wtorek, 24 maja 2016

Płacz, jako i ja płaczę

Miałem napisać recenzję filmu „Gra Endera”. I to głęboko niepochlebną. Jako długoletni admirator tej powieści, zdając sobie sprawę jak dalece mnie ona ukształtowała, przeżyłem głębokie rozczarowanie jej ekranizacją. Było tak głębokie, że wyprodukowałem dwie strony maszynopisu gęstego od żółci nim zorientowałem się, że piszę dla kogoś, kto zna książkę ze szczegółami na wyrywki. De facto – dla siebie. Dopisałem wtedy szybko jeden akapit mający unaocznić skalę ekranizacyjnej katastrofy poprzez porównanie do motywu, który wszyscy znają i zabrzmiał on tak:

Wyobraźcie sobie „Władcę Pierścieni”, w którym Frodo wychodzi rano z domu w towarzystwie Sama, po drodze dołącza do niego Legolas, a po krótkim pikniku w deszczowych, niegościnnych górach, wspinają się na wulkan i wrzucają tam jakiś pierścionek. Na koniec Frodo odpływa małym jachcikiem z jakiejś przystani w kierunku horyzontu. Taka jest kinowa „Gra Endera”.

Ostatecznie stwierdziłem, że tekst jest zbyt marnego poziomu, aby zajmować miejsce na blogu i Twoją uwagę (jakby ten post był lepszy...), poza tym stanowił jeden długi spoiler do powieści i filmu jednocześnie.
   Całkiem niedawno czytałem na histmag.org recenzję książki Jakuba Witczaka pt. „Sarmacki republikanizm”. Recenzję również nie do końca pochlebną, której autor, aby przybliżyć swój obraz recenzowanej książki napisał tak:

Czytając Sarmacki republikanizm miałem wrażenie, że miłość jest ślepa. I nie ma tu znaczenia czy obiektem westchnień jest dziewoja czy też Rzeczpospolita Obojga Narodów. Czytając książkę Witczaka wyobraziłem sobie następującą scenkę rodzajową. Przybiega do mnie młody człowiek, który mówi że w teatrze zobaczył mickiewiczowską Telimenę. Mówi, że nie rozumie czemu nieprzychylni jej ludzie nazwy ją wredną wdową i plotkują o licznych mężach nieboszczykach. Wylicza, że piękna, cudowna, olśniewająca, etc. Ja tymczasem znam panią Telimenę, ba uważam się nawet za jej przyjaciela. Nie raz w jej salonie byłem i nie raz rozmawiałem na różne tematy. Wiem że jest to sympatyczne, ale bardzo złośliwe babsko. Do tego siwiejące, ze zmarszczkami i bez kilku zębów.
    Takim stosunkiem autor darzy I Rzeczpospolitą. Uważa, że broni jej przed hordą oprawców którzy bezlitośnie krytykują obiekt jego westchnień.
    Rozumiem Witczaka, podobnie zresztą jak mogą go zrozumieć wszyscy ci, którzy swego czasu przeżyli czas bezgranicznej fascynacji sarmatyzmem. Od tego czasu jednak minęło kilka lat i wiele czasu w którym zrozumiałem kilka rzeczy. Mówiąc precyzyjnie: szczerze polubiłem panią Telimenę ale nie mam zamiaru być jej bezkrytycznym adoratorem.
Jakub Witczak – „Sarmacki Republikanizm” – recenzja
dostęp z dnia 23.05.2016 r.

Metafora (źródło)


Mamy do czynienia z tym samym mechanizmem. Chodzi o wyindukowanie w czytelniku (szerzej: w odbiorcy) emocji, które chciałby autor (nadawca) przekazać. Słowo-klucz to indukcja. Podobnie jak logiczna, czy jeszcze bardziej ta elektromagnetyczna. Nadawca chce się podzielić emocjami, więc sprowadza je do „wspólnego mianownika”, przekazuje odbiorcy komunikat, o którym wie, że wywoła tę emocję. Treść komunikatu nie odpowiada kontekstowi. To sposób przyjęcia komunikatu staje się najważniejszy. To żywe zastosowanie mechanizmu „hodowania gałęzi pojęć”, o którym już wspominałem przy okazji kupowania jabłek. Mechanizmu, który zdaje się być podstawą bardziej wysublimowanych form porozumienia, jakimi są metafora i alegoria. Taka nasza wewnątrzjęzykowa magia sympatyczna. Takie nasze małe voodoo. Oto mamy jakąś emocję, którą nadawca chciałby przekazać, więc nakłuwa woskowo podatną laleczkę słów, na podstawie których odbiorca wytwarza sobie nową gałązkę na gałęzi kontekstu całej wypowiedzi. Gałązkę emocji.
   Opowiadano mi kilka tygodni temu w luźnej rozmowie o zadaniu, które ponoć pojawia się w rozmowach kwalifikacyjnych pewnej korporacji. Polecenie brzmi: „opisz smak czekolady osobie, która nigdy jej nie jadła”. To mutacja dość znanego problemu, który w innych postaciach brzmi „opisz kolor niebieski nie posługując się nazwami innych barw”, albo „opisz różnicę między lewym i prawym” etc. Ponieważ rozmowa była towarzyska i nader luźna, więc pokusiłem się o odpowiedź poprzez analogię niezbyt wyrafinowaną kulturowo, lecz bardzo obrazową, co jakoś tam skłoniło rozmówcę do śmiechu i warunkowego uznania mojej wypowiedzi (to oznacza, że w kontekście rozmowy kwalifikacyjnej pracy bym nie otrzymał). Nie, nie opisałem smaku. Opisałem zmysłową analogię rozkoszy spożywania czekolady. Tak naprawdę, w tej klasie zadań bez użycia analogii i metafor nie da się zrobić nic. Jeśli się nimi nie potrafisz posłużyć – leżysz. Chyba też na tym polega sekret dobrego nauczania. Bo ja wiem, jako inżynier, jak opisać kolor niebieski za pomocą pojęć fizycznych z podaniem długości fali światła. Ale to nic nie da. Nie zaszczepię tym u odbiorcy żadnego pojęcia.
   Na koniec chciałem zwrócić uwagę na jedną rzecz w obu tekstach: słowo-detonator. Słowo, które staje się rozkazem dla percepcji do przejścia w tryb analogii-alegorii. Słowo to brzmi „wyobraź”. Mogą być inne. Może być to fraza „to tak, jakby”, lub podobna. Chcąc podeprzeć się konkretem sięgam na półkę po powieść, w której ów detonator jest subtelnym refrenem - „Ślepowidzenie” P. Wattsa. Narratorem jest w niej Siri Keeton, „żargonauta”: człowiek (czy jeszcze człowiek – to jedno z pytań w tle tej doskonałej powieści), którego zadaniem jest pośrednictwo w skutecznym przekazywaniu informacji pomiędzy „ludźmi”, którzy z różnych powodów nie potrafią się między sobą zrozumieć: synestetyk, osobowość wieloraka, nieszablonowa pani major i… wampir, taki z zębami, co to pija krew. Pierwszy rozdział (nie cała powieść) zaczyna się od zdania:

Wyobraź sobie, że jesteś Sirim Keetonem.

Nic to jeszcze dla nas nie znaczy. Główny nasz bohater co jakiś czas rozpoczyna wypowiedź od słów „wyobraź sobie, że jesteś”. Ostatnie zdanie powieści, spinające ją klamrą brzmi zaś:

Musicie sobie po prostu wyobrazić, że jesteście Sirim Keetonem.

Masz, Czytelniku, znów wyobrazić sobie, że stajesz się postacią narratora. Ale już nie jakiegoś nieznajomego, którego podsuwa Ci autor, ale kogoś którego oczyma od kilkuset stron oglądasz cuda i grozę Obcego. To tak, jakbyś patrzył na lwy na arenie cyrkowej, a on nagle posyła Cię na nią bezwzględnym kopniakiem między glutea maxima. Pan Peter Watts jest biologiem morskim, a posługuje się strukturą języka niczym jego arcymechanicy, jak profesorowie Italo Calvino i Umberto Eco.
   Czaisz?

sobota, 7 maja 2016

Potrzeba złej literatury

Odkryłem w tym sklepie [u bukinisty – przyp. mój] Francję, jakiej żaden uniwersytet nie mógł nauczyć swoich studentów: nie była to Francja znanych pisarzy i klasyków, lecz nieskończona galimafrée pomniejszych poetów, drugorzędnych sztuk, zapomnianych pamiętników, zapomnianych debat teologicznych i politycznych, rewolucyjnych pamfletów, sprawozdań sądowych, dziwolągów, zbiorów anegdot. Przez lata uzbierała się całkiem pokaźna kolekcja takiego drobiazgu i to takiego rodzaju, że każdy szanujący się bibliofil z przerażeniem by się od niej odsunął.
J. Fowles „Francja współczesnego pisarza” (1988)

Nie da się oderwać pojęcia „arcydzieło”, czy choćby „utwór wybitny”, od tła, jakim jest cała feeria utworów niewybitnych i rzeczy, od których arcydzieło różni się niczym dzień od nocy.
    I w tym miejscu płynnie przejdę do zwyczajnego, nader popularnego sportu jakim jest kopanie leżących. Jak zwykle rzecz będzie o szkole i nauczaniu.
    Uczymy – nie tylko w Polsce, sądząc z wypowiedzi J. Fowlesa – o utworach wybitnych. O „dziełach” i „arcydziełach”. O genialnych pisarzach i nowatorskich formach. Czy zapominamy o tle? Nie. Skoro mówimy, że coś było nowatorskie, to wspominamy jednocześnie, że istniało coś skostniałego. Czy to tło ukazujemy? Nie. Bo nie ma czasu. Bo szkoda siły na czytanie złych rzeczy. Efekt? Znając samych tylko „arcymistrzów” i „geniuszy” nie rozumiemy w najmniejszym stopniu dlaczego „Słowacki wielkim poetą był”. Gdyż-ponieważ nie znamy poetów „małych”. Widzimy samą śmietankę, a nie znamy smaku serwatki. Poznawani w szkole pisarze tworzą nie tyle panteon, co Ligę Mistrzów, w której Camus i Dostojewski przeciwstawiani są Prusowi i Dickensowi. Są kibice Reymonta i Żeromskiego, kibole Witkacego i psychofani Mickiewicza. Wszyscy mają swoje typy lekceważąc innych („Za kim idziesz? Mickiewicz czy Słowacki?”) a żaden z nich nie wie, jak marna potrafiła być literatura „zwykła” w ich czasach. Bo i skąd?
    Swego czasu Wydawnictwo Literackie w serii „Proza iberoamerykańska” wydawało hurtowo wszystko, co wylęgło się na południe od Rio Grande. Wśród utworów Borgesa, Cortazara, Carpentiera, Casaresa, Paza, Fuentesa, Marqueza czy Llosy znajdowały się dziesiątki tomów najczystszej grafomanii „zaangażowanej społecznie i politycznie”. A nawet, gdy nie była to grafomania, to poziom był co najwyżej umiarkowany.
   „Yawar Fiesta” José Marii Arguedasa przeczytałem do końca siłą rozpędu i zaciekawienia egzotycznym folklorem. Ale gdy tylko ją zamknąłem, ogarnęło mną przeczucie lekko nadmarnowanego czasu. Bo w sumie atmosfery było tam tyle co na Marsie, bohaterowie zawstydziliby Pinokia swą drewnianością, a ostatecznie indiańska corrida oparta o rzucanie w byka dynamitem nie trafiła mi do gustu. I dopiero w tym momencie zrozumiałem na ile dobra jest „Śmierć po południu” E. Hemingwaya. Nie byłem nigdy fanem ani autora, ani powieści, ale przy „Yawar Fiesta” dostrzegłem kunszt Hemingwaya opisującego śmierć torreadora. I choćby za to należy cenić Wydawnictwo Literackie: że udostępnili prawdziwe tło. Że dopiero na tle Cardosso, czy de Assisa widać jak świetne rzeczy pisali Cortazar i Marquez.
    Potrzebujemy złej literatury jak azotu w powietrzu. Do oddychania korzystamy z tlenu, ale gdyby jego zawartość w powietrzu wzrosła ponad 22%, nie pociągnęlibyśmy długo. Azot, który w powietrzu jest nam niemal obojętny, jest warunkiem życia. Zła literatura jest warunkiem docenienia dobrej. Bez niej nasze lekcje polskiego wyglądają tak, jak skecz Latającego Cyrku Monty Pythona o Mechaniku Rowerowym: