wtorek, 19 lipca 2016

Masz jeszcze jeden wybór

Pisałem czas jakiś temu (cóż za eufemizm, miesięcy ze trzydzieści!) oksiążkach, które w ręce czytelnika dają wybór rozwoju sytuacji,wybór drogi fabularnej. Co zrobisz? Czy otworzysz drzwi, gdy pukają? Czy uratujesz krwawiącego przeciwnika? I tak dalej.
    A dziś opowiem Ci o jeszcze innym wyborze. Wyborze interpretacji. Bo i tak można do rzeczy podejść. Można przyjąć pewną interpretację utworu, która wszystko zmienia, która obraca całą historię na nice i ukazuje nam sytuację zupełnie inną.
    Wskaże tylko dwa utwory, jak dwa przykłady: jeden oczywisty, drugi subtelny. Oba mistrzowskie. Zaczynajmy zatem!
    Pierwszym jest film Martina Scorsese z roku 2010 pt. „Wyspa tajemnic” (oryginalny tytuł: „Shutter Island”) z Leonardo DiCaprio i Markiem Ruffalo w rolach głównych. Choć nie. W rolach najczęstszych pod względem czasu ekranowego. Bo role główne to Leonardo DiCaprio grający jednego z agentów FBI i Ben Kingsley grający doktora Cawleya. Grający drugiego z agentów Mark Ruffalo, choć lubię go jako Hulka, po prostu zostaje zepchnięty na bok tym starciem tytanów. I mówię Ci, że gdy Ben Kingsley zamknie oczy po raz ostatni, wtedy wszyscy się zorientują, jakiego aktora stracili. Takiego Alana Rickmana razy trzy. Ale do rzeczy. O czym jest film? O dwu agentach, FBI, którzy przybywają na wyspę nieopodal Bostonu (Nowa Anglia, Providence, Arkham, czujesz ten klimat?), na której to z zakładu psychiatrycznego znika pacjentka. Prowadzą śledztwo w sprawie jej zniknięcia. A nim je skończą, okaże się, że zaginionym pacjentem jest grany przez DiCaprio agent Daniels, a całe śledztwo – terapią umyśloną przez doktora Cawleya. A może jednak nie? Może jednak naprawdę zniknęła pacjentka, a zaszyfrowana wiadomość była prawdziwa? Może próba obrócenia agenta federalnego w pacjenta to zagranie va banque Cawleya, któremu grunt usuwa się spod nóg, gdy na jaw wychodzą mroczne sprawy, które miały zostać w obrębie wyspy?
    Ten film to majstersztyk. Sami musimy zdecydować, w którą stronę pójdziemy z interpretacją. Komu zaufamy, komu zarzucimy kłamstwo. Czy uznamy Danielsa za pacjenta, czy prawdziwego stróża prawa. Wybór pozostaje w naszych rękach. A dokonany wybór spolaryzuje określony sposób odczytania fabuły.
Jedyna, prawdziwa oś fabuły (źródło)
     Drugim utworem, o którym chcę opowiedzieć, jest „Kupiec wenecki” Shakespeare’a. Jest to dla mnie jeden z tych utworów, które powodują, że myślę o jego autorze jako o geniuszu, choć nie wiem, czy był świadom tego, co pisze. Czy jest tak, że był tego geniusza piórem, a słowa same płynęły przez niego, niczym przez odbiornik radiowy? Ale do rzeczy.
    Ma Porcja trzy szkatułki: złotą, srebrną i ołowianą. Jedna z nich skrywa jej konterfekt, a kto go odnajdzie, ten Porcję poślubi. Natychmiast. Mają szkatułki opisy im przypisane: na złotej pisze, że ten, który ją wybierze otrzyma to, czego wielu pożąda; na srebrnej: że otrzyma to, na co zasłużył; na ołowianej: że kto ją wybierze, wszystko musi na szalę rzucić. Widz, tudzież czytelnik, zaprawiony w baśniach Grimmów i Andersena, doskonale wie, że należy wybrać ołowianą, ale nie o tym chciałem mówić. Zwróć, proszę uwagę, jak się zachowują zalotnicy. Zakładam w tym miejscu, że znasz tekst, lub możesz po niego sięgnąć. Każdy z kandydatów do ręki po swojemu interpretuje przesłanie danej szkatuły. Taką szkatułą jest też cały ów dramat. Reżyser chcąc go wystawić musi go zinterpretować, albo w sposób antysemicki, albo wręcz przeciwnie, ukazując Shylocka jako ofiarę. Tak! Tekst napisany przez Stratfordczyka jest świetne zbalansowany. Można położyć większy akcent na odstręczających cechach Shylocka, zohydzić starego Żyda, a można ukazać go jako człowieka, który staje przeciw całemu miastu: sługa go opuszcza, córka ucieka do chrześcijanina i jeszcze okrada, a dłużnicy pogardzając nim pożyczają odeń duże sumy, których nie zamierzają spłacać. Dlaczego nie traktują go z godnością, na którą zasługuje ludzka istota? Toteż Shylock skarży się:

Jeśli kłujecie nas, czy nie krwawimy? Jeśli łaskoczecie nas, czy nie śmiejemy się? Jeśli trujecie nas, czy nie giniemy?
W. Shakespeare „Kupiec wenecki”, akt III, scena 1

Cały ten monolog jest tą przeciwwagą, do wszystkich tych momentów, gdy widzimy go wręcz w paroksyzmach zachłanności. Można wytykać mu, że biadoli nad diamentem i dublonami, ale pierwej pyta Tubala, swego przyjaciela, czy odnalazł jego córkę. Tak, jak zapytałby każdy normalny ojciec. I teraz zagwozdka reżysera: czy Shylock ma z trwogą i nadzieją pytać o córkę, a potem marudzić o skradzionym diamencie, czy ma zdawkowo o córkę zapytać a potem pomstować za utratę diamentu z Frankfurtu za całe dwa tysiące dukatów?
   Można zrobić z Shylocka potwora, można i zrobić z niego weneckiego Hioba. Szkatuła jest opisana tekstem dramatu. Wybór należy do Ciebie.

wtorek, 12 lipca 2016

Kopia bezpieczeństwa

Któż z nas, rozbestwionych komputerowymi grami lub doświadczeniem admina, nie chciałby trzymać swojej kopii na wypadek wypadku? Archiwizowany „ja”, po którego sięgnięto by, gdy moje ciało podstawowe uległoby daleko idącemu uszkodzeniu, czy też zgoła zniszczeniu – śmierci. Po prostu klon. Czyżby?
   Są pewne ale. Po pierwsze: czy to byłbym ja? Musiałaby moja kopia być kontynuatorem obecnej linii świadomości. Po drugie: jak tę świadomość wpisać? I jakie mogą być tego wszystkiego konsekwencje?
    Literatura fantastyczna już od dłuższego czasu żywo się interesowała się tym zagadnieniem. Z różnym skutkiem. Na przykład w „Perfekcyjnej niedoskonałości” J. Dukaj prowadzi nas po świecie powieściowym w specyficzny dla siebie sposób – poprzez wrzucenie czytelnika na głęboką wodę. Toteż nie do końca rozumiemy, czego jesteśmy początkowo świadkami. Podany fragment „widzimy” oczyma córki Judasa McPhersona, Angeliki:

   Na trawnik wpadła czarna jak heban kobieta z ogniem nad głową.
  Była naga, oczy miała krwistoczerwone, paznokcie trupiobiałe. Biegła wielkimi susami. Ludzie sięgali jej do pasa. Metrowej wysokości płomień buchał wzwyż z jej bezwłosej czaszki, oślepiający pióropusz, miecz czystej plazmy.
(…)
   Judas oddał kelnerowi kieliszek, zdjął okulary i odetchnął głębiej. Z kolei powiedział coś do żony i Angelika ujrzała wtedy ponad ramieniem matki spokojną twarz ojca.
Udało jej się odczytać słowa z oszczędnych ruchów jego warg:
Malowniczy zamach, nie powiem, postarali się.
(…)
Mam nadzieję, że zarchiwizowałeś się z pamięcią tych trzech dni w Puermageze.
J. Dukaj „Perfekcyjna niedoskonałość”

Dlaczego Judas tak spokojnie do tego podszedł? Tak spokojnie przyjął śmierć? Żeby był ciekawie, inną śmierć McPhersona oglądał Adam Zamoyski, główny bohater powieści, o czym opowiada Ninie:

McPherson nie żyje. Dogrzebała się do jego mózgu. – Zachichotał. – Miała wyjątkowo długie paznokcie.
Stahs Judas McPherson żyje. Wydał już stosowne rozkazy w twojej sprawie. Jest przyzwyczajony do zamachów, ma wiele przygotowanych ciał.
J. Dukaj „Perfekcyjna niedoskonałość”

Przyzwyczajony do własnej śmierci. Nieźle. Zarchiwizowany z pamięcią wydarzeń poprzednich ciał, które są wgrywane do następnych. Jak? Na to pytanie Dukaj nie daje odpowiedzi, bo akcja zmierza ku innym zjawiskom. Trzeba wytłumaczyć czym jest „kraftunek”, „port”, „phoebe”, „osca”… Wgrywanie świadomości trzeba pozostawić swoim wyobrażeniom. Lub niedopowiedzeniom, które uważam za bardziej wyrafinowane i niezawodne.
   Miał Dukaj jeszcze jeden (minimum jeden) utwór o transferze świadomości, lecz nie do klonów, a do hardware’u, dlatego wspomnę tylko o nim na boku – to „Starość aksolotla”. Ciekawe, że tego samego roku, w którym wychodzi „Starość aksolotla”, na ekrany wchodzi „Chappie” Neilla Blomkampa, który doskonale koresponduje w jednym motywie z powieścią Dukaja. Właśnie w wykonywaniu backupu swej świadomości i wpisywaniu go w maszynę:



Wcześniej, dużo wcześniej temat świadomości klonów przerabiał Frank Herbert już od drugiego tomu cyklu „Diuny”, gdy Duncan Idaho wraca jako ghola, czyli właśnie klon powstały z komórek martwej osoby. Ghola o imieniu Hayt nie posiada żadnych wspomnień, lecz…

Mięśnie gholi stężały, a ciało zadygotało w dreszczu.
„… co musi być zrobione!” Słowa te przedzierały się przez jego umysł, niczym wielka ryba prująca ku powierzchni. „… co musi być zrobione!” To… to brzmiało jak słowa Starego Księcia, dziada Paula, z którego panicz miał coś w sobie. „… co musi być zrobione!”
I pąki owych słów zaczęły się rozkładać w świadomości gholi, a wraz z tym coraz wyraźniej spostrzegał, że toczą się w nim jednocześnie dwa życia: Hayt-Idaho, Hayt-Idaho… Stał się nagle jednym, wydzielonym łącznikiem dwóch ciągów. Zalały go wspomnienia. Przesiewał je, dopasowywał do nowego pojmowania, tworzył zręby nowej świadomości. Nowa osoba obejmowała na pewien czas rządy tyrana w jego wnętrzu.
(…)
A więc stało się. Wiedział, że jest Duncanem Idaho i jednocześnie pamiętał wszystko, co dotyczyło Hayta, jak gdyby był to materiał gdzieś w nim złożony i czekający na podpałkę.
F. Herbert „Mesjasz Diuny”

Cała historia Duncana Idaho rozgrywa się poprzez następne części, tak iż uważny czytelnik zauważa że to on jest prawdziwym Kwisatz Haderach. Albo i nie tym prawdziwym, ale właśnie niezamierzonym, przeoczonym i przez Bene Gesserit i przez Atrydów. Mniejsza o to. Cały wątek Duncana Idaho zasadza się na tym, że autor postuluje ukrycie wspomnień i świadomości w materiale biologicznym. Potrzeba tylko odpowiedniego bodźca, aby je odblokować. I tak dzieje się z każdym z kolejnych ghol Duncana. Z każdym z kolejnych... kilku setek.
   A jeszcze wcześniej, nim nadeszła epoka poważnego myślenia o klonowaniu i transferze świadomości, Stanisław Lem już pisał:

To nic – rzekł urzędnik. – Pobywszy u nas dłużej przywyknie pan jakoś. Proszę, oto pana bile…
Nie dokończył. Zabłysło, zagrzmiało, podniósł się kurz, a gdy opadł, zamiast mojego rozmówcy ujrzałem olbrzymią dziurę w podłodze. Stałem jak skamieniały. Nie minęła minuta, a kilku Ardrytów w kombinezonach załatało dziurę i przytoczyło niski wózek z dużym pakunkiem. Gdy go rozwinięto, oczom mym okazał się urzędnik z biletem w ręku. Strącił z siebie resztę opakowania i sadowiąc się na wieszaku, rzekł:
Tu są pańskie bilety. Mówiłem panu, że to nic takiego. Każdy z nas w razie potrzeby zostaje zdublowany. (…)
S. Lem „Dzienniki gwiazdowe”, Podróż czternasta

Myliłby się ten, kto myślałby, że dobrodziejstwa takich kopii dotyczą jedynie kosmitów należących do szlachetnego gatunku Ardrytów:

Gdy podnoszono pokrywę, coś uderzyło mnie potężnie w ciemię i straciłem przytomność. Odzyskałem ją na tym samym miejscu. (…) Załapałem się za głowę – guza nie było.
Co się ze mną stało? – spytałem szeptem sąsiadkę.
Proszę? A, meteor pana zabił, ale nic pan nie stracił z przedstawienia, bo ten duet był fatalny. Inna rzecz, że skandal: po pańską rezerwę musieli posyłać aż do Galaxu – zaszeptała w odpowiedzi uprzejma Ardrytka.
Po jaką rezerwę? – spytałem, czując, że ciemnieje mi w oczach.
No, po pańską właśnie…
A gdzie ja jestem?
Jak to? W teatrze. Czy panu słabo?
To ja jestem rezerwą?
– No tak.
S. Lem „Dzienniki gwiazdowe”, Podróż czternasta

Tematy klonowania, paradoksów czasowych i transferów świadomości są stałym lejtmotywem „Dzienników gwiazdowych” i ogólnie całej twórczości Lema. Wszak Marek Tempe z „Fiaska” to ktoś, kto poskładany został z tego, co pozostało z dwóch pilotów: Pirxa i Parvisa. Zagadką jest, ile w nim pozostało i którego...
   Na koniec wspomnimy o utworze, który ukazuje nam co się dzieje, gdy uruchomimy zbyt wiele swoich kopii. Świetny„Multplicity” Harolda Ramisa (tego od „Dnia świstaka”), film już dwudziestoletni, lecz nadal rewelacyjny. Występuje także pod polskim tytułem „Mężowie i żona”.
   Miłego kopiowania!

sobota, 2 lipca 2016

Paranormal Wilkowyje

Wszyscy jakoś się rozpływają w zachwytach nad „Dożywociem” Marty Kisiel. To się i porozpływam ja. Ale nie tak do końca.
    Po pierwsze primo, trzeba mieć rozeznanie o czym mówimy. A mówimy o przeszło dwustustronnicowej powieści opisującej młodego (dla mnie młodego) pisarza imieniem Konrad, który obejmuje w spadku po mało znanym krewnym dom za miastem wraz z tzw. dożywotnikami. Oczekuje sympatycznego dworku z jakimś dziadkiem lub babcią, ale gdyby tak było, to ani ja bym tego nie czytał, ani Kruk by się nad tym nie pochylił. Dom okazuje się być perłą drewnianego flamboyant, dożywotnicy przeżyli już trzech właścicieli i czwarty też nie będzie ich ostatnim, gdyż ich drużyna składa się z młodocianego (?!?!) anioła imieniem Licho, wywołanego z Otchłani mackowatego potwora imieniem Krakers, cokolwiek materializującego się widma seryjnego samobójcy, czyli nieszczęsnego panicza Szczęsnego, oraz czterech utopców, które zasadniczo winny siedzieć w stawie, ale niepilnowane łacno kolonizują domową łazienkę. A, jeszcze jest kotka o imieniu Zmora. Nie jest łatwo zaprowadzić ład w tym domu. Za jedynego ziemskiego alianta nasz bohater ma Szymona Kusy, zamieszkującego nieopodal. Zasadniczo nasze skojarzenia nasze winny biec w kierunku „Hotelu Transylwania”, czy też „Mrocznych cieni”. Ale pani Kisiel urozmaiciła całość dodając tym istotom swojskie a praktyczne inklinacje: Licho jest fanatykiem sprzątania, Krakers świetnie gotuje, Szczęsny haftuje i robi na drutach. No, utopce są nieco niepraktyczne. Ale prócz tego warto by głównym bohaterom dodać nieco komicznych cech, które będą stanowiły punkty zaczepienia gagów, czasem zgoła slapstickowych: Licho jest aniołem mającym alergię na pierze, w tym głównie własne, panicz Szczęsny zaś jest poetą, prawiczkiem i gamoniem tak irytującym, że Helleni uczyniliby go bogiem irytacji i składali mu ofiary, byleby się od nich odczepił. Autorka ma lekkie pióro, świetny gust literacki, tekst lśni od nienachalnych nawiązań i sugestii, a do moich ulubionych należy uporczywe przekręcanie imienia agentki literackiej z Kamili na Carmillę. Może dlatego, że bardzo lubię oryginalną Carmillę i jej hugenockiego autora. Humor skrzy się po stronicach i zdarzało mi się przy lekturze parsknąć śmiechem.
No one expect Rudolf Valntino! (źródło)

No to na co narzekać? Na nachalne skojarzenia. Gdy „złota rączka” przedstawia się jako Kusy, to cała fala mimowolnych skojarzeń z serialem „Rancho” burzy świeżość pomysłu. Tylko tyle. Nie widzę w tej powieści jakiegoś nowatorstwa poza skrzyżowaniem serialu „Rancho” z opowiadaniem J. Morresy’ego pt. „Pracusie z parku sztywnych”. Skądinąd jest to skrzyżowanie bardzo udane i pratchettowsko sympatyczne. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej nad tą powieścią. Ale wrażenie, że czytam scenariusz do nowego serialu komediowego dla TVP do nadawania w niedzielne wieczory pozostaje niezatarte.
    I idąc tym tropem zastanawiałem się nad obsadą. I mam już pewną listę z propozycjami dla ewentualnego producenta:

Konrad Romańczuk, literat i dziedzic na Lichotce: Marcin Szczurkiewicz (z Kabaretu Skeczów Męczących);
Potencjalny odtwórca głównej roli, Marcin Szczurkiewicz (źródło), nasz kandydat do Oscara
Szymon Kusy, dobry sąsiad: Bogusław Linda (w imię zasad);
Licho, młodociany anioł stróż: może być CGI;
Szczęsny, nieszczęsny poeta: Michał Żebrowski (po lekkim liftingu);
Krakers, potwór z Otchłani: cthulhupodobny stwór z „Prometeusza”;

Krakers lubi przytulać i głaskać domowników... (źródło)
Aurelia Bercikówna: Joanna Bartel (nazwisko było znaczące, prawda, pani Marto?);
Pan Żubr, lokalny autorytet moralny: Ryszard Kotys (jego wypowiedzi na milę czuć Paździochem);
Pan Migło, działacz wielozadaniowy: Artur Barciś;
Zmora: dowolna kotka, byle nie czarna (w tekście jest to istotne);
Rudolf Valentino: morderczy królik z jaskini Caerbannog (u góry strony);
Utopce: Żaby z „Domisiów” (po lekkim liftingu).
Utopce na skalę naszych naszych możliwości (źródło)
 Oraz Michael Palin jako Człowiek z Największymi Napisami.

PS.
Naprawdę polecam tę powieść.

PPS.
Podobała mi się na tyle, że starałem się nie umieścić w poście żadnego spoilera. Doceń to.

PPPS.
Nawet królika nie wydałom, alleluja.