sobota, 2 stycznia 2016

Na skróty

Czy streszczenie może być pełnoprawnym gatunkiem literackim?
    Zazwyczaj opisuje się streszczenie jako rodzaj przekształcenia literackiego, takie coś w rodzaju reported speech, mowy zależnej, oderwanej od tekstu podstawowego, lecz z nim związanego treścią. W sumie – odmawia się mu prawa do bycia odrębnym gatunkiem. Czy słusznie?
   Iwona Loewe w swoim tekście (http://www.fil.us.edu.pl/ijp/osoby/publoewe_Bialystok2008.pdf) o transgatunkach odwołuje się do lubianej przeze mnie koncepcji mgławicowości gatunków, a takie gatunki jak list, czy inkryminowane streszczenie osadza w obszarze gatunków transgresyjnych, w skrócie: transgatunków.
    No i super. Podziękujemy pani Iwonie i rozejdziemy się do domów, co? Kogoś przekonałem, że streszczenie może być dziełem literackim? Pana? Panią? Ciebie? Chyba jeszcze nie. No to zastanówmy się nad tym, bo jednak może się mylę.
    Na początek wyciągniemy „Czas apokalipsy”. Grubo i ciężko. Kto się nie zgodzi z tym, że to parafraza „Jądra ciemności” J. Conrada? Dziękuję, nie widzę. A zatem mamy pierwszą tezę: ten sam schemat fabularny, powtórzony z dokładnością do zachowania poszczególnych bohaterów, może być odrębnym dziełem, które rozpatrywać możemy odrębnie od utworu podstawowego. Najlepszym dowodem są ludzie, który nie czytając nigdy „Jądra ciemności” doskonale rozumieją przesłanie „Czasu apokalipsy”.
    A czym są tłumaczenia? Parafrazą tekstu oddającą zamysł autora (przedstawienie bohaterów, fabuły, świata, wywołanie uczuć w czytelniku) dokonaną w obcym języku. Tak, parafrazą. Dosłowne tłumaczenie, zwane metafrazą, jest stosowane nader rzadko. Znam takie osobiście z dziedziny badań nad Starym Testamentem. Tego się nie czyta. W tym się fedruje. Z kolei taki „Ulisses” w przekładzie nieodżałowanego M. Słomczyńskiego jest przekładem niedosłownym, gdyż tłumacz chcąc oddać wszystkie zagrania autora musiał odwoływać się do niesamowitych zabiegów. Na przykład niektóre partie tekstu mają swym rytmem naśladować taniec (nie pamiętam, menueta czy fokstrota – i tak tego tańca nie znam).
    Teraz będzie trudniej: streszczenie to nie tylko parafraza, ale i skrócenie. I bez własnego wkładu. Co zatem zostaje? Jakie pole manewru pozwoli streszczającego nazwać jeszcze artystą? Styl. Wystarczy wziąć na warsztat małą książeczkę pt. „Kroniki Bustosa Domecqua” pióra dwóch argentyńskich arcymistrzów, tj. J. L. Borgesa i A. B. Casaresa, żeby przestać o tym powątpiewać. Oczywiście, można argumentować, że mowa w „Kronikach...” o książkach, które nigdy nie powstały, lecz to nie załatwia sprawy. Można się po prostu rozpływać się nad pełnymi humoru i ironii relacjami o dziełach, które są szczegółowym inwentarzem biurka aranżowanego przez nierozgarniętego chłopaka, lub też „Selektywnym okiem”, gdzie opowiedziane są fragmenty książek, które autor postanowił usunąć ze swoich „dzieł”. Można jednak wskazać, jeśli uznamy, że historia to opis dziejów, że już zawarte w „Powszechnej historii nikczemności” nowelki, taka jak „Nietaktowny mistrz ceremonii Kōtsuke no Suke”, są pełnoprawnymi streszczeniami. Jeśli nie historii, to choć utworu jakim jest „Chūshingura”.
    A teraz już koda. Czy można za utwór artystyczny uznać recenzję? Od czasów Żeleńskiego i jego „Flirtu z Melpomeną”, utwierdzeni przez Słonimskiego „Gwałt na Melpomenie” jesteśmy skłonni uznać recenzje za odrębny gatunek. Krytyczny, niepodstawowy (gdyż coś skrytykować najprzód musimy), lecz odrębny, jak dajmy na to reportaż. Dobrze. Zobaczmy zatem, jak mistrz Antoni recenzuje „Świerszcza za kominem” w swym „Gwałcie...”:

Świerszcz za kominem” jest jednym z „najczystszych” utworów Dickensa.
Głęboka dobroć ludzka, płynąca z prawdziwej mądrości, posunęła się tu najdalej. Śpiew kipiącego na ogniu czajnika i głos świerszcza są cichą melodią, zagłuszającą słodko i delikatnie wszystkie nieroztropności i usterki ludzi. To nie huczący głos żywiołu, nie natura przygłusza i przytłumia płacz i śmiech ludzki – ale właśnie te dwa małe rzewne głosiki uciszają płacz biednej Dot i strapienia Johna. Nie trzeba nam wielkich sił i czarów przyrody, aby pokonać strapienia życia – trzeba tylko wsłuchać się w głos rozlegający się wśród ciszy wieczornej, w dobry rytm naszego serca, aby rytm ten wielką i niezwalczoną falą objął całą ziemię z wszystkimi złymi i dobrymi ludźmi. Dickens jest po trosze jak bohater tej sztuki – stary Kaleb, który swej ślepej, biednej córce przedstawia świat pięknym, a najgorszych łotrów maluje złotymi kolorami. A więc jeśli umie tak pięknie i przekonywająco mówić, zamknijmy oczy i wsłuchajmy się w głos jego serca. Mówi on przy tym rzeczy tak wesołe i śmieszne, że nie tylko ociemniały, ale nawet głuchoniemy pęknąłby ze śmiechu. Istotnie jest Dickens, jak stary Kaleb, fabrykantem zabawek, pięknych żywych lalek i strasznych potworów, które po bliższym przyjrzeniu okazują się bardzo poczciwe i wcale niestraszne. Nawrócenie i rehabilitacja Takeltona jest najradośniejszym wydarzeniem w dziejach świata. Zły potwór, podły intrygant, został ukarany i wyszydzony. Wszystko na scenie płonie od radości – sztuka kończy się dobrze, ale za drzwiami, na wichrze, stoi zły i śmieszny człowiek. Czy można go tak zostawić? O, nie – powiada Dickens i wprowadza go na scenę poprawionego i nawróconego. Przypomina mi to inny moment, w którym pan Pickwick spotkawszy swego wroga i przyczynę swych strapień i hańby – nikczemnego pana Jingle’a – w więzieniu, pociesza go i daje mu banknot, który, jak powiada autor, „wylazł przypadkowo” i znalazł się w ręku intryganta. Dobroć, z którą Dickens rady sobie dać nie może i którą maskuje nieraz, wyłazi jednak zawsze w ostatnim rozdziale książki i triumfuje.
A. Słonimski „Gwałt na Melpomenie”, rec. „Świerszcz za kominem”

Długi kawałek. Ale widać, że można streszczać tak, jakby tworzyło się inną opowieść owiniętą wokół tej pierwotnej. W tym przypadku dzieje się tak poprzez porównanie do innych utworów Dickensa i jego samego wciągnięcie w streszczenie.
   Życzyłbym każdemu uczniowi każdej szkoły, by bryki i streszczenia, z których będzie korzystał przygotowując się do batalii z nauczycielstwem języka polskiego, były na najwyższym poziomie literackim. By mogły zaszczepić w nim ciekawość tekstu podstawowego, rozbawić i przekazać wspomnienie piękna, jeśli było ono w streszczanym utworze.
   A autorów rzekomych „streszczeń”, które są obelgą wobec dzieł streszczanych, panowie z Latającego Cyrku Monty Pythona pouczą jak streszczeń nie należy realizować:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz