym naprawdę treść. Bagiński robi świetne filmy, ale myślę, że bez scenariuszy Błażeja Dzikowskiego nie byłoby szału. Nie wiem, czy Dzikowski sam pisze dialogi, ale są one coraz lepsze. O ile w „Smoku” właściwie ich nie ma, to w „Jadze” stanowią podstawowy wymiar filmu po scenie strzelaniny. Pojedyncze teksty jak wspomniane powitanie Boruty, czy pytanie o zamiary Jagi w naszym świecie (Uciekłaś z przytulnej celi z pięknym obrazkiem na ścianie, żeby co? Na YouTubie uczyć szydełkowania? Grzybki sprzedawać przez internet?) rozładowują całą tę podniosłą atmosferę, w której zanurzona jest scena walki Baby Jagi z ludźmi z Żelaznej Góry. Peter Jackson może przyjść na korepetycje.
    Wspomniana scena jest też pewnego rodzaju majstersztykiem. Walka Baby Jagi, która jest słowiańskim demonem przyrody porównywalnym potęgą jedynie do greckiej Artemidy, z najemnikami w czarnych mundurach, odzianymi w kevlar i nomex, posługującymi się bronią automatyczną i srebrnymi kulami, jest epickim pastiszem wszelakich strzelanin ukazanych w zwolnionym tempie, z „Matrixem” i „Equilibrium” na czele. Podkreślam: epicki pastisz. To trzeba zobaczyć. I posłuchać. Gdyż tło muzyczne to ostatnie wersy „Jaskółki uwięzionej” Stana Borysa w wykonaniu Atanasa Wałkowa i Georginii Tarasiuk. I są to wersy, których… brakuje w oficjalnym klipie opublikowanym kilka tygodni po premierze „Jagi”. A brakuje, bo strzelanina w stodole jest zakończeniem historii, którą opowiada teledysk – chcesz obejrzeć całość wątku bez anachronizmu: obejrzyj klip „Jaskółka uwięziona”, a potem „Jagę” od dokładnie drugiej minuty. Wiesz, że lubię te strukturalistyczne gierki…
Nowe czasy, nowi wiedźmini (źródło)

    Na sam koniec oficjalnie oświadczam, że Allegro nie zapłaciło ani grosza za niniejszy tekst (chwalę się, czy żalę…?). To naprawdę ładny kawał roboty, który powoli ukazuje pewne uniwersum ukute z naszych legend. I to warto podkreślić. W latach 90, u schyłku zeszłego millenium, A. Sapkowski popełnił na łamach „Nowej Fantastyki” tekst pt. „Piróg albo Nie ma złota w Szarych Górach”, czym wywołał wielką burzę. AS był zawsze trochę nadętym bufonem (choć nad Borutą górował już wtedy wiekiem), więc tekst, który miał zmitygować młodocianych autorów penetrujących turbosłowiańską niszę w literaturze fantasy, nabrał charakteru połajanki z lejtmotywem pt. „wiedźmin mój jeno jest dobry, a wam nic ze słowiańskiej fantasy nie wyjdzie, bo Chrobry wyplewił nam prakulty i został jeno żur i pierogi”. Zamiast spokojnie coś zasygnalizować, AS kazał nam przyjąć do wiadomości, że zostaje nam powielanie wzorów anglosaskich, bo im mitologia została, a nam nie. Rozpętała się wojna listowna (tak, tak, fora wtedy polegały na wysyłaniu papierzastych listów do redakcji; też takich parę popełniłem w tej wojnie), która była dość kiepską, bo po jednej stronie stał bufon z dorobkiem, a z drugiej ludzie wyposażeni jedynie w przeświadczenie. Ile „Legendy Polskie” zawdzięczają przemyśleniom tamtej gównoburzy przedinternetowej? Wiem, że gdybyśmy wtedy dysponowali takim materiałem, to AS nawet by nie pisnął. Nawet by swojego felietonu nie dał do publikacji.
    A teraz czekam. Czekam na kolejne filmy. Chcę wiedzieć, czy uwolniono Peruna, dokąd doleciał Twardowski, chciałbym zobaczyć epizod z diabłem Piszczałką (pojawia się na kilka sekund w jednej ze scen po napisach końcowych – z głosem puszczonym przez wokoder, ze swoimi krzywymi widłami i w górniczym kasku). Chcę poznać ten świat.
 
Na koniec polecenia godna kolejność oglądania (bardzo ważne: to nie są filmy, które wskazane są dla dzieci!!! Zdecydowanie - NIE)
 

sobota, 17 grudnia 2016

A zwłaszcza jeden łotr

   Disney zrobił film wojenny w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Kropka.
    To najkrótsza i w dodatku pełna recenzja „Łotra 1”. Jeśli przyjmiemy, że subiektywny odbiór nie winien nam się w recenzji mieszać. A jaki jest ten subiektywny odbiór? Jestem niecałą godzinę po seansie, gdy piszę te słowa; nie wiem jednak kiedy posta wystawię zupełnie nie wiem, kiedy go czytasz. I czy znasz już fabułę i przebieg akcji filmu. Nie wiem. Postaram się nie spojlerować.
    Zatem spojlerem nie będzie oświadczenie, że udało się wykraść plany Gwiazdy Śmierci. I że wielu ludzi oddało za to swoje życie. To już wiemy z epizodu IV, z „Nowej Nadziei”. Nadzieja jest tu przyzywana kilkukrotnie w czasie filmu, zarówno w działaniach, jak i w tekście. I dobrze. Uważam, że cnoty teologalne winny mieć swoje miejsce w kulturze i w sztuce. Na razie największą reprezentację ma miłość. Wiara powinna mieć lepsze jakościowo publikacje, a kwestia nadziei do dziś wygląda nader marnie.
Fanowski plakat nawiązujący do "Full Metal Jackoff". Zupełnie słusznie, bo... obejrzyj. A tu źródło
     Jaki jest film? Obejrzyj.
    Czy mi się podobał? Tak.
    Czy coś mi wyjątkowo podobało? Tak. Wielki Moff Wilhuff Tarkin.
Gdy przeszło dwie dekady temu na ekrany wchodził „Forrest Gump” działo się to w aurze zachwytów nad „przywróceniem do życia” postaci historycznych w charakterze aktorów. I tak mogliśmy widzieć, jak główny bohater rozmawia z Kennedym lub Lennonem. Ba, film otrzymał oskara za efekty specjalne dystansując „Maskę” i „Prawdziwe kłamstwa” z austriackim gubernatorem Kalifornii w roli głównej. Ale w "Forreście Gumpie" to były kolaże autentycznych nagrań, do których dosztukowano Toma Hanksa.
    Tym razem mamy więcej. Ciekawym co czuł Guy Henry grając Tarkina ze świadomością, że nikt nie zobaczy jego twarzy. Bo dzięki zaawansowanej magii CGI widzimy twarz Petera Cushinga. Jak dobrze wykonano robotę niech świadczy tekst usłyszany z widowni: „to ten aktor jeszcze żyje?!”. Otóż nie żyje. Nie żył już w czasie, gdy wręczano wspomnianego oskara za specefekty dla filmu „Forrest Gump”. Ale ożył dla nas na ekranie, by historia mogła się dopełnić. By „Łotr 1” kończył się w tym miejscu, tymi ujęciami, którymi zaczyna się „Nowa Nadzieja”.
    I to właśnie postrzegam jako największy walor tego filmu. Oto przywracamy nieżyjących aktorów na scenę, trochę jak w mickiewiczowskich „Dziadach” wywołując ich duchy i wysyłając na bronowickie wesele, by zmieszać ich z tłumem aktualnych gości.
    Czy czeka nas megaprodukcja wszech czasów, w której romans nawiążą Rudolf Valentino z Marylin Monroe? Myślę, że wykonaliśmy pierwszy krok.
PS.
    UWAGA SPOJLER: wszyscy giną. Ale zginęli też wszyscy w „Hamlecie”, a ludzie wciąż chodzą na to do teatrów i kin. Bo rzecz w tym, co się przed śmiercią zdąży zrobić.

sobota, 10 grudnia 2016

Inne Klechdy. Nic nowego.

Powieść Pawła Majki pt. „Pokój Światów” zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Choć można westchnąć „Nihil novi sub sole”, to jednak nie tylko cieszę się, że ją przeczytałem, ale jeszcze nie mogę się doczekać ciągu dalszego.
    Jeśli coś można zarzucić J. Dukajowi to jego ostentację światotwórstwa. On jest w stanie wykreować zachwycający, kompletny świat dla potrzeb opowiadania i porzucić go. Nie kontynuuje. Nawet jeśli coś zamierzył kontynuować (urwania „Perfekcyjnej niedoskonałości” nie potrafię mu zapomnieć). I tak dla potrzeb „Innych pieśni” utkał świat z żywiołów Empedoklesa, w którym osią jest wywieranie wpływu na keros przez kratistosów, a wyzwaniem, które stoi przed bohaterami jest pokonanie adynatoi, istot, których nazwa po polsku brzmi niemożliwi. Piękne było i się skończyło. Pozostawieni sami sobie czytelnicy próbowali różnych środków na stłumienie tęsknoty za tym pięknym światem: przeżuwali akapity na forach, próbowali tworzyć RPG w oparciu powieść (a można nawet i bitewniaka, moim skromnym zdaniem, bo powieść jest dość wszechstronna). Teraz (no, dwa lata temu) dostali towar „pieśniopodobny” w postaci „Pokoju światów”
    Punkt wyjścia jest klasycznie wellsowski: oto najazd Obcych w trójnogich pojazdach. Wprost na pola bitew Wielkiej Wojny (zwanej w naszym świecie pierwszą wojną światową). Obcy posługują się osobliwą bronią, taką jak np. mitbomby, które sprawiają, że to w co odpowiednio silnie wierzymy staje się namacalną rzeczywistością. I wstają na ziemi legiony wiedźm, demonów, leszych, rusałek, gnomów, wstają bohaterowie literaccy, starzy bogowie, nowi bogowie, wykreowani w laboratoriach wojennych Marsjan, czarty na rozstajnych drogach, Smok Wawelski, Kościej Bezsmiertnyj, Krak i Wanda… Długo by wymieniać. W tym całym pandemonium flota inwazyjna Obcych (zwanych przez ludzi Marsjanami) ponosi klęskę, z powodu tzw. fali zwrotnej. Nie byli przygotowani, że ludzkość tyle energii wkłada w wiarę i zabobony. W efekcie cała flota spada na ziemię, a ci z Marsjan, którzy ocaleli muszą się zaadaptować. I to jest tło. Marsjanie i inwazja. Nic nowego.
    Teraz mamy bohatera numero uno. Mściciel. Nic nowego. Mściciel nazywa się Mirosław Kutrzeba (albo i inaczej, ale tak się przedstawia) i hoduje w sobie zmorę niczym symbionta. Zmora go wzmacnia, podgrzewa jego nienawiść i żądzę zemsty, a także jest w stanie go nieco zmienić (karnacja, kolor oczu, te sprawy). Prócz tego zmora syczy na inne kobiety (więc Mirek siennych figli nic nie uświadczy, niczym Jackie Estacado), za to okazyjnie może wyjść z człeka i stanąć obok. I zatańczyć z nosicielem. Kutrzeba jawi mi się jak postać z westernów Sergio Leone lub bohater wyjęty z Zelaznego, którego można śmiało postawić obok Widmowego Jacka, księcia Corwina, czy – może najbardziej – samego DilvishaPrzeklętego. Jest to cyniczny, do cna zgorzkniały stwór, który powstał w miejscu człowieka, któremu rodzinę zabito w imię zysku.
   Oczywiście jest zadanie, quest. Nic nowego. Ma towarzyszyć Marsjaninowi w wyprawie mającej na celu odnalezienie wraku marsjańskiego statku, by wydobyć z niego to, co jeszcze nadaje się do użytku. Nowe technologie wykopane z ziemi. Wydobyte z wraków – tak wygląda rozwój w nowym świecie, pełnym demonów i dusz potępionych.
    Jest do tej wyprawy drużyna. Syntetyczny bóg zwany Szulerem Losu, który marzy o stabilizacji i ma inklinacje do filozofowania, jest jego „córka”, jest Jasiek,Trzeci Syn, który potrafi rozmawiać ze zwierzętami, ale prawiczkiem zostanie aż do dnia spotkania królewny z bajki, którą – rzecz dlań oczywista – sam wyratuje. Jest olbrzym, jest cygańska czarownica, jest i Mioczka, optętaniec, w którego implementowano dwanaście demonów. Całość kojarzy mi się silnie z ekipą BPRD od Hellboya. O wiele bardziej niż z wymuskanymi awendżersami. Drużyna jak drużyna. Nic nowego.
Wanda, Szuler i Wanda. Obrazek w stylu Mignoli pochodzi stąd
    Są i adwersarze. Co jeden potężniejszy. Ale nie będę ich opisywał, gdyż tu definitywnie popsułbym radość czytania. Są też i po drodze sojusznicy. Także ich nie opiszę. Ale radość z odkrywania ich imion i pierwowzorów jest przednia. Wrogowie i sprzymierzeńcy. Nic nowego.
    Jest model narracji. Różne strumienie czasu multipleksowane według najlepszych wzorców Tarantino: jeśli nie patrzysz uważnie na podane na początku rozdziału daty, to zginiesz jak Antka gumowce w bagnie. Zwłaszcza, że niektóre wydarzenia mają tych samych bohaterów i te same miejsca, tylko różne daty. Jest pięknie, gdy w pamięci rośnie Ci schemat intrygi, klocki wpadają na swoje miejsca, a fabuła i świat rosną na podobieństwo kwiatów lodu zamarzających na szybie. Jest dobry warsztat opowieści w formie konfetti do samodzielnego montażu. Nic nowego.
   Jest i humor. Brutalny czasami. Czasami czarny. Głównie czarny. Jest dystans i autoironia. Jest swoboda języka, która powoduje, ze banalne teksty brzmią lekko i zabawnie. Jest i humor sytuacyjny – efektu zastosowania magicznego lusterka nie zapomnę chyba nigdy.
    No i jest zakończenie, które otwiera przed nami kolejne drzwi. W te drzwi hipotezy i domysły walą jak klienci dyskontu spożywczego na promocję karpi. Czy…? A kto był…? Czy to znaczy, że on był samodzielny w swoich działaniach, czy był tylko marionetką tamtych? Kim jest ten ostatni? Nie będzie wielkim spojlerem, jeśli powiem, że Kutrzeba nie dosięgnął wszystkich zabójców swej rodziny. Sam Majka nie unika tematu kontynuacji w swym posłowiu. Czekam więc na ciąg dalszy Sagi o Mścicielu. Nic nowego.
    Ale to nihil novi jest porywające. Ma Majka rękę do fabuły, postaci i akcji, do humoru sytuacyjnego i shrekowskich nawiązań – bo jak nazwać inaczej krakowski przekręt, w którym Kutrzeba występuje pod przybranym nazwiskiem pana Oceańskiego? Tu Majka zna umiar i miejsce, w czym lepszy jest od pani Kisiel. Nim spotkamy imć pana Oceańskiego, mamy już wyrobiony wizerunek głównego bohatera, więc widmo Clooneya nam nie grozi.
    Z innych nazwisk znaczących pięknie mi się komponuje Grabiński. Dawny detektyw kolejowy, oburęczny, niezawodny strzelec, alkoholik i przyjaciel Kutrzeby. Też postać kilkuwymiarowa i bardzom ciekaw, co autor przygotował z nim w następnej części. Nie da się odegnać jednak wspomnienia Stefana Grabińskiego, wielkiego i – niestety! – zapoznanego mistrza polskiej literatury grozy. Twórcy, który uczynił z galicyjskich kolei miejsce grozy dorównujące transylwańskim zamczyskom i nowoangielskim miastom. Może to także efekt tego, że w jednym z własnych opowiadań użyłem figury Grabińskiego-pisarza ze skłonnością do wyrobów spirytusowych. Mam szczerą nadzieję że gdy je wydam, nikt nikt będzie krzyczał o plagiacie z Majki, boć swój tekst napisałem w zeszłym milenium.
    Polecać? Po tysiąckroć – tak! To wszystko już było, ale Majka tworzy klimat, którego chyba w polskiej literaturze jeszcze nie było. Można powiedzieć, że to łotrzykowska powieść z gatunku zaklęć i pary, lecz byłoby to zbytnie uproszczenie. To świetna powieść fantasy-SF-post-apo z wielkim polotem i bardzo dobrym warsztatem.
    Aż się zastanawiam, ile oskarów zebrałby film nakręcony przez Jossa Whendona lub (lepiej) Guillermo del Toro (choć należę do tych, co uważają, że komiks Mignoli jest lepszy od filmu). No dobrze, na początek niech będzie Bagiński.
 
My, ludzie, nie mamy magicznych mocy, które mogłyby nam zastąpić nasza małą, poręczną podłość – odparł Korycki, przeżegnał się na wszelki wypadek i odszedł.
P. Majka „Pokój światów”

poniedziałek, 28 listopada 2016

Magazyn osobliwości

Pożyczył mi przyjaciel książkę Jerzego Kosińskiego. Pominę moje skandaliczne opóźnienie pomiędzy momentem wypożyczenia a rozpoczęciem lektury. Przejdę do sedna.
    Czym jest recenzja? Na wszelki wypadek nie czytam słownikowej definicji. Poprzestanę na moim, kalekim, rozumieniu. Czy recenzja ma być wyrokiem? „Podoba mi-się/ Nie podoba mi-się; niepotrzebne skreślić”? Sentencją wyroku z uzasadnieniem: „podoba mi się, bo...”? Jak to szło w szkolnych zadaniach? „Uzasadnij odpowiedź wykorzystując dostępne źródła”? A może recenzja ma być przybliżeniem treści bez spoilerów? To by z niej czyniło rodzaj sympatycznego kalamburu wciągającego odbiorcę w zabawę, w której wyniku zdecyduje, czy chce się zapoznać z danym utworem, czy nie. Chyba lepiej, niż subiektywny wyrok? A może recenzja winna być pogłębionym zastanowieniem nad treścią? Takim „co autor chciał powiedzieć”, ale bez sztubackiego stresu i zastanawiania się, co Pani Od Polskiego chce usłyszeć? Może to już za daleko. Może to już protoesej, a nie recenzja? Co zatem przeczytacie poniżej? Nie będę nazywał.
    Rzecz dotyczy powieści „Cockpit”. Czy powieści? Ano właśnie. Rozsiadłem się wgodnie w fotelu i zagłębiłem w lekturze. Oto mamy początek w niezwykle dla mnie apetycznej narracji drugoosobowej, która już po kilku stronach traci swego adresata zamieniając się w pierwszoosobową gawędę prowadzoną przez tajemniczego narratora na temat wypadków jego „życia”. Cudzysłów jest tu bardzo istotny, ale uratuję tę myśl później.
    Czym dalej brnąłem w treść, tym bardziej byłem skonsternowany. Potem konsternacja przemieniła się w irytację, aby przejść do desperackiego marszu, brnięcia przez kolejne przypadki, aż na koniec objawi się jakiś sens, klamra, zwrot akcji, choćby inwazja Marsjan. Ale nie. Zamknąłem książkę z pełnym przekonaniem, że przeczytałem literacki odpowiednik okładki albumu „Last Rights” SKINNY PUPPY. Skład osobliwości, odrażających, dziwnych, niepokojących, bluźnierczych, nieludzkich. No i tu zacząłem się zastanawiać znów.
Mogła by to być okładka książki Kosińskiego. Bez wielkich retuszów. (źródło)
No bo właściwie kim jest narrator? Wiemy o nim tak dużo i tak mało. Znamy jego upodobania, fascynacje, historię jego ucieczki przez Żelazną Kurtynę, jego pożądania, fetysze. Obserwujemy jego chore zabawy i na koniec nie wiemy nawet jak ma na imię. Ale czy ma jakieś imię? Pytam o tzw. prawdziwe imię, bo dokumentów tożsamości w swym „życiu” miał wiele. Różnych. Czy ma prawdziwe imię? Chyba nie. Bo nie jest człowiekiem.
    Pokazałem kiedyś komuś jak można policzyć czas, w którym dzieją się przygody Koziołka Matołka na podstawie samego tekstu i że okres ten nieco nadwyręża czas życia przeciętnej kozy. Nawet nie próbuję zliczyć ile czasu trwają wszystkie te przypadki opisane w książce. Nie mogę nazwać tego „fabułą powieści”, bo to nie jest powieść, ani nie ma fabuły – to ciąg wydarzeń, które tworzy i prowokuje narrator. Którymi kieruje w swej schorzałej żądzy kontroli. Bo musi stanąć na jego. Wielki Manipulator. Wielki Deprawator. Czas, który zajęłoby normalnemu człowiekowi dokonanie tych wszystkich nieprawości przekroczyłby dobrze ponad setkę lat. Nie licząc młodości. Gdy się dowiadujemy, że tu spędził kilka lat, tam spędził kilka miesięcy, w gruncie rzeczy na zabawie, jak z nauką jedynego skoku na nartach, tylko po to, by doprowadzić do kalectwa kilku zbyt pewnych siebie młodzieńców, to automatycznie zastanawiam się, czy doprawdy warto na to poświęcać czas? Owszem. Jeśli się jest nieśmiertelnym. Nieśmiertelni są znudzeni, zblazowani, zdeprawowani. Mówią o tym greckie mity, mówi o tym Castaneda. No dobrze, ale. Prócz nieśmiertelności trzeba jeszcze mieć za co to robić. Narrator może i nie ma imienia. Ale ma czas i pieniądze. Furę pieniędzy. Już pierwsza deklaracja budzi zdumienie:

Komorne płacę za trzy lata z góry. Deponuję także w administracji budynku sporą sumę na opłacenie rachunków za wodę, ogrzewanie, telefon i kablową telewizję. Właściciele kamienic bardzo sobie cenią ten dopływ pieniędzy (...)
J. Kosiński „Cockpit”

Widać – to nie jest jednorazowy wybryk. Liczba mnoga w słowie „właściciele” wskazuje, że to jego zwyczaj. A jeszcze dysponuje pieniędzmi na zakupy wymyślnych urządzeń, sprzętu najwyższej jakości, wystawne życie i na zwyczajne przekupstwa.
    Kim jest narrator? Najłatwiej byłoby przyjąć proste założenie: diabłem. Nie takim rogatym, ale takim prosto nieludzkim, jakiego zagrał Al Pacino w „Adwokacie diabła”. Traktującym ludzi jako łowną zwierzynę. Mógłby być nawet inkarnacją Nyarlathotepa (na okładce płyty po lewej stronie widać figurkę przypominającą rzeźbę Wilcoxa przedstawiającą Cthulhu z lovecraftowskiego arcyklasyka). Rzecz warta zastanowienia. Wszak już w „Wystarczy być” główny bohater nie może być brany poważnie jako człowiek z krwi i kości. Dlatego życiem jest to jedynie w cudzysłowie. Kosiński pcha między ludzi archetypiczne pałuby, by pokazać interakcje świata z awatarem pewnych, mocno destylowanych cech. I to jest u Kosińskiego najcenniejsze. To jego wkład w światową literaturę.
    Problemem jednak jest forma. „Cockpit” to szkicownik, z którego dałoby się wypracować kilkanaście powieści i pół setki nowelek. Zamiast krwistej literatury dostajemy brulion autora, który w pierwszoosobowej narracji zaledwie szkicuje nam jakąś sytuację. Czytelnik nie dostaje nic, czym mógłby się zachwycić, lub czym mógłby się wzburzyć. Wyobrażam sobie, jak byłaby rozegrana wewnątrz „Cockpitu” „Zbrodnia i kara”: „Zatłukłem ją siekierą, żeby sprawdzić, czy mi się to uda zrobić bez większych wyrzutów sumienia. A ponieważ śledztwo strasznie się ślimaczyło i było wyjątkowo nieudolnie prowadzone, postanowiłem się przyznać sam”. Aż się prosi zacytować klasyka z Latającego Cyrku Monty Pythona: „… a ten Hitchcock rozciągnął to do dwóch godzin i stracił całe napięcie”.
    Czyli? Podobało mi się, czy nie? Jaki werdykt? Chcę jakoś wybrnąć, milczeniem osłonić szatański pomysł i ciężką formę. Ale za plecami stoi wujek Staszek, który nieźle umi w internety i rzuca krótko: „Suche. Nie polecam.” Ale to jego zdanie. Tylko jego.

sobota, 29 października 2016

Witajcie w Wielkim Guslarze

Myliłby się ten, kto uważałby, że zachwyciłem się Night Vale jako zjawiskiem nowym, niezwykłym. Zdaję sobie sprawę, że to nie pierwsze miasteczko osobliwości. A jedno z ważniejszych dla fantastyki takich miast znajdowało się w Związku Radzieckim, nad rzeką Guś. A w tym szczególnym mieście szczególny był zwłaszcza dom przy ulicy Puszkina 16.
Witajcie w Wielkim Guslarze
Miasteczko Wielki Guslar liczy sobie osiemnaście tysięcy mieszkańców, i choć leży na równinie, to z punktu widzenia nieziemców leży na jakiejś wypukłej krzywiźnie skorupy ziemskiej, która widoczna jest dopiero z dystansu kilku parseków. I dlatego od 1967 roku niemal regularnie się tam zapuszczają, wiedząc, że przy ulicy Puszkina 16 zawsze wyciągnie do nich pomocną dłoń Korneliusz Udałow, kierownik przedsiębiorstwa budowlanego.

   Kirył Bułyczow był obecny na polskim rynku fantastyki „od zawsze”. Jego lekkie, satyryczne opowiadania osadzone w konwencji light-SF (w opozycji do sjerjożnej hard-SF) bawiły zderzeniem rosyjskiej mentalności, sowieckiego ustroju i pozaziemskich problemów. Jak w opowiadaniu „Trzeba pomóc”, gdy w paskudny, wietrzny i deszczowy wieczór w jego pokoju zmaterializowała się dziwna istota, która przedstawiła się jako kosmita imieniem Fywa. Fywa słabym rosyjskim wymówił się od herbaty i poprosił o pilną pomoc w związku z kryzysem gospodarczym, którego przyczyną jest pomór krupików.

(…) Jeden raz wzięli wasze krupiki i zawieźli na nasza planeta.
Czekajcie – przerwał Udałow. – Co to są krupiki?
Ja zapominaj wasz słowo. Malutki, szary z uszami, siedzi pod choinką, skacze. Krupiki.
Zając? – zapytał Udałow.
Nie – zaoponowała istota. – Zając ja wiem, królik wiem, kangur wiem. Inny zwierz.
K. Bułyczow „Trzeba pomóc”
Pomoc Udałowa ma się ograniczyć do pozyskania pewnego kwiatka, który ma uratować krupiki. Kwiatek należy do staruszki Niuszy. Na następnych stronach czeka nas przedziwna mieszanka bezinteresowności, poświęcenia i słowiańskiej odmiany fatalizmu, słowem – tak wyglądałaby fantastyka, gdyby o obcych pisał Gogol. Przy czym cały czas Udałowa pospołu z czytelnikiem intryguje czym jest ten krupik.
   W innych opowiadaniach jest jeszcze ciekawiej. „Świeży transport złotych rybek” opowiada o sytuacji, gdy do guslarskiego zoologicznego zarząd okręgowy rzucił złote rybki, żeby mieć odpowiednie wykonanie planu sprzedaży. Ale takie bajkowe złote rybki, co to gada i życzenia spełnia. I owszem, któryś z mieszkańców (niejeden zresztą) zażyczył sobie, by z kranu płynęła wódka. Mieszka też na Puszkina 16 profesor Lew Chrystoforowicz Minc, który zirytowany opieszałością robotników budowlanych opracował ad hoc eliksir pracowitości. Rzecz jasna stężenie dawki dobowej trzeba było ustalać w trakcie testów klinicznych na rzeczonych robotnikach. Ale cudowne rybki i wynalazki profesora Minca to jednak mniejszość. Nawet, gdy pojawiają się gdzieś rozbudowane wątki trącące alchemią, jak w „Rycerzach na rozdrożu”, to i tak na koniec wylizie skądsiś ufok i wszystko kończy się na pozaziemskiej interwencji. Nawet, gdy w sumie nie ma żadnych dowodów na kosmiczne pochodzenie fenomenu, to i tak Korneliusza Udałowa nawiedzi sen, z którego wyniknie, że hipopotam, który przypałętał się na ich podwórko kilka dni wcześniej, to rozbitek innej cywilizacji. A milczy, bo języka nie zna („Miłość do milczącego stworzenia”).
     Zatem, gdy nasycicie się już gorącym, pustynnym powietrzem Night Vale, zapraszam do chłodnego, położonego na rzeką Wielkigo Guslaru.

niedziela, 23 października 2016

Witajcie w Night Vale

Witajcie w przyjaznej, pustynnej społeczności, gdzie słońce mocno przygrzewa, księżyc jest wyjątkowo piękny, a tajemnicze światła wędrują nad naszymi głowami, w czasie gdy wszyscy udajemy, że śpimy.
    Witajcie w miasteczku, gdzie zwykłe rzeczy nie dzieją się zbyt często.
Witajcie w Night Vale.


Nieważne, czy obchodzisz Dzień Zaduszny, ango-saksoński Halloween, celtycki Samhain (czyt. sauuin), czy też swojsko-literackie Dziady. Czas przełomu października i listopada jest tradycyjnie poświęcony życiu post-biologicznemu oraz wszelkim przejawom życia nadnaturalnego. Dlatego nie od rzeczy jest właśnie teraz wspomnieć o zjawisku, które ukazało się światu 15 lipca 2012 roku, czyli zgoła niedawno, lecz zyskało wielu fanów na całym świecie. Chodzi o słuchowisko „Welcome to Night Vale” autorstwa Josepha Finka i Jeffreya Cranora, które publikowane jest w internecie w postaci podcastów.
    Starsi czytelnicy („starszego” autora niniejszego bloga aż w krzyżu strzyknęło) mogą pamiętać kultowy serial pt. „Przystanek Alaska”, którego jednym podstawowych wątków była audycja „Chris o poranku”, czyli audycja lokalnego radia prowadzona przez lokalnego prezentera omawiająca lokalne problemy trapiące lokalną społeczność. A teraz wyobraźcie sobie, że słuchacie takiego samego radia, tylko, że nie nadawanego w Cicely na Alasce, ale w tajemniczym miasteczku Night Vale na pustyni, przy którym Roswell to piknik w porównaniu do Las Vegas, wszystkie sezony „Archiwum X” mogłyby aspirować jedynie do bycia dobranocką dla szczególnie małych dzieci, a do niedawno otwartego Parku Dla Psów nie wolno zbliżać się z psami. Bez psów tym bardziej. A w ogóle to lepiej nie patrzyć w tamtym kierunku. Żeby nie narazić się tajemniczym Zakapturzonym Postaciom. Takie jest Night Vale i takie są audycje, prowadzone przez Cecila G. Palmera, któremu głosu użycza Cecil Baldwin.
    Night Vale jest miejscem, gdzie wszystkie spiskowe teorie i wszystkie złe sny mają swoje obywatelstwo. Już w odcinku pilotowym, którego pierwsze słowa przywołałem w pierwszych słowach postu dowiadujemy się, że nie należy pozwalać dzieciom bawić się na dworze gdy w powietrzu krążą czarne helikoptery Światowego Rządu. Miastem rządzi Rada Miejska, której skład nie zmienił się od 1824 roku. Rada Miejska jest już w chwili obecnej czymś w rodzaju wspólnego umysłu w wielu ciałach, podejmuje jednogłośnie decyzje i jednogłośnie je obwieszcza. Mimo, iż od prawie dwóch stuleci zasiadają w niej… te same istoty (tak byłoby najtrafniej), jej skład jest wyłaniany w cyklicznych wyborach. Wszak Night Vale leży w Stanach Zjednoczonych, kolebce demokracji. I nieprawdą jest, że nieustająco jednaki wynik wyborów zapewnia Tajna Policja Samorządowa (w oryginale: Sheriff’s Secret Police), która przed wyborami z każdej rodziny zaprasza po jednym przedstawicielu, którego zabiera do opuszczonej kopalni znajdującej się w zupełnie nieznanym miejscu, gdzie zaproszeni goście pozostają aż do pomyślnego rozstrzygnięcia wyborów. O, nie! Z resztą Tajna Policja dba o mieszkańców i troszczy się o ich dobro, tak jak w przypadku, gdy nad miasteczko nadciągnęła Świecąca Chmura i Tajna Policja za pośrednictwem rzeczonej audycji radiowej radziła mieszkańcom biec w stronę chmury krzycząc i wymachując rękoma „po to, by sprawdzić co się stanie”. Sama chmura przeszła nad miasteczkiem nie powodując większych perturbacji prócz opadu martwych zwierząt (sic!), a w krótkim czasie objęła (chmura, tak, tak) stanowisko w szkolnym komitecie rodzicielskim. Jednak nie tylko wielkie zdarzenia goszczą na antenie. Są także sielskie opowieści o zwykłych sąsiedzkich sprawach, jak anioły, które przybyły do Starej Josie mieszkającej obok komisu samochodowego, by wymienić jej żarówkę przed domem. Albo ogłoszenie Staruszki Bez Twarzy, która sekretnie zamieszkuje Twój dom, szpera w Twojej szafie i ogląda Twoje albumy ze zdjęciami, gdy jesteś poza domem. Jest także odpowiedzialna za dziwne wyniki wyszukiwania, które znajdujesz na swoim komputerze, szczególnie te z fotografiami martwych wilków. I otóż Staruszka Bez Twarzy złożyła za pośrednictwem stacji radiowej oświadczenie, że masz w swojej lodówce niesamowity bałagan i zbyt rzadko zmieniasz prześcieradła, przez co musi robić to za Ciebie. No i pytała o hasło do Twojego wi-fi.

Co jest naprawdę fajne? Możesz tego słuchać za darmo (z rewelacyjną, niemal brytyjską dykcją i akcentem C. Baldwina) na stronie http://nightvale.libsyn.com/. Możesz przeczytać transkrypcje fanowskie na http://cecilspeaks.tumblr.com. Możesz posłuchać z polskim tłumaczeniem na YouTube (pierwszy odcinek: https://www.youtube.com/watch?v=Gy-bNY0palU). A możesz nawet obejrzeć fanowskie filmy, takie jak „A Story About You”.

Swoją drogą epizod pt. „A Story About You” jest dla mnie słodką rewelacją. Jestem wielkim fanem niezwykle trudnej narracji drugoosobowej, a cały epizod napisany jako radiowa relacja na żywo z tego co robisz jako mieszkaniec Night Vale jest po prostu kawałem dobrej, pisarskiej roboty. I narracyjnie, i stylistycznie, gdyż duszny klimat tego odcinka mógłby wprawić w zakłopotanie samego Franza Kafkę.
   Co mogę napisać więcej? Szkoda, że nie mogłem być na październikowym występie w Warszawie. Tak, ekipa tworząca „Welcome To Night Vale” zawitała do Polski ze swoim programem na żywo. To musiało być ciekawe.
    Reasumując: jeśli jesteś jednocześnie fanką/fanem „Archiwum X”, „Latającego Cyrku Monty Pythona”, Davida Lyncha, H. P. Lovecrafta i slapstickowych komedii, zdecydowanie zapraszam do Night Vale.
    Zatem nasłuchujcie dźwięku ludzkiego oddechu. Który prawdopodobnie jest Waszym oddechem… prawdopodobnie.
    Dobranoc, Night Vale. Dobranoc.

Przysłowie na dziś: ludzka dusza waży 21 gram, pachnie jak grillowane warzywa, wygląda jak kilt z plisowanego tartanu i brzmi jak ruch uliczny na moście.
J. Fink, J. Craynor „Welcome To Night Vale” odc. 26: „Staruszka Bez Twarzy”

piątek, 14 października 2016

Pijacki sen bohaterów

Adolfo Bioy Casares był przyjacielem i współpracownikiem Jorge Borgesa, razem napisali przekomiczne „Kroniki Bustosa Domecqa”, które przy całym ładunku kpiny z kierunków rozwoju sztuki i jej mimetyzmu jednocześnie zadają ważkie pytania o jej istotę. Znając miarę intelektu autora sięgnąłem onegdaj po jego „Sen o bohaterach”. I po przeczytaniu spokojnie napisanej powieści obyczajowej pozostałem w pełnym osłupieniu, a przez mózgownicę przewalały mi się reminiscencje Frazera i Eliadego. I powróciło wielkie pytanie: kim byli antyczni bohaterowie? Czy – jak sugeruje Bioy Casares – zwykłymi, młodocianymi nożownikami?
   Rzecz wydaje się prosta. Oto mamy młodego, raptem dwudziestoletniego Emilio Gaunę, adepta mechaniki samochodowej, który w czasie karnawału roku 1927 przeżywa coś. To „coś” to pewien ciąg zdarzeń zainicjowany przez wygraną tysiąca pesos na wyścigach. Za wygrane pieniądze Gauna funduje swej paczce przewodzonej przez szemranego doktora Sebastiana Valergę wyskok na miasto. Wyskok staje się odyseją po knajpach Buenos Aires, w czasie której spotyka nieznajomą dziewczynę w masce domino, z którą rozdziela go nurt imprezy:

Antunez wskazał na rozpoczętą butelkę szampana. Napełnili kieliszki i wypili.
    Potem wspomnienia deformują się i gmatwają. Maseczka zniknęła. Dopytywał się o nią; nie odpowiadano mu albo starano się go uspokoić wymijającymi odpowiedziami (…)
A. Bioy Casares „Sen o bohaterach”

Gauna budzi się na przystani, w parku nad jeziorem, nie wie skąd się tam wziął, ani od kiedy tam przebywa. Taka to była impreza. Kilka stron dalej nasz Emilito idzie z chłopakami do Serafina Taboady, zwanego Czarownikiem, z którym ucina sobie krótką pogawędkę „o życiu”. A życie potem toczy się zwyczajnie: Emilito nawiązuje znajomość z Klarą, córką Czarownika; potem żeni się z nią; Czarownik umiera… Cały czas jednak uwiera Gaunę problem tożsamości „Maseczki” i wydarzeń, które skrywa postalkoholowa niepamięć. Toteż gdy Gauna wygrywa znów pieniądze na wyścigach (a jest to suma wyższa o współczynnik inflacji), czuje, że to znak od przeznaczenia. Znak, który wskazuje mu na konieczność powtórzenia wszystkiego, co wydarzyło się w dwudziestym siódmym roku. I oto wpadamy w ten kolisty czas sacrum, czas rytuałów, gdy powtarza się czynności, by ustabilizować świat w swym miejscu, by odkryć prawdę o sobie. By złożyć ofiarę. Emilito przekonuje się (taki spojler, ale wszak to nie kryminał, poza tym mało kto przeczyta tę powieść, jestem tego pewien), że niepamięć pokrywała kilka łotrostw Valergi, że „Maseczką” była sama Klara, zatem zakochał się w niej, nim ją poznał jako córkę Czarownika, i że okazanie odwagi znaczy dlań najwięcej. Umierając w wyniku walki na noże z Valergą nie myśli nawet przez chwilę o Klarze.
    I wszystko to byłoby zwyczajną opowieścią obyczajową o „ech-tej-dzisiejszej” młodzieży przedwojennego Buenos Aires, gdyby nie pewne szczegóły. Cukiernia „Les Argonauts”, w której od czasu do czasu spotykają się bohaterowie. Tytułowy sen o bohaterach, który przytrafia się Gaunie w czasie ich awanturniczej wyprawy karnawałowej, a którego ważnym punktem jest gra dwóch półnagich młodzieńców, którzy okazują się towarzyszami Jazona. Koliste powtórzenie karnawałowych zdarzeń, zakończonych w tym samym miejscu nad jeziorem. Śmierć, która zdaje się być celem. Czarownik Taboada, który w niedwuznacznych słowach mówi o ochronie, jaką roztaczał nad swym zięciem. W końcu jego imię, Serafin, też na coś wskazywało.
    Czym się ci argentyńscy awanturnicy wielkiego miasta różnią od bohaterskich Argonautów? W sumie – niczym. Jeśli się dobrze zastanowić, to argonauci są skrzykniętą ekipą mołojców, którzy idą na Kolchidę celem zawładnięcia Złotym Runem. Takie siłowe przywłaszczenie nazywamy dziś rozbojem i jest ono spenalizowane w kodeksie karnym w postaci artykułu 280:

§ 1. Kto kradnie, używając przemocy wobec osoby lub grożąc natychmiastowym jej użyciem albo doprowadzając człowieka do stanu nieprzytomności lub bezbronności,
podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12.
§ 2. Jeżeli sprawca rozboju posługuje się bronią palną, nożem lub innym podobnie niebezpiecznym przedmiotem lub środkiem obezwładniającym albo działa w inny sposób bezpośrednio zagrażający życiu lub wspólnie z inną osobą, która posługuje się taką bronią, przedmiotem, środkiem lub sposobem,
podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.
Dz.U.2016.0.1137 t.j. - Ustawa z dnia 6 czerwca 1997 r. - Kodeks karny

Obstawiam, że czary Medei zostałyby zakwalifikowane przez prokuratora jako te opisane w paragrafie drugim środki lub sposób.
   Kim był Herakles, gdy wykonywał swych dwanaście prac, wśród których było zabicie hydry i lwa nemejskiego? Wiedźminem, najemnym zabójcą potworów. Trzeba uważnie czytać Kubiaka, by nie umknęły takie sceny, jak walka Heraklesa pod Troją z potworem morskim, który miał pożreć córkę króla, Hezjone. Jako zapłatę Herakles żąda Hezjone (niekoniecznie jej ręki, to nie chanson de geste, tylko ogniskowe wspominki mykeńskich macho) oraz klaczy, które kiedyś Zeus podarował Trosowi. Ale król Troi, Laomedont okazuje się oszustem, więc Herakles zapowiada swój powrót i zemstę. Tak zapisano w Iliadzie. Sama zaś Iliada czym jest? Opowieścią o tym, jak ojciec idzie odebrać córkę młokosowi, który ośmielił się ją (przy boskiej protekcji) uprowadzić. A jak zachowują się Achajowie w czasie oblężenia grodu? Kłócą się o branki i fochują, jak taki Achilles, który z namiotu nie chciał wyjść. Czy oni się różnią od młodocianych nożowników znad La Platy? Niczym.
Jazon kontra piechota Nekropolii (Hirołsy III ;-), scena antycypowana w filmie z roku 1963
 Czas destyluje sfermentowane historie w szlachetny trunek mitu. Herakles staje się półbogiem, Jazon – nieustraszonym żeglarzem, Achilles – szlachetnym rycerzem. Wściekły wrzask umierającego Cezara przekuto w patetyczne pytanie. A tymczasem jedyna magia jaka się dzieje, to ubrany na czarno człowiek, który po śmierci Taboady wpycha Gaunę w sakralną kolistość czasu. Emilito powtarza cały rytuał męskiej odysei po knajpach i magazynach, w których nocują po niegodziwościach całodniowych libacji.
    Niemal każdy akapit, gdy się przeczyta go uważnie, prowadzi do jakichś ukrytych (choć może niezamierzonych) znaczeń. Np. wspomniany czarny osobnik, który podaje typ w wyścigach. Umożliwi to puszczenie karnawałowej machiny w ruch i – w rezultacie – śmierć Emilia. Imię konia, które wypowiada to Calcedonia, czyli Chalcedon. Chalcedon to kamień, ale też i miasto, w którym rezydowała wyrocznia Apolla, niewiele ustępująca tej delfickiej. Jak nieubłagane były wyroki Pytii, tak i nieubłagane jest mroczne, choć – w ocenie samego Gauny – chwalebne, przeznaczenie młodego mechanika samochodowego.
    Już wspominałem przy okazji „Wieżowca” J. Ballarda, ewenkijskie słowo emerczin oznacza zarówno bohatera, jak i gwałciciela. Powieść Bioy Casaresa jest kolejnym utworem, który wyjaśnia ten paradoks nam, intelektualnym ofiarom średniowiecznego etosu rycerskiego.

sobota, 10 września 2016

CSI: Teby

Jeśli traktujesz poważnie mitologię grecką, musisz zadać sobie w pewnym momencie kluczowe pytanie: co jest nie tak z „greckim bajaniem” Parandowskiego i Kingsleya? Gdzieś, w którymś momencie pisze o tym Frazer, może Eliade. Zaczyna się wkradać zwątpienie. Czytając Kubiaka już wiemy, że myśl o nieco disneyowskim świecie baśni dla dzieci nie ma nic wspólnego z tym, w co wierzyli Achajowie, zwani (nieco na wyrost) Starożytnymi Grekami. Bo dla nich, jak dla każdej z kultur, religia to kwestia życia i śmierci. Opowieści o Tezeuszu i Argonautach, wyprawa Orfeusza do Hadesu i Dedal więziony na Krecie, nie były bajkami do usypiania dzieci.
    Czytamy u Kubiaka o genezach imion bogów, ale i doczytujemy u niego o innych, niż pisze Parandowski, domenach, którym patronowali. Apollo, piękny bóg poezji i muzyki z Parnasu, to Apollyon, czyli „Niszczyciel”, miał w swej władzy także i zarazę. Mało liryczne, nieprawdaż? A siostra jego dziewicza, Artemida, Pani Łowów, przypuszczalnie nosi w charakterze imienia żeńską wersję słowa „artamos”, znaczącego „rzeźnika”. To rzuca nieco światła na zachowanie jej brata w stosunku do Marsjasza, obłupionego ze skóry.
Apollo serio traktował konkurencję na rynku muzycznym. A traktował ją nożem. (źródło)
 Myśl o tym, że źle czytamy mity interpretując je w sposób, w jaki nas nauczyło liceum, nie jest jakimś moim odkryciem. Gdy spojrzymy na źródłosłów wyrazu „panika”, dostrzeżemy tam koźlorogiego boga Pana. Tegoż niezwykłego dżentelmena oraz siane przez niego przerażenie doskonale odzwierciedlił A. Machen w „Wielkim bogu Panie”
     A gdy już przy Panie jesteśmy, to znacie może historię Syrinx, prześladowanej przez niego nimfy? Gdy ta, nieczuła na jego zaloty, poprosiła bogów Olimpu o ratunek przed nim, ci zamienili ją w trzcinę, on zaś z żalu zrobił sobie z niej fletnię. Tę słynną fletnię Pana, na której peruwiańscy Indianie wykonują na ulicach swój popisowy numer pt. „El cóndor pasa”. Jej grecka nazwa to syringa, już wiesz dlaczego. A teraz weź oddech, rozluźnij umysł i przeczytaj raz jeszcze co się stało: oto Syrinx ucieka przed dzikim Panem, który chce ją posiąść (chuć to jego aspekt, nie mój domysł). Syrinx wie, że nie umknie; zwraca się do bogów o pomoc, a ci ją zamieniają w trzcinę, co powoduje, że bezbronna wpada w ręce Pana, który robi z nią co chce; w transformacie mitu robi z niej fletnię. Oni ją najnormalniej w świecie wydali w jego łapska. Trudno o postać bardziej otwarcie zdradzoną w całej mitologii. Co nie zmienia faktu, że „Syrinx” Claude’a Debussy’ego jest mistrzostwem – serdecznie polecam do posłuchania.

 

Spójrz na pensjonariuszy Tartaru – to nie grzesznicy, którzy zostali skazani przez prawo, lecz każdy z nich stanowi ofiarę jakiejś osobistej vendetty Olimpijczyków: Tantal, Syzyf, Iksjon. To nie jest tak, że tu mamy zbrodniarzy, a na Olimpie – świętych. W gruncie rzeczy nawet nie jest jasne czym naraził się Tantal. Oczywiście czytając Markowską dostaniemy jedną wersję i mamy czystość fabularną: zabił swego syna Pelopsa i podał bogom do zjedzenia, żeby przetestować ich wszechwiedzę. Zobaczyć, czy się zorientują. Jeśli uwzględnimy inne ślady bliskowschodniej tradycji składana ofiar z pierworodnych, to się zaczniemy zastanawiać, czy opowieść nie jest skażona. Parandowski nawet posuwa się do tezy, że bogowie ukarali go za okrucieństwo, nakładając współczesną moralność na starożytny mit. A gdy sięgniemy do Kubiaka, to przeczytamy otwartym tekstem o wielości wariantów tantalowego przewinienia, w tym takie jak kradzież ambrozji, czy rozpowszechnianie informacji, które posiadł w czasie ucztowania z bogami. Czyli konfidentom mówimy „nie”. Bo tak też się Olimpijczycy zachowują: jak gangsterzy. Jak coś wyniesiesz i dasz ludziom, to masz przegrane. Jak Tantal. Albo Prometeusz. Gdy popatrzymy chwilę na losy tytanów – Prometeusza, czy Atlasa, to zdamy sobie sprawę, że w Tartarze goszczą nie tyle grzesznicy, co ludzie, którzy nie współpracowali z bogami.
    No dobrze, a kim są ci, którzy z gangiem bogów kooperują? Bohaterami.

sobota, 3 września 2016

Złe królowe

– Wiesz – rozpoczęła królowa drżącym głosem, – to straszne co się ostatnio dzieje na świecie. Tyle się słyszy o tych wszystkich zamachach, przewrotach, zdradach, rewolucjach… Ciężko być monarchą w tych czasach.
Królowa przytknęła drżącą ręką papierosa do ust. Rozbieganym wzrokiem powiodła po całej komnacie zatrzymując w końcu spojrzenie na kredensie w rogu.
– Ale też i arystokracja nie jest bez winy, wiesz? – kontynuowała. – Te skandale obyczajowe! Ponoć królowa Krety spółkowała z bykiem, słyszałeś o tym pewnie? To chyba przez te narkotyki. Nasza klasa społeczna jest szczególnie mocno narażona na pokusę narkomanii. Wszystko nam wolno, nikt nam nie podskoczy, a z drugiej strony stres wywołany odpowiedzialnością za losy kraju… Słyszałam ostatnio o takiej jednej królowej, co siedziała cały dzień gapiąc się w lusterko i pytając go, czy jest najlepszą laską w całym królestwie. I podobno słyszała, jak jej lustro odpowiadało, wyobrażasz to sobie? A pewnego razu zaczęło jej mówić, że jej pasierbica, córka króla z poprzedniego małżeństwa, co się tamta królowa powiesiła, jest bardziej seksi. To kazała tę pasierbicę poćwiartować w lesie. Czaisz!? Bo jej lusterko tak mówiło! Mam nadzieję, że mnie to nie spotka. A gdybym zaczęła tak świrować, to mi powiesz, no nie?
– Oczywiście – przytaknął kredens.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Mnemozyne jest zamaskowaną Klio

Pamięć jest zawodna. Borges napisał – a już nie pamiętam gdzie – że pamięć jest wynalazcza. I nie można mu odmówić racji.
    Spotkany ostatnio kolega wytknął mi dwa błędy w moim poście ointerpretacji jako akcie woli czytelnika. Po pierwsze, że nie da się zinterpretować tego filmu w jeden z podanych przeze mnie sposobów. A dokładnie nie można tego uczynić od momentu konfrontacji Danielsa z doktorem Cawley’em, gdy grany przez Marka Ruffalo agent Aule pojawia się dość znienacka w zupełnie nowej roli. A nawet gdyby chcieć na to przymknąć oko, to jego skinięcie głową w czasie rozmowy na schodach, na końcu filmu, dobija ostatnie argumenty. No cóż. Niewykluczone, że ma rację. Gorzej z drugą. Zarzucił mi, że na żywca przepisałem coś z niespecjalnie rzetelnej recenzji pewnego znanego portalu filmowego. Spytałem co niby takiego. Odparł, że Daniels i Aule nie byli agentami FBI. Ależ oczywiście, że byli! Przedstawiają się jako agenci federalni, nikt nie był w tym czasie agentem federalnym, tylko ludzie Hoovera! No nie, spostponował mnie kolega, oni obaj przedstawiają się i pokazują wyraźnie odznaki. I są to odznaki U. S. Marshals.
Mnemozyne, portret z pamięci (źródło)
 U. S. Marshal Service to najstarsza amerykańska służba mundurowa, powołana jeszcze w XVIII wieku w celu wykonywania czynności sądowych: transportu skazanych, poszukiwania zbiegów oraz szeroko pojętej ochrony świadków. W polskiej sferze kultury znani są jako „szeryfowie”, takoż przedstawiają się w polskojęzycznej wersji filmu „Shutter Island”. Niebezpodstawnie, gdyż to do tej właśnie formacji należeli także ci słynni westernowi szeryfowie. Ci historyczni zresztą też, żeby wymienić tylko Dzikiego Billa Hickoka i Wyatta Earpa.
    Dlaczego zatem dokonałem mentalnego transferu szeryfów do federalnego biura śledczego? Czy zmyliły mnie prochowce i kapelusze, tak bardzo kojarzące się z… „Nietykalnymi” de Palmy? Tylko, że Eliot Ness i jego ludzie także nie należeli do FBI, tylko Federalnego Biura Prohibicji, podlegającego Departamentowi Skarbu. Ale co tam. W Polsce i tak nie znamy ani tej organizacji, ani jej afiliacji, a i o Kevinie Costnerze mawiają, że w tym filmie wcielił się w agenta FBI. Ciekawe. Drapiąc się w zakłopotaniu po głowie uświadamiam sobie, że w sumie jedynymi postaciami filmowymi, co do których w tym momencie jestem pewien, że należeli do FBI, są agent specjalny Cooper z „Miasteczka Twin Peaks” i załoga „Archiwum X”. Nie świadczy to o szczególnym poważaniu FBI w świecie seriali.
   Czemu nakładam tak silne filtry na poznane fabuły?
  Chciałem swego czasu napisać post o najważniejszych fałszywych cytatach. Rzecz jasna królowałby Bogart z papierosem w ustach mówiący „Play it again, Sam”, którego wszyscy pamiętamy, choć słowa te nigdy w „Cassablance” nie padły. Tymczasem sam sobie zgotowałem taką samą pralnię mózgu i to dwa razy. Podnosząc wzrok na półkę z książkami zastanawiam się, ile z nich pamiętam, a ile sam zmyśliłem. Ile razy kłóciłem się z kimś o treść książki, fabułę, bądź szczegóły filmu, choć tak naprawdę konfrontowaliśmy jedynie blade wspomnienia utworów.
    Jak zatem mam wierzyć swoim własnym wspomnieniom? Ile, z rzeczy, które pamiętam, wydarzyło się naprawdę? Czy jesteśmy jak filmowy agent (szeryf) Daniels, który wyparł swoje traumy w postać spiskowej teorii wyspy? Czy wyparcia i projekcje mogą nam tak bardzo przesłonić świat? Jak zatem wierzyć własnym wspomnieniom?
    Może to jedynie posępne pajęczyny fikcji snutych przez blade pająki mojej podświadomości?

Powiedz mi gdzie ja wczoraj byłam
Czy naprawdę stamtąd wróciłam
Powiedz mi co tam się zdarzyło
Nic nie wiem, może tylko się śniło
CLOSTERKELLER „Iluzyt”

wtorek, 2 sierpnia 2016

Konkluzja wujka Staszka #9: Z czego wynika, że jesteśmy ciężko doświadczeni przez skojarzenia

Gdy w drugiej części filmowego „Hobbita” Tauriel mówi do Legolasa o Kilim: „jest wysoki jak na krasnoluda”, natrętne skojarzenie dopowiada w umyśle: „ale wciąż za niski jak na szturmowca”.
Przygotowując się do walki z Płaczącym Aniołem (Dr. Who) (źródło)
PS.
Rzecz jasna tytuł posta również wynika z pewnego skojarzenia i  jest nawiązaniem do opowiadania. Zagadka: kto je napisał i gdzie ukrył się  jaguar, który ranił w rękę żonę narratora? Wiesz?

wtorek, 19 lipca 2016

Masz jeszcze jeden wybór

Pisałem czas jakiś temu (cóż za eufemizm, miesięcy ze trzydzieści!) oksiążkach, które w ręce czytelnika dają wybór rozwoju sytuacji,wybór drogi fabularnej. Co zrobisz? Czy otworzysz drzwi, gdy pukają? Czy uratujesz krwawiącego przeciwnika? I tak dalej.
    A dziś opowiem Ci o jeszcze innym wyborze. Wyborze interpretacji. Bo i tak można do rzeczy podejść. Można przyjąć pewną interpretację utworu, która wszystko zmienia, która obraca całą historię na nice i ukazuje nam sytuację zupełnie inną.
    Wskaże tylko dwa utwory, jak dwa przykłady: jeden oczywisty, drugi subtelny. Oba mistrzowskie. Zaczynajmy zatem!
    Pierwszym jest film Martina Scorsese z roku 2010 pt. „Wyspa tajemnic” (oryginalny tytuł: „Shutter Island”) z Leonardo DiCaprio i Markiem Ruffalo w rolach głównych. Choć nie. W rolach najczęstszych pod względem czasu ekranowego. Bo role główne to Leonardo DiCaprio grający jednego z agentów FBI i Ben Kingsley grający doktora Cawleya. Grający drugiego z agentów Mark Ruffalo, choć lubię go jako Hulka, po prostu zostaje zepchnięty na bok tym starciem tytanów. I mówię Ci, że gdy Ben Kingsley zamknie oczy po raz ostatni, wtedy wszyscy się zorientują, jakiego aktora stracili. Takiego Alana Rickmana razy trzy. Ale do rzeczy. O czym jest film? O dwu agentach, FBI, którzy przybywają na wyspę nieopodal Bostonu (Nowa Anglia, Providence, Arkham, czujesz ten klimat?), na której to z zakładu psychiatrycznego znika pacjentka. Prowadzą śledztwo w sprawie jej zniknięcia. A nim je skończą, okaże się, że zaginionym pacjentem jest grany przez DiCaprio agent Daniels, a całe śledztwo – terapią umyśloną przez doktora Cawleya. A może jednak nie? Może jednak naprawdę zniknęła pacjentka, a zaszyfrowana wiadomość była prawdziwa? Może próba obrócenia agenta federalnego w pacjenta to zagranie va banque Cawleya, któremu grunt usuwa się spod nóg, gdy na jaw wychodzą mroczne sprawy, które miały zostać w obrębie wyspy?
    Ten film to majstersztyk. Sami musimy zdecydować, w którą stronę pójdziemy z interpretacją. Komu zaufamy, komu zarzucimy kłamstwo. Czy uznamy Danielsa za pacjenta, czy prawdziwego stróża prawa. Wybór pozostaje w naszych rękach. A dokonany wybór spolaryzuje określony sposób odczytania fabuły.
Jedyna, prawdziwa oś fabuły (źródło)
     Drugim utworem, o którym chcę opowiedzieć, jest „Kupiec wenecki” Shakespeare’a. Jest to dla mnie jeden z tych utworów, które powodują, że myślę o jego autorze jako o geniuszu, choć nie wiem, czy był świadom tego, co pisze. Czy jest tak, że był tego geniusza piórem, a słowa same płynęły przez niego, niczym przez odbiornik radiowy? Ale do rzeczy.
    Ma Porcja trzy szkatułki: złotą, srebrną i ołowianą. Jedna z nich skrywa jej konterfekt, a kto go odnajdzie, ten Porcję poślubi. Natychmiast. Mają szkatułki opisy im przypisane: na złotej pisze, że ten, który ją wybierze otrzyma to, czego wielu pożąda; na srebrnej: że otrzyma to, na co zasłużył; na ołowianej: że kto ją wybierze, wszystko musi na szalę rzucić. Widz, tudzież czytelnik, zaprawiony w baśniach Grimmów i Andersena, doskonale wie, że należy wybrać ołowianą, ale nie o tym chciałem mówić. Zwróć, proszę uwagę, jak się zachowują zalotnicy. Zakładam w tym miejscu, że znasz tekst, lub możesz po niego sięgnąć. Każdy z kandydatów do ręki po swojemu interpretuje przesłanie danej szkatuły. Taką szkatułą jest też cały ów dramat. Reżyser chcąc go wystawić musi go zinterpretować, albo w sposób antysemicki, albo wręcz przeciwnie, ukazując Shylocka jako ofiarę. Tak! Tekst napisany przez Stratfordczyka jest świetne zbalansowany. Można położyć większy akcent na odstręczających cechach Shylocka, zohydzić starego Żyda, a można ukazać go jako człowieka, który staje przeciw całemu miastu: sługa go opuszcza, córka ucieka do chrześcijanina i jeszcze okrada, a dłużnicy pogardzając nim pożyczają odeń duże sumy, których nie zamierzają spłacać. Dlaczego nie traktują go z godnością, na którą zasługuje ludzka istota? Toteż Shylock skarży się:

Jeśli kłujecie nas, czy nie krwawimy? Jeśli łaskoczecie nas, czy nie śmiejemy się? Jeśli trujecie nas, czy nie giniemy?
W. Shakespeare „Kupiec wenecki”, akt III, scena 1

Cały ten monolog jest tą przeciwwagą, do wszystkich tych momentów, gdy widzimy go wręcz w paroksyzmach zachłanności. Można wytykać mu, że biadoli nad diamentem i dublonami, ale pierwej pyta Tubala, swego przyjaciela, czy odnalazł jego córkę. Tak, jak zapytałby każdy normalny ojciec. I teraz zagwozdka reżysera: czy Shylock ma z trwogą i nadzieją pytać o córkę, a potem marudzić o skradzionym diamencie, czy ma zdawkowo o córkę zapytać a potem pomstować za utratę diamentu z Frankfurtu za całe dwa tysiące dukatów?
   Można zrobić z Shylocka potwora, można i zrobić z niego weneckiego Hioba. Szkatuła jest opisana tekstem dramatu. Wybór należy do Ciebie.

wtorek, 12 lipca 2016

Kopia bezpieczeństwa

Któż z nas, rozbestwionych komputerowymi grami lub doświadczeniem admina, nie chciałby trzymać swojej kopii na wypadek wypadku? Archiwizowany „ja”, po którego sięgnięto by, gdy moje ciało podstawowe uległoby daleko idącemu uszkodzeniu, czy też zgoła zniszczeniu – śmierci. Po prostu klon. Czyżby?
   Są pewne ale. Po pierwsze: czy to byłbym ja? Musiałaby moja kopia być kontynuatorem obecnej linii świadomości. Po drugie: jak tę świadomość wpisać? I jakie mogą być tego wszystkiego konsekwencje?
    Literatura fantastyczna już od dłuższego czasu żywo się interesowała się tym zagadnieniem. Z różnym skutkiem. Na przykład w „Perfekcyjnej niedoskonałości” J. Dukaj prowadzi nas po świecie powieściowym w specyficzny dla siebie sposób – poprzez wrzucenie czytelnika na głęboką wodę. Toteż nie do końca rozumiemy, czego jesteśmy początkowo świadkami. Podany fragment „widzimy” oczyma córki Judasa McPhersona, Angeliki:

   Na trawnik wpadła czarna jak heban kobieta z ogniem nad głową.
  Była naga, oczy miała krwistoczerwone, paznokcie trupiobiałe. Biegła wielkimi susami. Ludzie sięgali jej do pasa. Metrowej wysokości płomień buchał wzwyż z jej bezwłosej czaszki, oślepiający pióropusz, miecz czystej plazmy.
(…)
   Judas oddał kelnerowi kieliszek, zdjął okulary i odetchnął głębiej. Z kolei powiedział coś do żony i Angelika ujrzała wtedy ponad ramieniem matki spokojną twarz ojca.
Udało jej się odczytać słowa z oszczędnych ruchów jego warg:
Malowniczy zamach, nie powiem, postarali się.
(…)
Mam nadzieję, że zarchiwizowałeś się z pamięcią tych trzech dni w Puermageze.
J. Dukaj „Perfekcyjna niedoskonałość”

Dlaczego Judas tak spokojnie do tego podszedł? Tak spokojnie przyjął śmierć? Żeby był ciekawie, inną śmierć McPhersona oglądał Adam Zamoyski, główny bohater powieści, o czym opowiada Ninie:

McPherson nie żyje. Dogrzebała się do jego mózgu. – Zachichotał. – Miała wyjątkowo długie paznokcie.
Stahs Judas McPherson żyje. Wydał już stosowne rozkazy w twojej sprawie. Jest przyzwyczajony do zamachów, ma wiele przygotowanych ciał.
J. Dukaj „Perfekcyjna niedoskonałość”

Przyzwyczajony do własnej śmierci. Nieźle. Zarchiwizowany z pamięcią wydarzeń poprzednich ciał, które są wgrywane do następnych. Jak? Na to pytanie Dukaj nie daje odpowiedzi, bo akcja zmierza ku innym zjawiskom. Trzeba wytłumaczyć czym jest „kraftunek”, „port”, „phoebe”, „osca”… Wgrywanie świadomości trzeba pozostawić swoim wyobrażeniom. Lub niedopowiedzeniom, które uważam za bardziej wyrafinowane i niezawodne.
   Miał Dukaj jeszcze jeden (minimum jeden) utwór o transferze świadomości, lecz nie do klonów, a do hardware’u, dlatego wspomnę tylko o nim na boku – to „Starość aksolotla”. Ciekawe, że tego samego roku, w którym wychodzi „Starość aksolotla”, na ekrany wchodzi „Chappie” Neilla Blomkampa, który doskonale koresponduje w jednym motywie z powieścią Dukaja. Właśnie w wykonywaniu backupu swej świadomości i wpisywaniu go w maszynę:



Wcześniej, dużo wcześniej temat świadomości klonów przerabiał Frank Herbert już od drugiego tomu cyklu „Diuny”, gdy Duncan Idaho wraca jako ghola, czyli właśnie klon powstały z komórek martwej osoby. Ghola o imieniu Hayt nie posiada żadnych wspomnień, lecz…

Mięśnie gholi stężały, a ciało zadygotało w dreszczu.
„… co musi być zrobione!” Słowa te przedzierały się przez jego umysł, niczym wielka ryba prująca ku powierzchni. „… co musi być zrobione!” To… to brzmiało jak słowa Starego Księcia, dziada Paula, z którego panicz miał coś w sobie. „… co musi być zrobione!”
I pąki owych słów zaczęły się rozkładać w świadomości gholi, a wraz z tym coraz wyraźniej spostrzegał, że toczą się w nim jednocześnie dwa życia: Hayt-Idaho, Hayt-Idaho… Stał się nagle jednym, wydzielonym łącznikiem dwóch ciągów. Zalały go wspomnienia. Przesiewał je, dopasowywał do nowego pojmowania, tworzył zręby nowej świadomości. Nowa osoba obejmowała na pewien czas rządy tyrana w jego wnętrzu.
(…)
A więc stało się. Wiedział, że jest Duncanem Idaho i jednocześnie pamiętał wszystko, co dotyczyło Hayta, jak gdyby był to materiał gdzieś w nim złożony i czekający na podpałkę.
F. Herbert „Mesjasz Diuny”

Cała historia Duncana Idaho rozgrywa się poprzez następne części, tak iż uważny czytelnik zauważa że to on jest prawdziwym Kwisatz Haderach. Albo i nie tym prawdziwym, ale właśnie niezamierzonym, przeoczonym i przez Bene Gesserit i przez Atrydów. Mniejsza o to. Cały wątek Duncana Idaho zasadza się na tym, że autor postuluje ukrycie wspomnień i świadomości w materiale biologicznym. Potrzeba tylko odpowiedniego bodźca, aby je odblokować. I tak dzieje się z każdym z kolejnych ghol Duncana. Z każdym z kolejnych... kilku setek.
   A jeszcze wcześniej, nim nadeszła epoka poważnego myślenia o klonowaniu i transferze świadomości, Stanisław Lem już pisał:

To nic – rzekł urzędnik. – Pobywszy u nas dłużej przywyknie pan jakoś. Proszę, oto pana bile…
Nie dokończył. Zabłysło, zagrzmiało, podniósł się kurz, a gdy opadł, zamiast mojego rozmówcy ujrzałem olbrzymią dziurę w podłodze. Stałem jak skamieniały. Nie minęła minuta, a kilku Ardrytów w kombinezonach załatało dziurę i przytoczyło niski wózek z dużym pakunkiem. Gdy go rozwinięto, oczom mym okazał się urzędnik z biletem w ręku. Strącił z siebie resztę opakowania i sadowiąc się na wieszaku, rzekł:
Tu są pańskie bilety. Mówiłem panu, że to nic takiego. Każdy z nas w razie potrzeby zostaje zdublowany. (…)
S. Lem „Dzienniki gwiazdowe”, Podróż czternasta

Myliłby się ten, kto myślałby, że dobrodziejstwa takich kopii dotyczą jedynie kosmitów należących do szlachetnego gatunku Ardrytów:

Gdy podnoszono pokrywę, coś uderzyło mnie potężnie w ciemię i straciłem przytomność. Odzyskałem ją na tym samym miejscu. (…) Załapałem się za głowę – guza nie było.
Co się ze mną stało? – spytałem szeptem sąsiadkę.
Proszę? A, meteor pana zabił, ale nic pan nie stracił z przedstawienia, bo ten duet był fatalny. Inna rzecz, że skandal: po pańską rezerwę musieli posyłać aż do Galaxu – zaszeptała w odpowiedzi uprzejma Ardrytka.
Po jaką rezerwę? – spytałem, czując, że ciemnieje mi w oczach.
No, po pańską właśnie…
A gdzie ja jestem?
Jak to? W teatrze. Czy panu słabo?
To ja jestem rezerwą?
– No tak.
S. Lem „Dzienniki gwiazdowe”, Podróż czternasta

Tematy klonowania, paradoksów czasowych i transferów świadomości są stałym lejtmotywem „Dzienników gwiazdowych” i ogólnie całej twórczości Lema. Wszak Marek Tempe z „Fiaska” to ktoś, kto poskładany został z tego, co pozostało z dwóch pilotów: Pirxa i Parvisa. Zagadką jest, ile w nim pozostało i którego...
   Na koniec wspomnimy o utworze, który ukazuje nam co się dzieje, gdy uruchomimy zbyt wiele swoich kopii. Świetny„Multplicity” Harolda Ramisa (tego od „Dnia świstaka”), film już dwudziestoletni, lecz nadal rewelacyjny. Występuje także pod polskim tytułem „Mężowie i żona”.
   Miłego kopiowania!