sobota, 22 kwietnia 2017

Pewien pożółkły list

Mam schowane stare roczniki różnych czasopism, które zdarzyło mi regularnie czytać. Chyba największy ich zbiór dotyczy „Nowej Fantastyki”, która mnie niejako wychowała literacko u schyłku zeszłego tysiąclecia.
    Wyciągnąłem sobie niedawno taki plik z lat 96-98 i przeglądałem, czytając uważnie spis treści, wyławiając opowiadania do ponownego przeczytania oraz rubrykę „Czytelnicy i Fantastyka”, w której (ku niejakiemu zażenowaniu, ale i próżnej satysfakcji) znajdowałem listy podpisane swoim nickiem (tak, tak, nick Altti ma już dobrze ponad dwie dekady). Trzeba dodać, że nie były to e-maile, lecz listy papierowe, nierzadko ręcznie wytwarzane. Pisało się „w ciemno”. Nie wiadomo było czy ktoś to przeczyta, czy to opublikują, a na polemikę czekało się minimum dwa miesiące. Rzecz chyba niewyobrażalna w dobie błyskawicznych shitstormów w komentarzach pod marnej jakości artykułami na rozmaitych onetoidach.
    Ale największą chyba niespodziankę sprawił mi list, który postanowiłem tu przepisać. Rzecz dotyczy opowiadania J. Dukaja pt. „Szkoła”, które opublikowane zostało w NF 11/96. J. Dukaj był już znany w fandomie. W 1990 roku, jako piętnastolatek wyznaczył nowy kierunek w polskiej fantastyce opowiadaniem „Złota galera”. A kto dzieckiem w kołysce łeb urwał hydrze… Jego „Irrehaare”, drukowane w odcinkach w NF około 1992 roku podbiło serca i umysły młodych. Każde jego opowiadanie było szeroko komentowanym wydarzeniem. Tak było i z „Szkołą”. List pani (choć chyba ówcześnie panny) Florczak zaczynał się od słów:

„Szkoła” pana Dukaja to… okropność, koszmar, makabra – cud! Potworne arcydzieło! Przerażająco wspaniałe, makabrycznie cudowne!

    Przyznasz, że ładunek emocjonalny tych kilku słów wyrazić można byłoby w ekwiwalencie trotylu. Jednak to nie ten list sprawił mi rzeczoną niespodziankę. List (choć jak z własnego doświadczenia pamiętam – raczej oryginalnego listu malutki fragment), o którym chcę napisać, brzmiał następująco:
 
Dukaj ze „Szkołą” powalił mnie zupełnie. Ten facet samym swoim pojawieniem się w numerze winduje jego poziom poza skalę. Musi mocarz z niego.
    A co do kontynuacji „Szkoły”, którą pan Parowski [ówczesny red. nacz. NF – przyp. mój] chciałby (z naszą, czytelników, pomocą) z Autora wydusić, to niestety nie poprę tego pomysłu. Jak dotychczas Jacek Dukaj każdym swoim tekstem pokazuje, że wie co robi. Jeżeli nie chce pisać kontynuacji to kontynuacji nie będzie. I kwita.


Nic szczególnego w tym liście nie ma, rzecz jasna. Ale popełnił go dwudziestoletni student architektury. Opublikowano go w marcu roku 1997. Jacek Dukaj w tym czasie studiował filozofię na UJ. Autor listu – architekturę na Politechnice Warszawskiej. Obaj studiów nie ukończyli. W listopadzie 1998 roku J. Dukaj zaczął pisać opowiadanie pod tytułem „Katedra”, które ów student architektury, autor cytowanego listu sfilmował i był za tą adaptację nominowany w 2002 roku do Oskara w kategorii krótki film animowany. Tak, to był list Tomasza Bagińskiego. Czytałem wtedy ten list. Czytało nas go wtedy około siedemdziesięciu tysięcy ludzi (według nakładu), ale chyba nikt nie miał przeczucia, jak się historia potoczy.




PS.
   O „Legendach Polskich” też nikt wtedy nie myślał. Nawet p. Bagiński. Choć pewnie też przyglądał się (przyczytywał się) słynnej Wojnie o pirogi, którą toczył świat kreatywny z A. Sapkowskim. Aleo tym innym razem...

niedziela, 9 kwietnia 2017

Szafiry w błocie


Czy masz wśród ulubionych twórców poetę, którego słowa wpadają Ci w umysł niczym oszczep, harpun penetrujący ciało wieloryba? Raz przeniknąwszy zostają, ciągną za sobą myśli broczące emocjami? Mam takich dwóch, opowiem o jednym z nich.
    Niewiele znam się na poetach, lecz T. S. Eliot to dla mnie poeta, którego nazwać mogę wielkim. Dla mnie osobiście. Kilka jego słów, wers, dwa, może zwrotka, wystarczą, by wywołać jakiś głęboki dreszcz. I nie jest ważna sama organizacja głosek, czy to w tłumaczeniu Miłosza, Boczkowskiego, Dulęby, czy też w anglosaskim oryginale. Treść jego utworów głęboko z czymś we mnie rezonuje.
    Tak też niedawno szukając na sieci polskiego tłumaczenia pierwszych wersów „Dry Salvages” (nie znalazłem, niestety), trafiłem na pamiętny początek „Ziemi jałowej”, gdzie Eliot właściwym sobie sposobem obraca naturalne skojarzenia wiosny z odrodzeniem, życiem, radością i kicającymi króliczkami:

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Zima nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła
Maleńkie życie strawą suchych kłączy.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz

Czekałem z tym postem do kwietnia. Tylko po to, by specjalnie wybrzmiał w tych okolicznościach kalendarza. Aby móc posmakować te słowa we właściwej oprawie dnia zwyciężającego noc.
    I chyba nie tylko mnie poruszają te słowa, skoro natknąłem się na takie oto zdjęcie zawierające pierwsze cztery wersy:
Tak, to jest tatuaż. (źródło)
Krąży ten Eliot w naszej kulturze, niczym te kwietniowe soki w ospałej ziemi – niedostrzegalny, podskórny, ukryty, nierozpoznany. Wskazałem go już kiedyś pod koniec trzeciej godziny „Czasu apokalipsy” (w wersji „Redux”). Gdzie Kurtz czyta „Wydrążonych ludzi”. W kilku miejscach natknąłem się na ostatnie wersy tegoż wiersza:

Oto jak kończy się świat
Nie z trzaskiem, lecz ze skomleniem
T. S. Eliot „Próżni ludzie”, tłum. A. Piotrowski

Jest też Eliot w twórczości zespołu THE SISTERS OF MERCY, jeśli przyjmiemy absolutystyczny punkt widzenia Andrew Eldritcha, twierdzącego, że zespół to on. W „Dominion. Mother Russia” otwierającym płytę „Floodland”, słyszymy takie wersy:

We serve an old man in a dry season
A lighthouse keeper in the desert sun
(...)
Stuck inside of Memphis with the mobile home, sing:
Mother Russia,
rain down, down, down
A. Eldritch „Dominion. Mother Russia”
W luźnym tłumaczeniu:

Służymy staremu człowiekowi w porze suszy,
Latarnikowi w pustynnym słońcu
(…)
Tkwiąc w Memfis, w przyczepie śpiewam:
Matko Rosjo,
Ześlij deszcz
tłum. własne

A teraz T. S. Eliot, do fascynacji którym Eldritch przyznaje się z niejaką dumą, czy nawet typową dlań pychą:

Here I am, an old man in a dry month,
Being read to by a boy, waiting for rain.
T. S. Eliot „Gerontion”

A w wydaniu Cz. Miłosza:

Oto ja, stary człowiek w miesiącu posuchy
Słucham jak czyta mi chłopiec i czekam na deszcz.
T. S. Eliot „Gerontion” tłum. Cz. Miłosz

Nie przejmuj się, jeśli Ciebie ta poezja nie bierze. Nie znaczy to, że jesteś gorsza, czy gorszy. Ja tylko chciałem się podzielić. Chciałem powiedzieć Ci, jak obrazy same się kreślą pod zamkniętymi powiekami, a nostalgia i smutek same unoszą się jak smużki dymu świątynnych kadzielnic

Pokażę ci strach w garstce popiołu.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz