poniedziałek, 28 listopada 2016

Magazyn osobliwości

Pożyczył mi przyjaciel książkę Jerzego Kosińskiego. Pominę moje skandaliczne opóźnienie pomiędzy momentem wypożyczenia a rozpoczęciem lektury. Przejdę do sedna.
    Czym jest recenzja? Na wszelki wypadek nie czytam słownikowej definicji. Poprzestanę na moim, kalekim, rozumieniu. Czy recenzja ma być wyrokiem? „Podoba mi-się/ Nie podoba mi-się; niepotrzebne skreślić”? Sentencją wyroku z uzasadnieniem: „podoba mi się, bo...”? Jak to szło w szkolnych zadaniach? „Uzasadnij odpowiedź wykorzystując dostępne źródła”? A może recenzja ma być przybliżeniem treści bez spoilerów? To by z niej czyniło rodzaj sympatycznego kalamburu wciągającego odbiorcę w zabawę, w której wyniku zdecyduje, czy chce się zapoznać z danym utworem, czy nie. Chyba lepiej, niż subiektywny wyrok? A może recenzja winna być pogłębionym zastanowieniem nad treścią? Takim „co autor chciał powiedzieć”, ale bez sztubackiego stresu i zastanawiania się, co Pani Od Polskiego chce usłyszeć? Może to już za daleko. Może to już protoesej, a nie recenzja? Co zatem przeczytacie poniżej? Nie będę nazywał.
    Rzecz dotyczy powieści „Cockpit”. Czy powieści? Ano właśnie. Rozsiadłem się wgodnie w fotelu i zagłębiłem w lekturze. Oto mamy początek w niezwykle dla mnie apetycznej narracji drugoosobowej, która już po kilku stronach traci swego adresata zamieniając się w pierwszoosobową gawędę prowadzoną przez tajemniczego narratora na temat wypadków jego „życia”. Cudzysłów jest tu bardzo istotny, ale uratuję tę myśl później.
    Czym dalej brnąłem w treść, tym bardziej byłem skonsternowany. Potem konsternacja przemieniła się w irytację, aby przejść do desperackiego marszu, brnięcia przez kolejne przypadki, aż na koniec objawi się jakiś sens, klamra, zwrot akcji, choćby inwazja Marsjan. Ale nie. Zamknąłem książkę z pełnym przekonaniem, że przeczytałem literacki odpowiednik okładki albumu „Last Rights” SKINNY PUPPY. Skład osobliwości, odrażających, dziwnych, niepokojących, bluźnierczych, nieludzkich. No i tu zacząłem się zastanawiać znów.
Mogła by to być okładka książki Kosińskiego. Bez wielkich retuszów. (źródło)
No bo właściwie kim jest narrator? Wiemy o nim tak dużo i tak mało. Znamy jego upodobania, fascynacje, historię jego ucieczki przez Żelazną Kurtynę, jego pożądania, fetysze. Obserwujemy jego chore zabawy i na koniec nie wiemy nawet jak ma na imię. Ale czy ma jakieś imię? Pytam o tzw. prawdziwe imię, bo dokumentów tożsamości w swym „życiu” miał wiele. Różnych. Czy ma prawdziwe imię? Chyba nie. Bo nie jest człowiekiem.
    Pokazałem kiedyś komuś jak można policzyć czas, w którym dzieją się przygody Koziołka Matołka na podstawie samego tekstu i że okres ten nieco nadwyręża czas życia przeciętnej kozy. Nawet nie próbuję zliczyć ile czasu trwają wszystkie te przypadki opisane w książce. Nie mogę nazwać tego „fabułą powieści”, bo to nie jest powieść, ani nie ma fabuły – to ciąg wydarzeń, które tworzy i prowokuje narrator. Którymi kieruje w swej schorzałej żądzy kontroli. Bo musi stanąć na jego. Wielki Manipulator. Wielki Deprawator. Czas, który zajęłoby normalnemu człowiekowi dokonanie tych wszystkich nieprawości przekroczyłby dobrze ponad setkę lat. Nie licząc młodości. Gdy się dowiadujemy, że tu spędził kilka lat, tam spędził kilka miesięcy, w gruncie rzeczy na zabawie, jak z nauką jedynego skoku na nartach, tylko po to, by doprowadzić do kalectwa kilku zbyt pewnych siebie młodzieńców, to automatycznie zastanawiam się, czy doprawdy warto na to poświęcać czas? Owszem. Jeśli się jest nieśmiertelnym. Nieśmiertelni są znudzeni, zblazowani, zdeprawowani. Mówią o tym greckie mity, mówi o tym Castaneda. No dobrze, ale. Prócz nieśmiertelności trzeba jeszcze mieć za co to robić. Narrator może i nie ma imienia. Ale ma czas i pieniądze. Furę pieniędzy. Już pierwsza deklaracja budzi zdumienie:

Komorne płacę za trzy lata z góry. Deponuję także w administracji budynku sporą sumę na opłacenie rachunków za wodę, ogrzewanie, telefon i kablową telewizję. Właściciele kamienic bardzo sobie cenią ten dopływ pieniędzy (...)
J. Kosiński „Cockpit”

Widać – to nie jest jednorazowy wybryk. Liczba mnoga w słowie „właściciele” wskazuje, że to jego zwyczaj. A jeszcze dysponuje pieniędzmi na zakupy wymyślnych urządzeń, sprzętu najwyższej jakości, wystawne życie i na zwyczajne przekupstwa.
    Kim jest narrator? Najłatwiej byłoby przyjąć proste założenie: diabłem. Nie takim rogatym, ale takim prosto nieludzkim, jakiego zagrał Al Pacino w „Adwokacie diabła”. Traktującym ludzi jako łowną zwierzynę. Mógłby być nawet inkarnacją Nyarlathotepa (na okładce płyty po lewej stronie widać figurkę przypominającą rzeźbę Wilcoxa przedstawiającą Cthulhu z lovecraftowskiego arcyklasyka). Rzecz warta zastanowienia. Wszak już w „Wystarczy być” główny bohater nie może być brany poważnie jako człowiek z krwi i kości. Dlatego życiem jest to jedynie w cudzysłowie. Kosiński pcha między ludzi archetypiczne pałuby, by pokazać interakcje świata z awatarem pewnych, mocno destylowanych cech. I to jest u Kosińskiego najcenniejsze. To jego wkład w światową literaturę.
    Problemem jednak jest forma. „Cockpit” to szkicownik, z którego dałoby się wypracować kilkanaście powieści i pół setki nowelek. Zamiast krwistej literatury dostajemy brulion autora, który w pierwszoosobowej narracji zaledwie szkicuje nam jakąś sytuację. Czytelnik nie dostaje nic, czym mógłby się zachwycić, lub czym mógłby się wzburzyć. Wyobrażam sobie, jak byłaby rozegrana wewnątrz „Cockpitu” „Zbrodnia i kara”: „Zatłukłem ją siekierą, żeby sprawdzić, czy mi się to uda zrobić bez większych wyrzutów sumienia. A ponieważ śledztwo strasznie się ślimaczyło i było wyjątkowo nieudolnie prowadzone, postanowiłem się przyznać sam”. Aż się prosi zacytować klasyka z Latającego Cyrku Monty Pythona: „… a ten Hitchcock rozciągnął to do dwóch godzin i stracił całe napięcie”.
    Czyli? Podobało mi się, czy nie? Jaki werdykt? Chcę jakoś wybrnąć, milczeniem osłonić szatański pomysł i ciężką formę. Ale za plecami stoi wujek Staszek, który nieźle umi w internety i rzuca krótko: „Suche. Nie polecam.” Ale to jego zdanie. Tylko jego.