sobota, 23 kwietnia 2016

Śmierć jako rodzaj statku

W początkach roku Pyza na swym blogu zastanawiała się, jak uczcić rok szekspirowski. Złożyła kilka dorzecznych propozycji, do których dorzuciłbym następną: jeśli możecie, obejrzyjcie film pt. „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją” - nie tylko najlepszy fanfik szekspirowski jaki powstał, ale przede wszystkim rewelacyjna adaptacja filmowa sztuki Toma Stopparda, którą wyreżyserował sam autor dramatu (tzn. ten autor od „Rosencrantza...”, nie „Hamleta”).
    Czy naprawdę użyłem słowa „fanfik”?
    Tak. Swego czasu wdałem się w dyskusję o fanfikach na nieistniejącym już forum literackim „Erynie”, na którym spotkała się cała plejada dziwnych ludzi, z których każdy swoje zdanie o literaturze miał (w tym niektórzy niczym Rogowiecki i Brzozowicz o muzyce w „12 Groszach” Kazika Staszewskiego). Aczkolwiek kilkoro fajnych ludzi tam było i pana Ślużyńskiego w tym miejscu pozdrawiam. Dyskusje najczęściej składały się z szeregu wygłaszanych sobie a muzom deklaracji, czasem łączących się w dialog polemiczny, często jednak umiarkowanej jakości. Trudno, żeby było inaczej, gdy – pamiętam jak dziś – jeden z „luminarzy” owego forum zabrał głos w dyskusji o literaturze fantastycznej stwierdzając: „Fantastyka to kupa.” Koniec cytatu. Pola do dyskusji zostawił tyle, co w polskim parlamencie. Fanfiki były zaliczone do tej samej koprokategorii, więc tych, którzy jednak chcieli porozmawiać o tym zjawisku, traktowano tak jak traktuje się psychuszkowych pacjentów, którzy badają to, co z sedesu wyłowią.
    Udało się nam wtedy przybliżyć do nie tyle definicji, co opisu utworu będącego fanfikiem. Pozwolę sobie zacytować częściowo ten opis:

Zacznijmy od końca. Czym jest fanfik?
   Opowieścią osadzoną w „cudzym”, niewymyślonym przez siebie uniwersum, rozgrywaną z udziałem niewymyślonych przez siebie postaci.(...) Wychodząc z tego opisu (bo nie jest to definicja, o nie) można wskazać na trzy elementy, na które już w swoim poście zwrócił uwagę Woland:
  1. Cudzy świat
  2. Cudze postacie
  3. Własna fabuła
No i można by sobie od biedy dać radę klasyfikując twórczość według tych kryteriów, ale. Oprócz przypadków przeegzaltowanych opowiadanek młodocianych duchem i umysłem aŁtorów (a-Łotrów) lokowanych w światach HP, „Zmierzchu”, czy nawet „Władcy Pierścieni”, prędzej czy później nasza kosa natrafi na kilka arcyciekawych „kamieni”.
(…)
Ale prawdziwą perełką, która spełnia wszelkie wymogi bycia fanfikiem jest dramat T. Stopparda pt. „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją”, gdzie oglądamy „Hamleta” jakby z zaplecza – oczyma bohaterów trzecioplanowych, których losy wręcz wydają się ciekawsze od poczynań duńskiego księcia. Już bardziej się nie da spełnić wymogów bycia fanfikiem – ma cudze postaci z cudzego świata, które opowiadają swoją historię. A jaką ciekawą!

Pokazując w ten sposób, że dramat Stopparda mam za fanfik, przechodzę od razu do opisu filmu.
Plakat jaki pamiętam jeszcze z kina w mojej dzielnicy (źródło)

   Rzecz zaczyna się od niewinnego rzutu monetą. Wypada reszka. Grany przez Oldmana bohater rzuca nią po raz drugi – znów wypada reszka. I tak sto pięćdziesiąt siedem razy pod rząd. Trudno o piękniejsze pokazanie, że rzecz dzieje się poza naszym światem. Tam czas, określany pewną funkcją rozkładu prawdopodobieństwa, stoi w miejscu. Sami bohaterowie (obaj świetnie zagrani przez Tima Rotha i Garyego Oldmana) nie pamiętają niczego, co poprzedza poranek, w którym głos posłańca obwieścił im, że wzywa ich król Danii. Wiedzą, że nazywają się Rosencrantz i Guilderstern, ale nie wiedzą który z nich się jak nazywa. Piękne są sceny, gdy próbują się wzajem wybadać, który z nich lepiej reaguje na które imię. Z osób trzecich nikt im nie pomoże, co rewelacyjnie pokazuje inna scena, gdy król zwraca się do nich imionami, a po nich królowa zwraca się również, lecz nazywając ich odwrotnie. Tak naprawdę nie mają indywidualnych imion, lecz stanowią organizm podwójny, dwuimienny, niczym Lelum i Polelum w „Lilli Wenedzie” (na boku – kto z Was, czytając o tych braciach w „Lilli Wenedzie”, nie miał przed oczyma zakłopotanego zbója Łamignata z „Kajka i Kokosza”?).
   Czas rusza właściwie po spotkaniu trupy aktorskiej przewodzonej przez rewelacyjnego w tej roli Richarda Dreyfusa. Rola tego „dyrektora artystycznego” jest tu niezwykle ważna. Otóż Stoppard nie „burzy czwartej ściany”, jego postaci nie ględzą do widzów na podobieństwo Woody'ego Allena czy Deadpoola. Wszystko zamyka się na scenie, choć nikt chyba nie próbuje udawać, że mamy do czynienia z jakimś obiektywnym biegiem życia. I w tym miejscu postać grana przez Dreyfusa pełni rolę głosu narratora, choć też i Autora, który cierpliwie tłumaczy swym postaciom, jak mają odgrywać swe role. Użycza głosu Autorowi niczym prorok. Autor przemawia jego ustami wykładając teorię teatru jako życia i życia jako teatru. Nienachalnie, z polotem i humorem. Trupa owa – jak należy się spodziewać, udaje się na dwór królewski, gdzie odegrają słynne przedstawienie pt. „Zabójstwo Gonzagi”. Ale nim to nastąpi trupa zabawia służbę dworską za pomocą pantomimy, a wystawiają nie mniej ni więcej, jak całego Hamleta, wraz ze sceną śmierci Rosencrantza i Guildensterna, której, rzecz jasna, sami zainteresowani nie są w stanie rozpoznać. Uczestniczymy także w próbie generalnej do „Zabójstwa Gonzagi”, a że jest to próba, więc nie przerywa jej wybuch królewski, możemy zobaczyć, co się dalej dzieje w tej sztuce. A dzieje się jakoś znajomo. Bratobójca łączy się w miłosnym związku z wdową, bratanek odsuniętym jest od władzy, a chcąc poruszyć stryja sumienie, zaprasza teatr, który będąc teatrem w teatrze (a wszak oglądamy sztukę sceniczną T. Stopparda, więc teatr ten ma jeszcze jeden swój poziom zagnieżdżenia) jest już teatrem lalkowym. I znów oglądamy tę samą zbrodniczo-kazirodczą historię, jakby po raz kolejny wypadała reszka, gdy nagle… król Klaudiusz, stryj Hamleta, zrywa się blady z fotela. Już nie jesteśmy na próbie generalnej. Jesteśmy na hamletowskim przedstawieniu. Rzecz jasna przedstawienie zostaje przerwane, Hamlet wygłasza swe uwagi o łosiach, czy też jeleniach i dopiero po kilku chwilach zorientowałem się, jak bardzo Stoppard nagiął tu oryginał Stratfordczyka. Przecież to znaczyło, że Klaudiusz musiał „wytrzymać” pierwsze zabójstwo sceniczne, to poprzedzające występ lakowego teatru. A to tylko jeden z dziesiątków smaczków, którymi film jest przepełniony.
    O kreacjach Rotha i Oldmana nie będę się wiele rozpisywał. To jeden z najlepszych duetów wszech czasów. Roth, który jest proaktywny, zastanawia się, drąży, wykazuje inicjatywę i przy okazji deprecjonuje, czy też zgoła niszczy wszystkie wynalazki i odkrycia, których dokonuje Oldman. A są one niebagatelne. Choć zaczyna się od wynalezienia hamburgera (sic!), to dokonane po drodze obserwacje grawitacji, wynalezienie płatów nośnych samolotu, wahadła Newtona i turbiny parowej robią wrażenie. Głównie komediowe. Postać Oldmana zachowuje się pasywnie, jest raczej obserwatorem, choć postać kreowana przez Rotha chętnie nazwałaby go „ciapą”. Scena ataku piratów na statek jest tu świetnym podsumowaniem: Roth zrywa się ze szpadą w ręce, chce działać, Oldman przesypia całość akcji. W ostatecznym rozrachunku obaj osiągają jednako mizerny efekt. I jednaki czeka ich koniec.
    Cóż więcej mógłbym powiedzieć? Jak do zdobycia i obejrzenia tego filmu zachęcić? Może metodą gwiazdkowo-punktową? No dobrze. To w skali od zera do dziesięciu przyznaję temu filmowi nieprzesadzone siedemnaście.


Czy sądzisz, że śmierć mogłaby być statkiem?
T. Stoppard „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją”

sobota, 16 kwietnia 2016

Takie coś z drugiej strony lustra


Już wspominałem, że konfrontacja języków, zwana tłumaczeniem, jest (moim zdaniem) konfrontacją systemów opisu.
     Gdy mamy do czynienia z jednym językiem sprawa jest prosta. Nadawca (Autor) o czymś myśli a Odbiorca (Czytelnik) chce myśleć o tym samym. Oczywiście efekt jest taki, że myśleć o czymś bardzo podobnym, ale nie tożsamym. Tak jak grafika JPG nie jest dokładnie obrazem zapisanym w tym formacie, ale czymś bardzo do nieco podobnym, albo muzyka zapisana w formacie MP3. Ale są one na tyle wierne, że w obrazie JPG odróżnimy „Ostatnią Wieczerzę” Michała Anioła od zdjęcia z ostatniej imprezy urodzinowej, a w pliku MP3 – finał IX symfonii Beethovena od „When the Levees Breakes” LED ZEPPELIN. To wystarczy.
    Schody zaczynają się, gdy po drodze wchodzi nam zmiana z jednego języka na drugi i pojawia się tłumacz. Tłumacz jest jednocześnie Odbiorcą i Nadawcą, Czytelnikiem i Autorem, czego się często nie dostrzega. Musi najpierw tekst przeczytać i w maksymalnym stopniu go zrozumieć, a potem z największą pieczołowitością go przełożyć, czyli opisać od nowa, w innym systemie opisu. Ale to nie matematyka, tu nie ma prostego przepisu transformacji przez jakobian. Tu trzeba odpowiedniego doboru nie tylko słów, ale konstrukcji gramatycznych, czy całych ram narracyjnych. A czasami zdarza się, że trzeba coś wymyślić.
    Opowiadałem o tłumaczeniu tekstów filozoficznych (nie, nie religijnych, Księga Drogi i Cnoty nie spełnia dla mnie tego kryterium) i ile z tego wynika rozbieżności. Teraz wrócimy z Azji do Europy i zobaczymy, że może być trudniej.
   Alicja zwiedzając drugą stronę lustra odnajduje książkę, którą trzeba przyłożyć do zwierciadła, by móc ją swobodnie czytać. Ale nie wiadomo do czego głowę przyłożyć, by zawarty w niej poemat swobodnie zrozumieć:

'Twas brillig, and the slithy toves
Did gyre and gimble in the wabe;
All mimsy were the borogoves,
And the mome raths outgrabe.
L. Caroll „Jabberwocky”

Oto i nasz bohater, w pierwotnej krasie J. Tenniela (źródło)

A teraz przekładamy. O ile pierwsze słowo odnosić się winno do stanu ogólnego, w rodzaju pogody, pory dnia, czy czegoś podobnego, to słowo „brillig” już wprawia w zakłopotanie. To słowo Caroll wymyślił, a w dodatku nie powiedział nigdzie czego ma dotyczyć. Czym ma się kierować tłumacz? Brzmieniem? Rytmem? Podobieństwem do istniejących słów? Najchętniej substancjami psychoaktywnymi. No, ale jakoś tłumaczyć trzeba. Czyli: wymyślić własne słowa. Są w tym wierszu, co widać już nawet w pierwszej zwrotce, pewne ramy gramatyczne i stylistyczne, które mogą sugerować, w którym kierunku można pójść w tłumaczeniu. Aby nie przeciągać, przedstawię tylko kilka tłumaczeń powyższej zwrotki. Widać w nich, jak wiele można napisać nowych rzeczy na podstawie oryginału. Tłumacz, który przekłada, staje się autorem zupełnie nowego utworu.

W dzionek błyskliwy ślniły grzaski,
Co się wśród grętów wygregrały,
Praary fumnie darły kraski,
A śliskie szmyki się drąskały.
B. Kaniewska „Dżabrokłap”

Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.
M. Słomczyński Dżabbersmok

To chyba najbardziej znany przekład. Pewien kanon znany mojemu pokoleniu. A poniżej tłumaczenie jednego z najlepszych brydżystów polskich i jednocześnie znanego polityka. Niestety. Niestety, gdyż wolałbym, by jego intelekt pozostał w służbie brydża, cybernetyki i literatury:

Błyszniało – szlisgich hopuch świr
Tęczując w kałdach świtrzem wre,
Mizgłupny był borolągw hyr,
Chrząszczury wlizły młe.
J. Korwin-Mikke „Żabrołak”

Teraz pora na panią, której tłumaczenie „Kruka” E. A. Poe uznaję za najlepsze z trzech mi znanych, a tłumaczenie Carolla także brzmi nienajgorzej:

Bzdrężyło. Szłapy maślizgajne
Bujowierciły w gargazonach
Tubylerczykom spełły fajle,
Humpel wyświchnął ponad.
J. Kozak „Dziaberlak”

Proszę zwrócić uwagę na frazę „Tubylerczykom spełły fajle”, o której wspominałem („Obce słowa”). A teraz przed Państwem człowiek, który przetłumaczył „Mechaniczną pomarańczę” A. Burgessa… dwa razy. Ponieważ oryginał napisany był w sztucznym slangu angielsko-rsyjskim, więc pan Robert Stiller wykonał dwa tłumaczenia: polsko-angielską wersję „A” i polsko-rosyjską wersję „R”. Z uwagi na czas wydawania, bardziej popularna okazała się wersja „R”, gdyż każdy był rosyjskiego uczony w szkole. Ludzie lepiej ją „trawili”. Ale do ad remu.

Był czas mrusztławy, ślibkie skrątwy
Na wałzach wiercząc świrypły,
A mizgłe do cna boroglątwy
I zdomne świszczury zgrzypły.
R. Stiller „Żabrołaki”

Na koniec zostawiłem moje ulubione tłumaczenie, którego pierwszą zwrotkę znam na pamięć, by bawić towarzystwo na imprezach:

Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogowie
I rcie grdypały z mrzerzy.
S. Barańczak „Dziaberliada”

Jak widać z pobieżnego oglądu, nawet tytuł podatny jest na dowolność tłumaczenia. „Dziaberlak” „Dziaberliada”, „Dżabbersmok”, ale też „Żabrołak” i „Dżabrokłap”. A jeden z oryginalniejszych to „Żubrowołk” J. W. Gomulickiego. To jego sprowadzenie tytułowego potwora z krainy abstrakcji do krzyżówki żubra z wilkiem jest niezwykle ożywcze imaginacyjnie.
    Jeśli ktoś ciekaw jest pełnych tekstów tych tłumaczeń, zapraszam na stronę http://galaxy.uci.agh.edu.pl/~szymon/jabberwocky.shtml, z której sam korzystałem pisząc niniejszy tekst.
   Na koniec tzw. „żenujący żart prowadzącego”, czyli jak sobie Google Translator poradził z tą zwrotką:

Twas brillig, a toves slithy
Czy Gyre i Gimble w Wabe;
Wszystkie Mimsy były borogoves,
A Raths Môme outgrabe.

Google Translator

O ile googlowski system AlphaGo pokonał w go mistrza Lee Sidola, to przez jakiś czas nadal będzie miał kłopot z tłumaczeniem tego wiersza.

sobota, 9 kwietnia 2016

Traktat o kupowaniu jabłek

Teoretycznie tłumaczenie z obcego języka jest proste: pokazujemy sobie ten sam przedmiot i nazywamy go, każdy w swoim języku. Ja powiem „jabłko”, Willy powie „apple” i już. Jeśli będę chciał kupić czerwone jabłko, to pokażę kilka przedmiotów, które łączy cecha koloru czerwonego. I ustalimy, że moje słowo „czerwony” jest jego słowem „red”. Ile tych jabłek, to już pokażemy sobie palcami. Ten model komunikacji nazwać możemy „turysta na bazarze”. Jest on tak prosty, że niektórzy z naszych stonkowiczów all-inkluzywnych napełniają się mniemaniem o swym talencie językowym, niczym wanna ciepłą wodą. Ale są rzeczy, których pokazać nie można. Proszę, pokaż „nostalgię”. Krzywisz się? Wzdychasz? Głód czujesz? Ha, teraz spróbuj ten kalambur pokazać komuś, kto Cię nie zna. Ciekawe ile czasu będzie potrzebować do zgadnięcia odpowiedzi?
    A teraz przechodzimy poziom wyżej: proszę pokazać „empiryzm”. Szach mat.
   Do przekazania pojęć tak zaawansowanych, tak abstrakcyjnych, potrzeba całych rzek słów. Język, którym się posługujemy, jest systemem opisu. Pojęcia nie pojawiają się w nim znikąd, lecz zawsze pochodzą od czegoś, rosną niczym kolejne iteracje fraktala. Niczym gałęzie wybujałego krzewu. Gdy spotykamy pojęcia, które pochodzą zupełnie spoza tego systemu, nie absorbujemy ich dokładnego znaczenia, ale staramy się je doczepić do czegoś, co już jest w naszym systemie zakorzenione, co jest bliskie, ale nasze. Doczepiamy do istniejącej gałęzi. I tak się oto dowiaduję, że chińskie pojęcie qi (czyt. „czi”) jest synonimem pojęcia energia. Kwiat smętny w dłoni więdnie. Ale wiem dlaczego.
Znak yin-yang namiętnie mieszany do taoizmu i rozmów o qi. Bardzo ładnie obrazuje kilka stanów równowagi.

    Jak wielkim jest wyzwaniem tłumaczenie abstrakcji systemów myślowych, niech pokaże nam przykład „Tao Te Ching”, traktatu „Droga i Cnota”, będącego fundamentem chińskiej szkoły myśli zwanej taoizmem. Jeden tekst, a jaka mnogość tłumaczeń. Zacznijmy od tłumaczenia Tadeusza Żbikowskiego. Dla uproszczenia umówmy się, że oprzemy się tylko na pierwszym rozdziale:

Tao, które można wyrazić słowami nie jest prawdziwym (niezmiennym) tao.
Nazwa, którą można je określić, nie jest (prawdziwą) niezmienną nazwą.
Bezimienne (stało) się prapoczątkiem nieba i ziemi.
Nazwane (stało się) rodzicielką dziesięciu tysięcy rzeczy.
Przeto (ten, kto) trwale pozbawion jest pragnień wszelakich, (potrafi) dojrzeć subtelną istotę tao, (ten zaś, kto) niezmiennie tkwi w pętach swych pragnień, (może) tylko ujrzeć zewnętrzną pozorność rzeczy.
Te dwie (strony tao) wywodzą się ze wspólnego źródła, lecz noszą odmienne nazwy.
To, co jest w nich wspólne, nazywamy wielką tajemnicą, tajemnicą, nad tajemnicami, bramą (wiodącą do poznania) wszelakich cudowności.
Lao-Tsy „Księga Drogi i Cnoty”, tłum. T. Żbikowski

Ciężko zrozumieć o czym rzecz? Może posłużymy się innym tłumaczeniem, pani A. I. Wójcik:

Dao, które może być nazwane, nie jest wiecznym dao.
Nazwa, która może być nadana, nie jest wieczną nazwą.
Bez nazwy – oto jest początek nieba i ziemi.
Nazywanie jest matką wszystkich rzeczy i spraw.
Dlatego ten, kto jest wieczne beznamiętny, widzi to, co jest subtelne; ten, kto namiętnościami jest wiecznie ogarnięty, widzi ograniczone.
Te oba w parze są tym samym, ale identyfikuje się je pod różnymi nazwami.
Będąc tym samym, nazywane są tajemnicą.
Tajemnicą, którą jest tajemnica tajemnic – bramą wszelkich subtelności.
Lao-zi „Księga dao i de”, tłum. A. I. Wójcik

Widać, że te dwa teksty mówią o tym samym, ale użyto innych słów. Z jednej palety użyto innych odcieni, by namalować fasadę katedry o wschodzie słońca. To porównanie w oczywisty sposób niesie nas w stronę impresjonizmu, który stał się jakby zaprzeczeniem fotografii – nie o wierne oddanie detalu tu chodzi, lecz o wrażenie, uczucie, jakie ma indukować w odbiorcy. Spróbujmy zatem jeszcze innego, bardziej swobodnego przekładu:

Istota Drogi nie jest określona:
Chociaż istnieją nazwy, głęboka treść słów
Pozostaje nieuchwytna.
Bezimienne jest źródłem ziemi i nieba,
Chociaż wszystkie rzeczy mają matkę,
Którą obdarzamy imieniem.

Skryta jest ulga serc
I przystań wielu dążeń,
Podczas gdy wzrok zaćmiony
Niespokojnym pragnieniem
Tylko zewnętrznym syci się kształtem.

Tam, w głębi, zawsze pozostają razem,
Chociaż dzielą ich nazwy.
Pod powierzchnią zjawisk
Zobacz furtkę do korzeni świata.
Lao Tsy „Droga” tłum. M. Fostowicz-Zachorski

Szczerze: to już jest luźna wariacja na temat pierwotnego tekstu. Spójrz – sens pozostaje prawie ten sam, ale jest kolosalna różnica w doborze słów. Trzeba przyznać, ze ostatni tekst jest najbardziej potoczysty, łatwo się go zapamiętuje i ładnie będzie wyglądał w cytatach. Łatwiej rezonuje w nas samych. Przemawia do nas jaśniej. Możemy powiedzieć, że łapiemy już o co chodzi. Czy coś w nim utracono? Całkiem sporo.
    Jeszcze raz: utracono dużą część informacji pierwotnej, aby tekst stał się bardziej dla nas przyswajalny. Tu tkwi odpowiedź, dlaczego ortodoksyjni muzułmanie nie tolerują tłumaczeń Koranu. Są bardzo przywiązani do pełnej informacji pierwotnej. Oni chcą, by brać całą kulturę duchową i język, aby móc poznawać Al-Quran.
    Tak powinniśmy postąpić, by zrozumieć Tao Te Ching: nauczyć się co najmniej mandaryńskiego, poznać kulturę i historię Chin, przyswoić sobie całą otoczkę zwyczajów i zachowań charakterystycznych dla taoizmu.

Nasiąknąć, aby zrozumieć.

Przyzywając znów metaforę krzewu: porozumiewanie się nie jest przerzucaniem liści z krzewu na krzew. Jest ono wytwarzaniem nowych liści na swoim krzewie pod wpływem zobaczonego obrazu liści na innym krzewie. Nie pobieramy informacji z zewnątrz, w oderwaniu od krzewu naszego systemu opisu świata. My nową informację hodujemy, wykształcamy zawsze na gałęzi już istniejącej. Gdy nie mamy takiej samej gałęzi jak nasz interlokutor, uzyskiwaną informację hodujemy na tej najbardziej podobnej. Dlatego owo nieszczęsne qi tłumaczymy sobie w Europie na energię, bo tylko taką gałąź (fizyki) ma w tym miejscu nasz język. I jeśli dodamy tego, że sanskrycką pranę także tłumaczymy na energię, to nie ma się co dziwić wszystkim domorosłym synkretykom, twierdzącym, że indyjska joga i chińskie szkoły nei jia mówią o tym samym, o energii. Nie. To oznacza, że domorośli synkretycy tylko tyle z tego zrozumieli, gdyż ich system pojęciowy/percepcyjny/imaginacyjny nie był na tyle elastyczny by zróżnicować swoje „gałązki”, na których te pojęcia szczepili.

Przekład słowo-na-słowo jest tylko protezą i to nierzadko kiepską. Jakby w miejsce uciętej ręki dać protezę stopy i mówić: noga, to też kończyna, prawda? Kupowanie jabłek jest o wiele łatwiejsze.

PS.
Gdyby ktoś zastanawiał się, jak to się stało, że pan Fostowicz-Zachorski postąpił z taką dezynwolturą wobec oryginalnego tekstu, spieszę z informacją, ze on, w przeciwieństwie do dwóch pierwszych tłumaczeń, nie przekładał z chińskiego oryginału, lecz z przekładu angielskiego. Nie tylko to kopia z kopii, jak zabawa w głuchy telefon, ale też i łatwość, gdy najcięższą robotę przekładu z jednego systemu pojęciowego (chińskiego) na drugi (europejski) już wykonano w pierwszym przekładzie.
   Jest to analogiczna sytuacja do tej, którą opisywałem w przypadku kasydy „Szanfary”, gdy Mickiewicz musiał „tylko” przetłumaczyć poemat z francuskiego, a pojęcie kasydy wyhodował na bazie pojęcia ballady.

sobota, 2 kwietnia 2016

Beduini z Saint Germain


Teoretycznie tłumaczenie z obcego języka jest proste: pokazujemy sobie ten sam przedmiot i nazywamy go, każdy w swoim języku. Ale przekład słowo-na-słowo nie wyczerpuje problemu (czego dowodem stan obecny Google Translate i jakość tłumaczeń handlowych). Jest o wiele więcej elementów. Jest gramatyka. Jest kontekst wypowiedzi. Jest kontekst kulturowy (którego najłatwiejszym elementem są idiomy). No i jest struktura tekstu. O czym przekonałby się Adam Mickiewicz, gdyby mógł teraz zajrzeć na wykłady z arabistyki.
    Przebywając w Paryżu, Mickiewicz zetknął się z francuskimi przekładami poezji arabskiej, w tym tej okresu dżahilijji, czyli niewiedzy, która panowała przed przyjściem Proroka. Mówiąc bardziej naszym językiem: chodzi o okres przedmuzułmański. Wykształciła się wtedy pewnego rodzaju figura kulturowa wojownika nazywanego suluk, podobna europejskiemu etosowi błędnego rycerza. Chodzi o samotnych wojowników, najlepiej nieszczęśliwie zakochanych, skłóconych z plemieniem, swoim bądź sąsiadów i układających pieśni. Doskonały materiał w dobie europejskiego romantyzmu.
    Na początek przełożył kasydę pt. „Szanfary”. Szanfary, tak naprawdę Asz-Szanfara, był sulukiem z pierwszej połowy VI wieku. Porwany za młodu z południa Arabii przez północne plemię Salamitów, gdy dowiaduje się o swoim pochodzeniu ucieka na pustynię i szuka pomsty na swoich prześladowcach. Był ponoć świetnym biegaczem i skoczkiem (powiedzielibyśmy – atletą), a w pamięci zapisał się jako rewelacyjny poeta. Jedną z jego kasyd Adam Mickiewicz przełożył z francuskiego na polski zaczynając w taki oto sposób:

Bracia moi! Postawcie wielbłądy na nogi,
Dzisiaj Szanfary jedzie między wrogi,
Gotowe juki, rzemień do garbów przycisnął:
Dalej w drogę, noc ciepła i księżyc zabłysnął.

Dalej – jeśli przed skwarem na ziemi są cienie,
Dla mężnego przed hańbą znajdzie się schronienie;
I nie będzie mu ciasno, jeśli przy rozumie
Gonić rozkosz a zgubie wymykać się umie.
A. Mickiewicz „Szanfary, kasyda z arabskiego” (fragment)

Nie lubię Mickiewicza, ale ten przekład to miód. Pełny tekst dostępny jest pod tym adresem. Dla kontrastu wiersz kolegi Asz-Szanfary – Ta’abbata Szarrana w przekładzie filologicznym A. Witkowskiej i J. Daneckiego:

***

Jeśli nie przechytrzysz upartego losu,
stracisz i będziesz cierpiał, póki nie uciekniesz.
Jeśli jednak masz upór i siłę,
jeśli przed żadną troską nie uciekasz,
mężnie zmierzając do swojego celu,
wszyscy mogą powiedzieć: Patrzcie, oto człowiek,
który potrafi walczyć z własnym losem.
Ta’abbata Szarran, tłum. A. Witkowska i J. Danecki


Zgrzyta niczym arabski piach, gdy się między wielbłądzie zęby dostanie. Wróćmy do Mickiewicza, który porwany tematem popełnił utwór, który tak się zaczyna:

Jak łódź wesoła, gdy uciekłszy z ziemi
Znowu po modrym zwija się krysztale,
I pierś morza objąwszy wiosły lubieżnemi
Szyją łabędzią buja ponad fale:
Tak Arab, kiedy rumaka z opoki
Na obszar pustyni strąca,
Gdy kopyta utoną w piaszczyste potoki
Z głuchym szumem, jak w nurtach wody stal gorąca.

Już płynie w suchym morzu koń mój i rozcina
Sypkie bałwany piersiami delfina.
Coraz chyżej. coraz chyżej,
Już po wierzchu żwir zamiata;
Coraz wyżej, coraz wyżej,
Już nad kłąb kurzu wylata.
Czarny mój rumak jak burzliwa chmura,
Gwiazda na czole jego jak jutrzeńka błyska,
Na wolę wiatrów puścił strusiej grzywy pióra,
A nóg białych polotem błyskawice ciska.

Pędź, latawcze białonogi!
Góry z drogi, lasy z drogi!
A. Mickiewicz „Farys”

    No dobrze, ale czym była ta kasyda? Tu musimy wejść w temat poezji arabskiej i poezji w ogóle. Arabowie, zwłaszcza okresu dżahilijji, wielką admiracją darzyli poezję. O kunszcie poetyckim świadczyły nie tyle zgrabne rymy, co metrum, rytm wiersza. A wśród tych wierszy wyróżniali pewne typy, tak ja my wyróżniamy np. sonety.
    Kasyda ma pewną, określoną strukturę. Kasida (tak w oryginale stoi) jest dość dobrze opisana już od IX wieku, tyle, że w pismach arabskich. Kasyda zaczynać ma się od wspomnienia obozowiska, następnie ma wspominać mieszkańców tych obozowisk, którzy już odeszli, w przeciwieństwie do ludzi osiadłych, potem płynnie przejść do wspomnienia miłości, która odeszła. Potem przechodzi do opisu trudów podróży i do celu samego utworu: panegiryku lub paszkwilu na kogoś (to już za czasów umajjadzkich, w dżahilijji panegiryk nie był sensem utworu. Czego nie ma w całym tym opisie i w utworach, na podstawie których został sporządzony? Refrenu. Co wsadza Mickiewicz w swój utwór? Refren.

(…)

Pędź, latawcze białonogi!
Góry z drogi, lasy z drogi!

(...)

Pędź, latawcze białonogi!
Skały z drogi, sępy z drogi!

(...)

Pędź, latawcze białonogi,
Sępy z drogi, chmury z drogi!

(...)

Ja pędzę, ja nie znam trwogi.
Pędź, latawcze białonogi!
Trupy, huragany z drogi!

(...)
A. Mickiewicz „Farys”


Jeszcze raz: kasyda jest utworem o pewnej strukturze, niezachowanie struktury przekreśla bycie kasydą. Podobnie haiku ma mieć trzy wersy o strukturze sylabicznej 5-7-5, a jeśl ma cztery wersy i losową liczb sylab, to już nie jest haiku. Jeśli utwór ma więcej niż czternaście wersów, to nie jest sonetem.
    To co zrozumiał A. Mickewicz, to że kasyda jest poematem o podróży przez pustynię. To czego Mickiewicz nie wiedział, to tego, że kasyda ma swoją ściśle opisaną strukturę, w której opis podróży jest jedynie częścią a refreny nie występują.
    Skądinąd „Farys” jest bardzo fajnym utworem. A wers „Trupy, huragany z drogi!” bawi mnie nieodmiennie od długich lat wizją romantycznej apokalipsy zombie.