sobota, 9 kwietnia 2016

Traktat o kupowaniu jabłek

Teoretycznie tłumaczenie z obcego języka jest proste: pokazujemy sobie ten sam przedmiot i nazywamy go, każdy w swoim języku. Ja powiem „jabłko”, Willy powie „apple” i już. Jeśli będę chciał kupić czerwone jabłko, to pokażę kilka przedmiotów, które łączy cecha koloru czerwonego. I ustalimy, że moje słowo „czerwony” jest jego słowem „red”. Ile tych jabłek, to już pokażemy sobie palcami. Ten model komunikacji nazwać możemy „turysta na bazarze”. Jest on tak prosty, że niektórzy z naszych stonkowiczów all-inkluzywnych napełniają się mniemaniem o swym talencie językowym, niczym wanna ciepłą wodą. Ale są rzeczy, których pokazać nie można. Proszę, pokaż „nostalgię”. Krzywisz się? Wzdychasz? Głód czujesz? Ha, teraz spróbuj ten kalambur pokazać komuś, kto Cię nie zna. Ciekawe ile czasu będzie potrzebować do zgadnięcia odpowiedzi?
    A teraz przechodzimy poziom wyżej: proszę pokazać „empiryzm”. Szach mat.
   Do przekazania pojęć tak zaawansowanych, tak abstrakcyjnych, potrzeba całych rzek słów. Język, którym się posługujemy, jest systemem opisu. Pojęcia nie pojawiają się w nim znikąd, lecz zawsze pochodzą od czegoś, rosną niczym kolejne iteracje fraktala. Niczym gałęzie wybujałego krzewu. Gdy spotykamy pojęcia, które pochodzą zupełnie spoza tego systemu, nie absorbujemy ich dokładnego znaczenia, ale staramy się je doczepić do czegoś, co już jest w naszym systemie zakorzenione, co jest bliskie, ale nasze. Doczepiamy do istniejącej gałęzi. I tak się oto dowiaduję, że chińskie pojęcie qi (czyt. „czi”) jest synonimem pojęcia energia. Kwiat smętny w dłoni więdnie. Ale wiem dlaczego.
Znak yin-yang namiętnie mieszany do taoizmu i rozmów o qi. Bardzo ładnie obrazuje kilka stanów równowagi.

    Jak wielkim jest wyzwaniem tłumaczenie abstrakcji systemów myślowych, niech pokaże nam przykład „Tao Te Ching”, traktatu „Droga i Cnota”, będącego fundamentem chińskiej szkoły myśli zwanej taoizmem. Jeden tekst, a jaka mnogość tłumaczeń. Zacznijmy od tłumaczenia Tadeusza Żbikowskiego. Dla uproszczenia umówmy się, że oprzemy się tylko na pierwszym rozdziale:

Tao, które można wyrazić słowami nie jest prawdziwym (niezmiennym) tao.
Nazwa, którą można je określić, nie jest (prawdziwą) niezmienną nazwą.
Bezimienne (stało) się prapoczątkiem nieba i ziemi.
Nazwane (stało się) rodzicielką dziesięciu tysięcy rzeczy.
Przeto (ten, kto) trwale pozbawion jest pragnień wszelakich, (potrafi) dojrzeć subtelną istotę tao, (ten zaś, kto) niezmiennie tkwi w pętach swych pragnień, (może) tylko ujrzeć zewnętrzną pozorność rzeczy.
Te dwie (strony tao) wywodzą się ze wspólnego źródła, lecz noszą odmienne nazwy.
To, co jest w nich wspólne, nazywamy wielką tajemnicą, tajemnicą, nad tajemnicami, bramą (wiodącą do poznania) wszelakich cudowności.
Lao-Tsy „Księga Drogi i Cnoty”, tłum. T. Żbikowski

Ciężko zrozumieć o czym rzecz? Może posłużymy się innym tłumaczeniem, pani A. I. Wójcik:

Dao, które może być nazwane, nie jest wiecznym dao.
Nazwa, która może być nadana, nie jest wieczną nazwą.
Bez nazwy – oto jest początek nieba i ziemi.
Nazywanie jest matką wszystkich rzeczy i spraw.
Dlatego ten, kto jest wieczne beznamiętny, widzi to, co jest subtelne; ten, kto namiętnościami jest wiecznie ogarnięty, widzi ograniczone.
Te oba w parze są tym samym, ale identyfikuje się je pod różnymi nazwami.
Będąc tym samym, nazywane są tajemnicą.
Tajemnicą, którą jest tajemnica tajemnic – bramą wszelkich subtelności.
Lao-zi „Księga dao i de”, tłum. A. I. Wójcik

Widać, że te dwa teksty mówią o tym samym, ale użyto innych słów. Z jednej palety użyto innych odcieni, by namalować fasadę katedry o wschodzie słońca. To porównanie w oczywisty sposób niesie nas w stronę impresjonizmu, który stał się jakby zaprzeczeniem fotografii – nie o wierne oddanie detalu tu chodzi, lecz o wrażenie, uczucie, jakie ma indukować w odbiorcy. Spróbujmy zatem jeszcze innego, bardziej swobodnego przekładu:

Istota Drogi nie jest określona:
Chociaż istnieją nazwy, głęboka treść słów
Pozostaje nieuchwytna.
Bezimienne jest źródłem ziemi i nieba,
Chociaż wszystkie rzeczy mają matkę,
Którą obdarzamy imieniem.

Skryta jest ulga serc
I przystań wielu dążeń,
Podczas gdy wzrok zaćmiony
Niespokojnym pragnieniem
Tylko zewnętrznym syci się kształtem.

Tam, w głębi, zawsze pozostają razem,
Chociaż dzielą ich nazwy.
Pod powierzchnią zjawisk
Zobacz furtkę do korzeni świata.
Lao Tsy „Droga” tłum. M. Fostowicz-Zachorski

Szczerze: to już jest luźna wariacja na temat pierwotnego tekstu. Spójrz – sens pozostaje prawie ten sam, ale jest kolosalna różnica w doborze słów. Trzeba przyznać, ze ostatni tekst jest najbardziej potoczysty, łatwo się go zapamiętuje i ładnie będzie wyglądał w cytatach. Łatwiej rezonuje w nas samych. Przemawia do nas jaśniej. Możemy powiedzieć, że łapiemy już o co chodzi. Czy coś w nim utracono? Całkiem sporo.
    Jeszcze raz: utracono dużą część informacji pierwotnej, aby tekst stał się bardziej dla nas przyswajalny. Tu tkwi odpowiedź, dlaczego ortodoksyjni muzułmanie nie tolerują tłumaczeń Koranu. Są bardzo przywiązani do pełnej informacji pierwotnej. Oni chcą, by brać całą kulturę duchową i język, aby móc poznawać Al-Quran.
    Tak powinniśmy postąpić, by zrozumieć Tao Te Ching: nauczyć się co najmniej mandaryńskiego, poznać kulturę i historię Chin, przyswoić sobie całą otoczkę zwyczajów i zachowań charakterystycznych dla taoizmu.

Nasiąknąć, aby zrozumieć.

Przyzywając znów metaforę krzewu: porozumiewanie się nie jest przerzucaniem liści z krzewu na krzew. Jest ono wytwarzaniem nowych liści na swoim krzewie pod wpływem zobaczonego obrazu liści na innym krzewie. Nie pobieramy informacji z zewnątrz, w oderwaniu od krzewu naszego systemu opisu świata. My nową informację hodujemy, wykształcamy zawsze na gałęzi już istniejącej. Gdy nie mamy takiej samej gałęzi jak nasz interlokutor, uzyskiwaną informację hodujemy na tej najbardziej podobnej. Dlatego owo nieszczęsne qi tłumaczymy sobie w Europie na energię, bo tylko taką gałąź (fizyki) ma w tym miejscu nasz język. I jeśli dodamy tego, że sanskrycką pranę także tłumaczymy na energię, to nie ma się co dziwić wszystkim domorosłym synkretykom, twierdzącym, że indyjska joga i chińskie szkoły nei jia mówią o tym samym, o energii. Nie. To oznacza, że domorośli synkretycy tylko tyle z tego zrozumieli, gdyż ich system pojęciowy/percepcyjny/imaginacyjny nie był na tyle elastyczny by zróżnicować swoje „gałązki”, na których te pojęcia szczepili.

Przekład słowo-na-słowo jest tylko protezą i to nierzadko kiepską. Jakby w miejsce uciętej ręki dać protezę stopy i mówić: noga, to też kończyna, prawda? Kupowanie jabłek jest o wiele łatwiejsze.

PS.
Gdyby ktoś zastanawiał się, jak to się stało, że pan Fostowicz-Zachorski postąpił z taką dezynwolturą wobec oryginalnego tekstu, spieszę z informacją, ze on, w przeciwieństwie do dwóch pierwszych tłumaczeń, nie przekładał z chińskiego oryginału, lecz z przekładu angielskiego. Nie tylko to kopia z kopii, jak zabawa w głuchy telefon, ale też i łatwość, gdy najcięższą robotę przekładu z jednego systemu pojęciowego (chińskiego) na drugi (europejski) już wykonano w pierwszym przekładzie.
   Jest to analogiczna sytuacja do tej, którą opisywałem w przypadku kasydy „Szanfary”, gdy Mickiewicz musiał „tylko” przetłumaczyć poemat z francuskiego, a pojęcie kasydy wyhodował na bazie pojęcia ballady.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz