niedziela, 10 stycznia 2016

Gonzalo Aschenbach

Czasami prześladuje mnie myśl, że zadzwoni telefon, odbiorę połączenie z nieznanego mi numeru i usłyszę: „Dzień dobry. Telefonuję w imieniu Miejskiej Biblioteki Publicznej. Pan wie w jakiej sprawie dzwonię? Ma pan nasze książki. A my wiemy, gdzie pan mieszka...”. Wiedzą. Sam im ten adres podałem zapisując się do niej lata temu.
   A jakiej to książki oddać nie potrafię? „Śmierci w Wenecji” Manna. I nie dlatego, że ją ukochałem. Bynajmniej. Nie idzie mi ona, a ja się zawziąłem, że ją przeczytam. I jestem na tego zawzięcia ukończeniu.
   Nie leży mi ta książka. Mann nie zachwyca, choć podobno wielkim prozaikiem był.
   Książeczka jest króciutka. Oto Gustaw Aschenbach, literat w kryzysie twórczym, udaje się w podróż, w czasie której postanawia odwiedzić Wenecję. Gdy już do niej dociera, stwierdza, że jednak nie służy mu tamtejszy klimat i chce wyjechać do uzdrowiska niedaleko Triestu. W międzyczasie zdążył się zachwycić sylwetką i rysami młodego Tadzia (de facto chodziło o Władysława Moesa). W sumie żal mu wyjeżdżać, bo Tadziu, ale skoro już posłał bagaże... Bagaże omyłkowo posłano nad jezioro Como, co Aschenbach z ulgą wykorzystuje jako pretekst, by zostać i napawać się widokiem Tadzia, którego polska jego rodzina już zaczyna usuwać z oczu starego zbereźnika. Aschenbach zakochuje się platonicznie (więc śnią mu satyry i bachantki; seems legit) w młodzieńcu, tymczasem w mieście zaczyna pachnieć karbolem – takim starym środkiem dezynfekcyjnym. Pojawiają się półgębkowe sygnały o jakiejś chorobie. Policja tłumaczy, że dezynfekcja miasta to działanie zapobiegawcze i pilnie baczy, czy któryś z poddanych Serenissimy nie puścił pary z gęby letnikom. Teraz uwaga – spojler – Aschenbach umiera.
   No dobrze. Z takiego streszczenia aż bije moja słabo maskowana niechęć do tego utworu. Ja po prostu nie trawię tych homoerotycznych klimatów. Oglądając Tadzia oczyma niemieckiego literata nie mogłem się uwolnić od dwóch skojarzeń: primo, że już to czytałem u A. Gide'a w „Immoraliście”, secundo, że już to czytałem u Gombrowicza w „Trans-Atlantyku”. Stary, lecz szanowany, homoseksulany typ z imieniem na literę „G” zakochany w polskim młodzieńcu, toż to Gonzalo, wypisz wymaluj! Jednakże krytyka o tym jakoś nie wspomina... Przynajmniej niezbyt głośno. Próbując przy użyciu wyszukiwarki internetowej znaleźć materiały, w których występowałyby pary Gombrowicz - Mann i Gonzalo – Aschenbach, nie napotkałem wiele. Raczej pewnego rodzaju domysły z komentarzy różnych forów. Bardziej już inscenizacja gombrowiczowskiej powieści przez Mikołaja „Nie-Kiepskiego” Grabowskiego, która czyni Gonzala prominentnym pisarzem argentyńskim, celowałaby, być może przypadkowo, w nawiązanie do nowelki Manna.
   Ale czy Gombrowicz mógł celowo wyszydzić mannowskiego bohatera w postaci Gonzala? Zacznijmy od chronologii. „Śmierć w Wenecji” zostaje wydana w roku 1913 i z miejsca zyskuje poklask. Gombrowicz pisze swoją powieść przeszło trzy dekady później, a wydana zostaje w czterdziestym roku po „Śmierci w Wenecji”. W tym czasie wydarza się dojście Hitlera do władzy i wybuch II Wojny Światowej. Zarówno Gombrowicz, jak i Mann stają się tej wojny ofiarami – Gombrowicz od Polski odcięty (czy cierpiący z tego powodu, czy nie, to już nie moja sprawa), zaś Mann: Niemiec od Niemiec stroniący na własne życzenie, czy też raczej z powodu uzasadnionej obawy o własne bezpieczeństwo. Mannowie też wkrótce się przenoszą za ocean, tyle, że do USA. Podobieństwo losów Gombrowicza i Manna stanowić winno raczej o ich solidarności. A jednak coś może być na rzeczy. „Śmierć w Wenecji” przypuszczalnie była Gombrowiczowi znana. Ba, była na pewno znana i w jakiś sposób komentowana przez polskie środowisko literackie. Przypuszczalnie niekoniecznie pochlebnie. Przypuszczalnie niektóre głosy pełne były zażenowania faktem, że mannowski protagonista napawa się kształtami polskiego młodzieńca. Ilu z polskich literatów i krytyków przybrało pozę, którą Gombrowicz zaklął w postać majora Kobrzyckiego? Ciekawy jestem... Czy ktoś z Państwa może mi coś o tym powiedzieć? Lub mój domysł zdezawuować?...
   Skądinąd muszę docenić Manna za precyzję konstrukcyjną. Styl mi nie leży, fabuła jest mię odstręczającą, ale konstrukcja! Konstrukcja! Aschenbach zakochuje się w Tadziu w tempie, w którym miasto ogarnia epidemia. Czym bardziej jest zakochany i czym mocniej to wypiera, tym bardziej komedianci śmierdzą karbolem i tym goręcej wenecka policja wypiera się epidemii. Obie te sprawy, zmierzają do złego końca. Podążając za Tadziem w głąb dręczonego epidemią miasta, Aschenbach zapada na cholerę. Tadzio staje się tu katalizatorem dwóch zdarzeń, które przypieczętowały taki koniec bohatera: jest przyczyną, dla której Aschenbach w Wenecji zostaje i za jego też sprawą literat zaraża się chorobą w weneckich zaułkach. Tadzio jest jego prawdziwą Nemezis. Jest pięknym Aniołem Śmierci.
   Z drugiej strony mamy małą scenkę alegoryczną, gdy Aschenbach w drodze do Wenecji przygląda się farbowanemu starcowi, który strasznie pragnie przypodobać się podróżującej młodzieży. Budzi on jego wstręt. Gdy, niedługo przed śmiercią, odwiedza fryzjera hotelowego, sam decyduje się na podobne zabiegi „odmładzające”. Staje się tym, czego się brzydził. Czy zatem ta symetria miłości do chłopca i epidemii, która toczy miasto, jest wyrazem wewnętrznego konfliktu, który Mann przeżywał w związku ze swymi skłonnościami homoseksualnymi? Chyba jest to niewykluczone. Ale tego, tak jak pierwowzoru Gonazala, mogę się jedynie domyślać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz