wtorek, 9 sierpnia 2016

Mnemozyne jest zamaskowaną Klio

Pamięć jest zawodna. Borges napisał – a już nie pamiętam gdzie – że pamięć jest wynalazcza. I nie można mu odmówić racji.
    Spotkany ostatnio kolega wytknął mi dwa błędy w moim poście ointerpretacji jako akcie woli czytelnika. Po pierwsze, że nie da się zinterpretować tego filmu w jeden z podanych przeze mnie sposobów. A dokładnie nie można tego uczynić od momentu konfrontacji Danielsa z doktorem Cawley’em, gdy grany przez Marka Ruffalo agent Aule pojawia się dość znienacka w zupełnie nowej roli. A nawet gdyby chcieć na to przymknąć oko, to jego skinięcie głową w czasie rozmowy na schodach, na końcu filmu, dobija ostatnie argumenty. No cóż. Niewykluczone, że ma rację. Gorzej z drugą. Zarzucił mi, że na żywca przepisałem coś z niespecjalnie rzetelnej recenzji pewnego znanego portalu filmowego. Spytałem co niby takiego. Odparł, że Daniels i Aule nie byli agentami FBI. Ależ oczywiście, że byli! Przedstawiają się jako agenci federalni, nikt nie był w tym czasie agentem federalnym, tylko ludzie Hoovera! No nie, spostponował mnie kolega, oni obaj przedstawiają się i pokazują wyraźnie odznaki. I są to odznaki U. S. Marshals.
Mnemozyne, portret z pamięci (źródło)
 U. S. Marshal Service to najstarsza amerykańska służba mundurowa, powołana jeszcze w XVIII wieku w celu wykonywania czynności sądowych: transportu skazanych, poszukiwania zbiegów oraz szeroko pojętej ochrony świadków. W polskiej sferze kultury znani są jako „szeryfowie”, takoż przedstawiają się w polskojęzycznej wersji filmu „Shutter Island”. Niebezpodstawnie, gdyż to do tej właśnie formacji należeli także ci słynni westernowi szeryfowie. Ci historyczni zresztą też, żeby wymienić tylko Dzikiego Billa Hickoka i Wyatta Earpa.
    Dlaczego zatem dokonałem mentalnego transferu szeryfów do federalnego biura śledczego? Czy zmyliły mnie prochowce i kapelusze, tak bardzo kojarzące się z… „Nietykalnymi” de Palmy? Tylko, że Eliot Ness i jego ludzie także nie należeli do FBI, tylko Federalnego Biura Prohibicji, podlegającego Departamentowi Skarbu. Ale co tam. W Polsce i tak nie znamy ani tej organizacji, ani jej afiliacji, a i o Kevinie Costnerze mawiają, że w tym filmie wcielił się w agenta FBI. Ciekawe. Drapiąc się w zakłopotaniu po głowie uświadamiam sobie, że w sumie jedynymi postaciami filmowymi, co do których w tym momencie jestem pewien, że należeli do FBI, są agent specjalny Cooper z „Miasteczka Twin Peaks” i załoga „Archiwum X”. Nie świadczy to o szczególnym poważaniu FBI w świecie seriali.
   Czemu nakładam tak silne filtry na poznane fabuły?
  Chciałem swego czasu napisać post o najważniejszych fałszywych cytatach. Rzecz jasna królowałby Bogart z papierosem w ustach mówiący „Play it again, Sam”, którego wszyscy pamiętamy, choć słowa te nigdy w „Cassablance” nie padły. Tymczasem sam sobie zgotowałem taką samą pralnię mózgu i to dwa razy. Podnosząc wzrok na półkę z książkami zastanawiam się, ile z nich pamiętam, a ile sam zmyśliłem. Ile razy kłóciłem się z kimś o treść książki, fabułę, bądź szczegóły filmu, choć tak naprawdę konfrontowaliśmy jedynie blade wspomnienia utworów.
    Jak zatem mam wierzyć swoim własnym wspomnieniom? Ile, z rzeczy, które pamiętam, wydarzyło się naprawdę? Czy jesteśmy jak filmowy agent (szeryf) Daniels, który wyparł swoje traumy w postać spiskowej teorii wyspy? Czy wyparcia i projekcje mogą nam tak bardzo przesłonić świat? Jak zatem wierzyć własnym wspomnieniom?
    Może to jedynie posępne pajęczyny fikcji snutych przez blade pająki mojej podświadomości?

Powiedz mi gdzie ja wczoraj byłam
Czy naprawdę stamtąd wróciłam
Powiedz mi co tam się zdarzyło
Nic nie wiem, może tylko się śniło
CLOSTERKELLER „Iluzyt”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz