sobota, 19 marca 2016

Czynienie wiosny jaskółkami

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. To banał. Ale jako człek techniczny zacząłem zastanawiać się ile jaskółek potrzebnych jest do przegonienia Zimy? No i jakoś wtedy tak wyszło:



CZYNIENIE WIOSNY JASKÓŁKAMI

Gdy rzucam pierwszą w objęcia zimy
Wiem, wbrew nadziei, że wiosny nie uczyni.

Kiedy zaś druga w mróz nieba się rzuca,
Kra w rzece pęka, krew w żyłach porusza,

Słońce się falą rozlewa po murach,
Gdy trzecia jaskółka ostrzy swe pióra.

Następne hardo patrzą zimie w oczy,
A ona z ran bladych krokusami broczy.

Na mroźnym licu jak łza - wody kropla,
Gdy z odrętwiałej dłoni wypadają sople.

Dwunasta wnet śnieżną chmurę przebija,
Zaś kolejny dywizjon czarny szyk rozwija.

Ognikami pąków już gałęzie płoną,
Na stosie popielnym, gdzie królowa mgieł kona.

A choć śród lodu wybuchła już wiosna,
Wciąż armie jaskółek czekają na rozkaz...



PS.
Za moim oknem w tym roku taka była zima, że dały by jej radę trzy jaskółki. Czy możemy już uznać Jaskółkę jako jednostkę natężenia zimy?

PPS.
Nie, proszę przypadkiem nie myśleć, że prezentuję ten wierszyk jakoś szczególnie poważnie... Słowackim to się nie uważam...

sobota, 12 marca 2016

Między słowami jak między armiami

Swego czasu omawiałem kuriozalną sytuację, gdy nieuważna lekturaTukidydesa stała się fundamentem doktryny prącej do nuklearnej konfrontacji (czyt.: apokalipsy). Jednak, jak się ostatnio dowiedziałem, wzajemne nie-porozumienie stało się przyczyną wojny, która się jak najbardziej wydarzyła. I była to wojna tym bardziej osobliwa, że jedyna, którą europejczycy przegrali z narodem afrykańskim.
   W internetowym portalu histmag.org (który polecam z całego serca) przeczytałem niedawno artykuł pana Michała Wosia pt. „Bitwa pod Aduą – wielka klęska białego człowieka”, w którym opisano przebieg niesławnej dla włoskiego oręża bitwy. Artykuł, prócz opisu bitwy, opisuje dość obszernie genezę konfliktu i jego przebieg, zarówno dyplomatyczny, jak i militarny.
   W czasie czytania nasunął mi się smutny wniosek: tu też na początku było słowo. Słowo to miało w jednym języku znaczenie „móc”, a w drugim „zgadzać się”. Ale oddam głos autorowi artykułu:


Punktem wyjścia stało się podpisanie przez obie strony 2 maja 1889 r. traktatu w Ucciali. Włosi, którzy ekspansję w Etiopii rozpoczęli dobrych dwadzieścia lat wcześniej, pragnęli wykorzystać fakt, że cesarski tron objął ich protegowany Menelik II. Nadarzała się okazja, by pozyskać kolejne terytoria w sposób pokojowy, na zasadzie dobrowolnej cesji i jako wyraz „wieczystej przyjaźni”. (...)
   Kluczowy dla dalszego przebiegu wydarzeń okazał się artykuł 17. Odmiennie interpretowany przez obie strony stał się w przyszłości zarzewiem konfliktu i przyczyną włoskiej inwazji. Według tekstu w języku amharskim jego treść brzmiała: „Jego Wysokość Cesarz Etiopii może uciekać się do usług rządu Jego Wysokości Króla Włoch w zakresie wszystkich spraw, które posiada z innymi państwami i rządami”. We włoskiej wersji dokumentu słowo „może” zostało zastąpione sformułowaniem „zgadza się” (consente). Zaakceptowanie drugiego wariantu oznaczałoby, że Menelik powierzył kwestie polityki zagranicznej władzom w Rzymie, a więc de facto uznał włoski protektorat. W krótkim czasie obie strony zarzuciły sobie fałszerstwo.
histmag.org, dostęp w dniu 08.03.2016 r.
(podkreślenie moje)
 
   Rzecz jasna istnieje całkiem spora szansa, że Włosi spreparowali traktat celowo, podobnie jak Bismarck uczynił to był z depeszą emską. Taka była ówczesna moda. Ale każdy, kto miał do czynienia z tłumaczeniem tekstów wymagającym oddania subtelności wolicjonalnych, zrozumie, że popełnienie takiego błędu w tłumaczeniu jest elementarnie proste. A gdy mamy do czynienia z dwoma językami pochodzącymi z odrębnych rodzin (choćby zestawić słowiańskie z romańskimi) trudność przekładu wzrasta w postępie kwadratowym. Gdy pomyślimy o dwóch tak odrębnych językach jak amharski i włoski – trudność dokładnego oddania intencji nadawcy będzie oczywista.
   A teraz pomyślcie jeszcze raz nad powieścią i filmem „Kontakt”. A teraz pomyślcie jeszcze raz nad dwiema powieściami Stanisława Lema: „Głos Pana” i „Fiasko”. To się nie mogło skończyć inaczej.


PS.
   Czytam ostatnio zbiór listów, które pisywali do siebie Stanisław Lem i Sławomir Mrożek we wczesnych latach sześćdziesiątych. Niesamowicie czyta się listy, które jeden pisał po angielsku, na co drugi odpisywał po francusku. A zgrywa obu autorów sięgnęła szczytu, gdy Lem popełnił akapit po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku jednocześnie. Prawdziwy pinakiel Wieży Babel.

sobota, 5 marca 2016

Uchylone okno: stratyfikacja by Vermeer


Malarstwo na tym blogu zdecydowanie jest niedoreprezentowane. Może dlatego, że moje fascynacje malarskie są dużo skromniejsze, niż literackie, czy muzyczne. W sumie zawierają się w kilku nazwiskach: Bosch (ta, wiem, van Akke, a nie po przezwisku), Vermeer van Delft (a niby był inny Veremeer?), Dali, de Chirico. Zaczniemy od Vermeera.
    Johanesa Veermera van Delft poznałem przez Greenawaya. Już wspominałem jak bardzo „malarski” jest to reżyser. Podobnie jak w filmie „Kucharz,złodziej, jego żona i jej kochanek” podszył obraz Rembrandtem, tak w „Zet i dwa zera” agresywnie zagrał Vermeerem. Film polecam. Jeśli ma się nieco prozacu na podorędziu. A Vermeera polecam na co dzień.
    Byłoby marnowaniem Twojego czasu, gdybym tu rozwodził się nad jego stylem, światłem, kameralnymi wnętrzami i podobnymi rzeczami, które przerobiono już tysiące razy na tysiącu seminariów w setkach uczelni.
   Ja opowiem o oknach u Vermeera. Nie wiem, czy ktoś już zwrócił na to uwagę. Pewnie tak, bo skoro ja na to wpadłem, to na pewno już zrobiono na ten temat kilka magisteriów i jeden doktorat. Plus pracę dyplomową w technikum budowlanym na temat stolarki okiennej. Zatem – do ad remu!
   Poprowadzę Cię przez kamienicę, w której Vermeer malował swe obrazy.
Nalewająca mleko, ok. 1660 r. (wszystkie ilustracje pochodzą z Google Art Project, domena publiczna)

   Najpierw parter. Bielone, puste ściany, nieco brudnawe. Jakieś paprochy walają się po podłodze. Pulchna i rumiana melkmeisje przelewa mleko z dzbanka w świetle prostego okna złożonego z wielu małych szybek. Podstawowy wzór, zwykła kratka szprosów, w czwartym rzędzie od dołu ktoś ubił jedną z szybek: wyraźnie widać refleks światła na okiennej ramie. Pewnie w chłodniejsze dni ciągnie od tego otworu. Pani musi wysupłać trochę grosza na naprawę.
   
Na piętrze oficer opowiada o swoich wojennych przygodach. Wojna, jak to wojna. Jak u Kirsta, Haška,Hellera. Toteż młoda dziewczyna jest ubawiona, oczy się jej błyszczą, wręcz spija kolejne anegdotki z ust żołnierza. Okno jest uchylone, by wpuścić powiew wiatru i zapach przygody. Choć wzór pozostaje zasadniczo prosty, już ostatni, najwyższy rządek szybek ma już kształt inny, rozbijający prostokątną rutynę. Romby i fragmenty sześciokątów nadają jakiś wyraz inności, geometrycznego polotu. Jesteśmy już u domowników, nie u służby.

Oficer i roześmiana dziewczyna, ok. 1660 r.
 
Na drugim piętrze pani domu próbuje kielich wina. Nie dajcie się zwieść ascetycznie pustym ścianom. Popatrzcie na okno. Wyrafinowane kształty, witrażowe wstawki – to okno kosztowało tyle co reszta okien w całej kamienicy. To sala tronowa pani tego domu.

Kielich wina, ok. 1660
Oczywiście, można argumentować, że Veremeer wymieniał okna w swym atelier w funkcji wrastającej swej zamożności. Ale przeczą temu fakty, którymi są inne obrazy: proste okna pojawiają się także w późnym okresie jego twórczości, na przemian z witrażowym. Pewnie historycy sztuki mają dobre, sprawdzone informacje dotyczące veermerowych okien. Ja lubię swoje wyobrażenie, z pełną świadomością, że z obrazów Vermeera sam tworzę kolejny obraz, alegorię holenderskiego mieszczaństwa.