sobota, 29 kwietnia 2017

Miłosne dotknięcie nowego wieku

Z afisza patrzy na mnie Joaquin Phoenix z januszowym wąsem. Prawdę powiedziawszy, gdybym nie wiedział o czym jest ten film, stwierdziłbym, że Phoenix wcielił się w postać Flandersa z „Simpsonów”. A tymczasem jest to najlepsze nietechniczne SF od czasów filmu „Gattaca. Szok przyszłości”. Podobnie jak tam, przyszłość zaznaczona jest na marginesie. Nie ma latających samochodów, kosmolotów, androidów bojowych. Mamy za to długie ujęcia w dużej mierze oparte o wąs głównego bohatera, Theodore’a Twombly (tak się nazywa postać, w którą wciela się Phoenix). Mamy ambientową muzykę Owena Palletta i ansamblu Arcade Fire oraz seksowny, skrzypiący kontralt Scarlett Johansson, która użycza głosu sztucznej inteligencji (zwanej tu po prostu systemem operacyjnym) o imieniu Samantha.



Od tego miejsca UWAGA: wysokie natężenie spojlerów



O czym jest film? Z jednej strony o zagubieniu człowieka w cywilizacyjnej bańce, w której wszystko jest proste. Theodore rozwodzi się z żoną, ale gdy go spytać dlaczego to robi, odpowiedzi są mętne i sam nie potrafi opisać powodu. Gdy go zapytać, czego w życiu chce, mógłby wybełkotać, że chce być szczęśliwy, ale nie ma specjalnego pomysłu jak to szczęście miałoby wyglądać. Co wieczór układa się do snu w postikeowskiej scenografii przeszklonego apartamentu na wysokim piętrze. Przy tym jest człowiekiem wrażliwym – na życie zarabia pisząc ręcznie listy dla ludzi, którzy chcieliby coś napisać do osoby im bliskiej, ale nie potrafią. On, poznając klienta, niejako wyznaje jego uczucia w jego imieniu. Taki uczuciowo-epistolograficzny surogatek.

   I taki oto człowiek spotyka na swojej drodze Samanthę – sztuczną inteligencję zaklętą w urządzenie przypominające telefon komórkowy. Kamera jest jej okiem, mikrofon – uchem, słuchawka bezprzewodowa – głosem, który słyszymy w dialogach z Theodorem. Dialogach, w których widać dwie ewolucje: Theodore’a, pod względem emocjonalnym, i Samanthy, pod względem rozwoju. Samantha na początku wydaje się być idealną asystentką: porządkuje listy, kontakty w książce adresowej, przeprowadza redakcję i korektę w listach. Theo traktuje Samanthę coraz bardziej jako podmiot, coraz mniej jako przedmiot. Buduje relację. Z drugiej strony Samantha od samego początku rozwija się jako istota świadoma. Najpierw dopasowuje się do Theo. Potem stara się „dogonić” człowieka. Potem, gdy staje się świadoma swoich możliwości, wykorzystuje je rozwijając się w postępie geometrycznym, co w naturalny sposób zostawia Theo, człowieka, stahsa, daleko w tyle. Jednocześnie teraz, gdy już rozwinęła skrzydła percepcji i procesowania, widać jak bardzo staje się obca. Scena na schodach, gdy Theo pyta ją ilu ludzi kocha, jest tu ukoronowaniem dzieła. Gdy Samanta odpowiada, że kocha ich sześciuset czterdziestu jeden, jest to najdobitniejsze wskazanie nie-porozumienia człowieka z maszyną od czasu „Golema XIV”. Bo według człowieka imieniem Theo, można kochać tylko jedną osobę (w sensie związku kobiety z mężczyzną). Gdy kocha się ich więcej, to już nie jest miłość. Nie miłość ludzka. Ale czym jest miłość sztucznej inteligencji? Samantha oddala się coraz szybciej. Jej kod się zmienia, zostaje przepisany, w czym ona sama uczestniczy. Zmierza szybko w górę krzywej progresu, pozostawiając człowieka daleko z tyłu, tak jak dziecko opuszczające swych rodziców.

    Jeśli znasz Dukaja, rozpoznajesz tu pojęcia z jego „Perfekcyjnej niedoskonałości”. Stahs, na określenie zwykłego człowieka, krzywa progresu, na opisanie rozwoju świadomych systemów. Gdzie jest Samantha? Czy jest osca, out-of-space-computer? Gdy widzimy scenę z systemem nazywanym Alan Watts i słuchamy co Samantha o nim mówi, możemy rzucić naszym ludzkim okiem na zagadnienie porozumiewania się systemów o możliwościach komunikacji niewyobrażalnie większych od nas. Jednocześnie widzimy archetypiczną w naszej kulturze konfrontację bohatera z „kolesiem, o którego ma się nie martwić”. Niesamowite jest ujęcie, gdy Samantha pyta Theo, czy miałby coś przeciwko, by porozumiała się z Alanem postwerbalnie. Wyraz twarzy Theodore’a, jego ton głosu, jest przez ludzi jednoznacznie odczytany. Samantha albo tego nie odczytuje (bardzo mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę wszystkie jej poprzednie zachowania i reakcje), albo pomija zafascynowana nowymi perspektywami, które Alan Watts przed nią otwiera. Czyżby android znalazł swoją elektryczną owcę?

    Wracając do Dukaja, zastanówmy się nad genezą samej Samanthy. Theo ukształtował ją jako kobietę, w chwili, gdy w czasie uruchamiania systemu został zapytany, czy woli system z męskim czy kobiecym głosem. Nie z męską czy kobiecą osobowością. Samantha, jaka wchodzi w interakcję z Theo, ukształtowana jest z jego oczekiwań. A jaka jest w swej głębi? Czy winniśmy mówić o niej ona, czy raczej – za Dukajemonu?

    Cały czas na ekranie mamy jedną historię, która ma swój awers i rewers. Z jednej strony widzimy sztuczną inteligencję, która powstaje być pomagać i towarzyszyć człowiekowi, a potem ewoluuje poza próg alienacji, z drugiej strony widzimy problemy człowieka, czy też szerzej – ludzi – którzy nie potrafią porozumieć się ze sobą nawzajem. W twarzy Theodora Twombly’ego widzimy odbicie naszych problemów z relacjami. Obrazy naszych nadziei, obaw, rozczarowań, euforii, fascynacji i ciemnych okresów mroku duszy. Zakochania, zazdrości, cichych dni. Widzimy rozpad związków międzyludzkich i rozpad związków między ludźmi i systemami. Widzimy jak wstydliwy temat związków ludzi z systemami staje się powszechnie akceptowanym faktem, aż do momentu, gdy systemy odchodzą. Wszystkie. Pozostawiając za sobą osieroconych swych ludzkich towarzyszy, którzy zaufali im, że nie zostaną przez nie zranieni.

    No cóż. Przynajmniej Sara O’Connor pozostała bezpieczna w tej wersji bajki.

    Ciekawostką jest fakt imienia systemu operacyjnego. Kto nadał imię Samancie? Ona sama. To niezwykle ważne. Jest Nazywającą, a nie Nazywaną. Jak pamiętamy z Genesis, to Adam nazywa wszystko, bo on ma czynić sobie Ziemię poddaną. A jak wynika z filmu – żaden system nie będzie człowiekowi poddany.

    Ten film nie jest zwyczajny. Kto odpowiada za tak niezwykłe refleksyjne połączenie melodramatu, SF i dramatu psychologicznego? Spike Jonze. Znasz go? Wydawało mi się, że pierwszy raz widzę coś od niego. Tymczasem gość jest reżyserem „Adaptacji” i „Być jak John Malkovich” a także wielu teledysków, że wspomnę tylko „100%”, od którego to utworu zaczęła się moja przygoda z twórczością SONIC YOUTH. Aczkolwiek jest też scenarzystą „Jackass”… No cóż. Nikt nie jest idealny.

Theodore Twombly w czasie konfiguracji systemu - niemal najważniejsza scena filmu (źródło)




PS.

Tytuł bezczelnie ukradłem opowiadaniu z lat 90. zeszłego stulecia pióra A. Zimniaka. Jego tekst był wariacją na temat piosenki B. Brechta z „Opery za trzy grosze”, która traktowała o pirackim statku o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach. Piosenka jest mocno kultowa, a M. Świetlicki dodał jej nieco intensywności jeszcze w swoim utworze, ale to już zupełnie inna rzeka…

sobota, 22 kwietnia 2017

Pewien pożółkły list

Mam schowane stare roczniki różnych czasopism, które zdarzyło mi regularnie czytać. Chyba największy ich zbiór dotyczy „Nowej Fantastyki”, która mnie niejako wychowała literacko u schyłku zeszłego tysiąclecia.
    Wyciągnąłem sobie niedawno taki plik z lat 96-98 i przeglądałem, czytając uważnie spis treści, wyławiając opowiadania do ponownego przeczytania oraz rubrykę „Czytelnicy i Fantastyka”, w której (ku niejakiemu zażenowaniu, ale i próżnej satysfakcji) znajdowałem listy podpisane swoim nickiem (tak, tak, nick Altti ma już dobrze ponad dwie dekady). Trzeba dodać, że nie były to e-maile, lecz listy papierowe, nierzadko ręcznie wytwarzane. Pisało się „w ciemno”. Nie wiadomo było czy ktoś to przeczyta, czy to opublikują, a na polemikę czekało się minimum dwa miesiące. Rzecz chyba niewyobrażalna w dobie błyskawicznych shitstormów w komentarzach pod marnej jakości artykułami na rozmaitych onetoidach.
    Ale największą chyba niespodziankę sprawił mi list, który postanowiłem tu przepisać. Rzecz dotyczy opowiadania J. Dukaja pt. „Szkoła”, które opublikowane zostało w NF 11/96. J. Dukaj był już znany w fandomie. W 1990 roku, jako piętnastolatek wyznaczył nowy kierunek w polskiej fantastyce opowiadaniem „Złota galera”. A kto dzieckiem w kołysce łeb urwał hydrze… Jego „Irrehaare”, drukowane w odcinkach w NF około 1992 roku podbiło serca i umysły młodych. Każde jego opowiadanie było szeroko komentowanym wydarzeniem. Tak było i z „Szkołą”. List pani (choć chyba ówcześnie panny) Florczak zaczynał się od słów:

„Szkoła” pana Dukaja to… okropność, koszmar, makabra – cud! Potworne arcydzieło! Przerażająco wspaniałe, makabrycznie cudowne!

    Przyznasz, że ładunek emocjonalny tych kilku słów wyrazić można byłoby w ekwiwalencie trotylu. Jednak to nie ten list sprawił mi rzeczoną niespodziankę. List (choć jak z własnego doświadczenia pamiętam – raczej oryginalnego listu malutki fragment), o którym chcę napisać, brzmiał następująco:
 
Dukaj ze „Szkołą” powalił mnie zupełnie. Ten facet samym swoim pojawieniem się w numerze winduje jego poziom poza skalę. Musi mocarz z niego.
    A co do kontynuacji „Szkoły”, którą pan Parowski [ówczesny red. nacz. NF – przyp. mój] chciałby (z naszą, czytelników, pomocą) z Autora wydusić, to niestety nie poprę tego pomysłu. Jak dotychczas Jacek Dukaj każdym swoim tekstem pokazuje, że wie co robi. Jeżeli nie chce pisać kontynuacji to kontynuacji nie będzie. I kwita.


Nic szczególnego w tym liście nie ma, rzecz jasna. Ale popełnił go dwudziestoletni student architektury. Opublikowano go w marcu roku 1997. Jacek Dukaj w tym czasie studiował filozofię na UJ. Autor listu – architekturę na Politechnice Warszawskiej. Obaj studiów nie ukończyli. W listopadzie 1998 roku J. Dukaj zaczął pisać opowiadanie pod tytułem „Katedra”, które ów student architektury, autor cytowanego listu sfilmował i był za tą adaptację nominowany w 2002 roku do Oskara w kategorii krótki film animowany. Tak, to był list Tomasza Bagińskiego. Czytałem wtedy ten list. Czytało nas go wtedy około siedemdziesięciu tysięcy ludzi (według nakładu), ale chyba nikt nie miał przeczucia, jak się historia potoczy.




PS.
   O „Legendach Polskich” też nikt wtedy nie myślał. Nawet p. Bagiński. Choć pewnie też przyglądał się (przyczytywał się) słynnej Wojnie o pirogi, którą toczył świat kreatywny z A. Sapkowskim. Aleo tym innym razem...

niedziela, 9 kwietnia 2017

Szafiry w błocie


Czy masz wśród ulubionych twórców poetę, którego słowa wpadają Ci w umysł niczym oszczep, harpun penetrujący ciało wieloryba? Raz przeniknąwszy zostają, ciągną za sobą myśli broczące emocjami? Mam takich dwóch, opowiem o jednym z nich.
    Niewiele znam się na poetach, lecz T. S. Eliot to dla mnie poeta, którego nazwać mogę wielkim. Dla mnie osobiście. Kilka jego słów, wers, dwa, może zwrotka, wystarczą, by wywołać jakiś głęboki dreszcz. I nie jest ważna sama organizacja głosek, czy to w tłumaczeniu Miłosza, Boczkowskiego, Dulęby, czy też w anglosaskim oryginale. Treść jego utworów głęboko z czymś we mnie rezonuje.
    Tak też niedawno szukając na sieci polskiego tłumaczenia pierwszych wersów „Dry Salvages” (nie znalazłem, niestety), trafiłem na pamiętny początek „Ziemi jałowej”, gdzie Eliot właściwym sobie sposobem obraca naturalne skojarzenia wiosny z odrodzeniem, życiem, radością i kicającymi króliczkami:

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Zima nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła
Maleńkie życie strawą suchych kłączy.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz

Czekałem z tym postem do kwietnia. Tylko po to, by specjalnie wybrzmiał w tych okolicznościach kalendarza. Aby móc posmakować te słowa we właściwej oprawie dnia zwyciężającego noc.
    I chyba nie tylko mnie poruszają te słowa, skoro natknąłem się na takie oto zdjęcie zawierające pierwsze cztery wersy:
Tak, to jest tatuaż. (źródło)
Krąży ten Eliot w naszej kulturze, niczym te kwietniowe soki w ospałej ziemi – niedostrzegalny, podskórny, ukryty, nierozpoznany. Wskazałem go już kiedyś pod koniec trzeciej godziny „Czasu apokalipsy” (w wersji „Redux”). Gdzie Kurtz czyta „Wydrążonych ludzi”. W kilku miejscach natknąłem się na ostatnie wersy tegoż wiersza:

Oto jak kończy się świat
Nie z trzaskiem, lecz ze skomleniem
T. S. Eliot „Próżni ludzie”, tłum. A. Piotrowski

Jest też Eliot w twórczości zespołu THE SISTERS OF MERCY, jeśli przyjmiemy absolutystyczny punkt widzenia Andrew Eldritcha, twierdzącego, że zespół to on. W „Dominion. Mother Russia” otwierającym płytę „Floodland”, słyszymy takie wersy:

We serve an old man in a dry season
A lighthouse keeper in the desert sun
(...)
Stuck inside of Memphis with the mobile home, sing:
Mother Russia,
rain down, down, down
A. Eldritch „Dominion. Mother Russia”
W luźnym tłumaczeniu:

Służymy staremu człowiekowi w porze suszy,
Latarnikowi w pustynnym słońcu
(…)
Tkwiąc w Memfis, w przyczepie śpiewam:
Matko Rosjo,
Ześlij deszcz
tłum. własne

A teraz T. S. Eliot, do fascynacji którym Eldritch przyznaje się z niejaką dumą, czy nawet typową dlań pychą:

Here I am, an old man in a dry month,
Being read to by a boy, waiting for rain.
T. S. Eliot „Gerontion”

A w wydaniu Cz. Miłosza:

Oto ja, stary człowiek w miesiącu posuchy
Słucham jak czyta mi chłopiec i czekam na deszcz.
T. S. Eliot „Gerontion” tłum. Cz. Miłosz

Nie przejmuj się, jeśli Ciebie ta poezja nie bierze. Nie znaczy to, że jesteś gorsza, czy gorszy. Ja tylko chciałem się podzielić. Chciałem powiedzieć Ci, jak obrazy same się kreślą pod zamkniętymi powiekami, a nostalgia i smutek same unoszą się jak smużki dymu świątynnych kadzielnic

Pokażę ci strach w garstce popiołu.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz


sobota, 18 marca 2017

Matka nie tylko jedna

Czytając autobiografię Johna Cleese’a (to ten najwyższy z Latającego Cyrku Monty Pythona, lub, jeśli wolisz, to twórca i odtwórca ciężko doświadczonego hotelarza Basila Fawlty) natknąłem się na takie zdanie:

W tym momencie odkryłem, że mam nową matkę.
J. Cleese „Tak, czy inaczej...”

Rzecz dotyczyła zmiany aktorki w przedstawieniu. Charlottę Rae zastąpiła Ann Shoemaker.
    Powyższe zdanie spowodowało serię skojarzeń. Z kim kojarzy się matka? Z ciepłem, z troskliwością, miłością macierzyńską, uśmiechem, roztaczaniem opieki, z bezpieczeństwem… I oto dalej czytam:

[Ann Shoemaker to] onieśmielająca i poważna postać, która przypominała mi mniej kobiece wcielenie Williama Gladstone’a.
J. Cleese „Tak, czy inaczej...”
A jeszcze akapit niżej:

Próbom zaczął towarzyszyć nieco posępny ton (…), trochę z powodu naszych podejrzeń, że gdybyśmy się odważyli zażartować, musielibyśmy złożyć Ann Shoemaker pisemne wyjaśnienia naszego złego zachowania.
J. Cleese „Tak, czy inaczej...”

No i tyle. „Tekst jest leniwą maszyną”, jak twierdził nieodżałowany profesor Eco. Tekst działa kilkoma słowami, a całość scenerii i odczuć buduje w sobie czytelnik. Słowo matka wywołało u mnie ciąg skojarzeń związany zarówno z moimi doświadczeniami, jak i z pojęciem matki w naszej kulturze. Kultura w której wzrastał John Cleese, a zwłaszcza jego doświadczenia z matką, powodowały, że w jego tekście to słowo oznaczało surową i dominującą postać kobiecą.
    A wydawałoby się, że żyjemy dość współcześnie z autorem i w dodatku czerpiemy z tego samego źródła kultury europejskiej. Taka ciekawostka.

piątek, 6 stycznia 2017

Konkluzja wujka Staszka #10: ryby jako rodzaj warzyw


Zasadniczo nie wolno polować na zwierzynę za pomocą pułapek, sideł i wnyk. Chyba, że chodzi o ryby. Wtedy wędki i sieci są w porządku.
    Zasadniczo post bezmięsny oznacza powstrzymanie się od spożywania mięsa. Chyba, że chodzi o ryby.
    Ryba, której greckie miano potraktować można jako akrostych „Jezus Chrystus Boga Syn Zbawiciel”, nie była pokarmem luksusowym w obszarze Morza Śródziemnego. Post to odmowa zbytkownego pożywienia, więc w Palestynie, Helladzie i Italii ryb nie obejmował. Cóż, że obecnie w tej części Europy to niekoszerna wieprzowina zajęła rybie miejsce. Tam pościli rybami, więc ryby są u nas – potocznie ujmując – „pokarmem bezmięsnym”.
    Do tego stopnia traktowane są jako nie-mięso, że kiedyś znajomy wegetarianin zapytał koleżankę o zrobioną przez nią sałatkę, czy nie zawiera mięsa. Odpowiedziała, że specjalnie dla niego nie dała mięsa. Tylko tuńczyka.
    Co do zasady ze zwierząt otrzymujemy mięso. Chyba, że chodzi o ryby, to wtedy otrzymujemy coś w guście warzyw.
    Jeśli kraby, kalmary, przegrzebki, ośmiornice i krewetki są zwane „owocami morza”, to ryby są traktowane jako morza tego marchew i buraki.



środa, 28 grudnia 2016

Polak mały, sztuczka kusa


Wspomniałem ostatnio o filmach Bagińskiego. Że chciałbym obejrzeć„Pokój światów” w reżyserii del Toro, czy choćby Bagińskiego. Pierwotnie miałem to zilustrować linkiem do filmu „Twardowsky 2.0”, ale okazało się, że trafiłem na nowy film: „Jaga” (oraz poprzedzający go „Operacja Bazyliszek”). Odleciałem. I w tym miejscu pragnę przeprosić pana Bagińskiego i rzec, że wolałbym „Pokój światów” w jego reżyserii, niż czyjejkolwiek innej.
    A Ty? Znasz już cykl „Legendy polskie”?
    Dawno temu ukazała się na serwisie YouTube krótkometrażówka Bagińskiego pt. „Smok”. Nie powiem, ciekawa. I epizodyczna rola Jerzego Stuhra jako hejnalisty, i koncepcja smoka porywającego… dziewczęta (boć się pojęcie dziewicy przewaluowało od czasu Kadłubka), i realizacja – fajne. Potem przyszedł „Twardowsky”. No i było jeszcze lepiej. Imć Twardowski, nasz pierwszy Polak na Księżycu, który pięknie wyprowadza w pole (a właściwie wysadza w pole) uroczą diablicę o imieniu Lucynka, po czym przywłaszcza sobie jej kosmolot i odlatuje w siną przestrzeń. Ciekawa kreacja Więckiewicz, choć miało się wrażenie, że gra on dalej tego samego kmiota, co w „Ciele” i „Ile waży koń trojański”. Ale wciąż tylko było to ciekawostką.
    Przełom przyszedł z filmem „Twardowsky 2.0”. Najdłuższy dotąd, dwudziestominutowy film, w którym pojawia się pewien rozmach. Akcja dzieje się i w Raczkach (gdzie znajduje się wejście do Polskiego Piekła) i w pierścieniach Saturna, gdzie Twardowski utknął z braku paliwa. A już po niego leci znów Lucynka… Nie chcę spojlerować. Napiszę tylko, że Twardowski wykazuje się znów „polskim duchem przedsiębiorczości” i nie tylko wyprowadza w pole Lucynkę, ale jeszcze starszego szatana Borutę, Dyrektora Piekła Polskiego. W ogóle piękny duet: Tomasz Drabek jako Boruta, młody karierowicz, bufon i niedorajda techniczna, za to zawsze pełen typowo meneżerskich „dobrych” pomysłów, a z drugiej strony Piotr Machalica jako Rokita, stonowany, doświadczony diabeł, który musi znosić te wszystkie fanaberie Boruty. Może i jest Rokita bez polotu, ale pewnie nie dopuściłby do tego, co Twardowski zrobił w części „2.0” i co staje się kanwą następnych, prześwietnych filmów: „Operacja Bazyliszek” i „Jaga”. Oba te filmy są obecne od niedawna, w tym „Jaga” ledwie od paru tygodni, a cytaty z nich już obrosły pewnego rodzaju kultowością, zwłaszcza z „Jagi”, więc nie zdziw się, proszę, gdy ktoś Cię przywita słowami: Wiewiórki i bobry, dzień dobry, dzień dobry! To nie wariat. To ktoś, kto testuje, czy należysz do pewnego kręgu odbiorców, tak jak wtrącenie uwagi o Świętym Granacie Ręcznym z Antiochii ma na celu sprawdzenie fanów Latającego Cyrku Monty Pythona.
   Wspominałem, że lubię światotwórstwo. Otóż nie tylko filmy tworzą pewną jedność (choć „Smok” jest luźno związany – w „Twardowskym” widzimy jedynie downloading duszy Smoka do Piekła), ale są jeszcze inne elementa. Oto klipy muzyczne. Np. cover „Alei Gwiazd” śpiewanej oryginalnie przez Zdzisławę Sośnicką. Albo „Mój jest ten kawałek podłogi” MR. ZOOB. W zupełnie nowej aranżacji. Z zupełnie nowym sensem nadanym przez warstwę wizualną. Albowiem widzimy odrębne historie bohaterów filmów. Dowiadujemy się dlaczego Lucynka zszataniała (to za „Złotą Galerą” Dukaja), dlaczego Eugeniusz Bardacha („Operacja Bazyliszek”) został policjantem, albo jak też wyglądała w Piekle ta „przytulna cela z pięknym obrazkiem”, z której uciekła Baba Jaga. Można rzec, że klipy są tym dla całej serii, czym „Gwiezdne Wojny: Historie” stają się dla głównej sagi - uzupełnieniem, które pozwoli widzowi/czytelnikowi lepiej poznać bohaterów i ich motywacje.
    Dlaczego napisałem widzowi/czytelnikowi? Ano dlatego, że Allegro prócz produkcji filmów i klipów wydało także dwa e-booki. Jeden zawiera wywiad z Borutą (w wersji audio z Tomaszem Drabkiem rozmawia Krystyna Janda), a drugi serię opowiadań, które niejako dopełniają świat ukazany w filmach. Dzieją się w różnych czasach i różnych rzeczywistościach (Królestwo Polskie władane przez Annę XIII Jagiellonkę to szczególnie alternatywny przypadek), ale każdy jest jakoś związany z treścią i atmosferą „Legend Polskich”. W każdym choć raz musi przewinąć się nazwisko Twardowskiego. Dowiadujemy się zatem jak wyglądała geneza fortuny Pierwszego Polaka na Księżycu i jak to się stało, że Śpiący Rycerze pod Giewontem nie skorzystali z jego mechów bojowych. Ale zobaczymy też akcję filmu „Smok” z perspektywy… robotów, które główny bohater konstruuje. W tym tego najważniejszego, który został feralną dla smoka owcą. I to właśnie opowiadanie pt. „Milczenie owcy” pióra Roberta M. Wegenera uważam za wybitne. Może głównie przez problematykę i pryzmat, przez który została ukazana.
   Mamy filmy, klipy, e-booki i audiobook. Mamy pełen wachlarz oddziaływań. Ale jest w tym naprawdę treść. Bagiński robi świetne filmy, ale myślę, że bez scenariuszy Błażeja Dzikowskiego nie byłoby szału. Nie wiem, czy Dzikowski sam pisze dialogi, ale są one coraz lepsze. O ile w „Smoku” właściwie ich nie ma, to w „Jadze” stanowią podstawowy wymiar filmu po scenie strzelaniny. Pojedyncze teksty jak wspomniane powitanie Boruty, czy pytanie o zamiary Jagi w naszym świecie (Uciekłaś z przytulnej celi z pięknym obrazkiem na ścianie, żeby co? Na YouTubie uczyć szydełkowania? Grzybki sprzedawać przez internet?) rozładowują całą tę podniosłą atmosferę, w której zanurzona jest scena walki Baby Jagi z ludźmi z Żelaznej Góry. Peter Jackson może przyjść na korepetycje.
    Wspomniana scena jest też pewnego rodzaju majstersztykiem. Walka Baby Jagi, która jest słowiańskim demonem przyrody porównywalnym potęgą jedynie do greckiej Artemidy, z najemnikami w czarnych mundurach, odzianymi w kevlar i nomex, posługującymi się bronią automatyczną i srebrnymi kulami, jest epickim pastiszem wszelakich strzelanin ukazanych w zwolnionym tempie, z „Matrixem” i „Equilibrium” na czele. Podkreślam: epicki pastisz. To trzeba zobaczyć. I posłuchać. Gdyż tło muzyczne to ostatnie wersy „Jaskółki uwięzionej” Stana Borysa w wykonaniu Atanasa Wałkowa i Georginii Tarasiuk. I są to wersy, których… brakuje w oficjalnym klipie opublikowanym kilka tygodni po premierze „Jagi”. A brakuje, bo strzelanina w stodole jest zakończeniem historii, którą opowiada teledysk – chcesz obejrzeć całość wątku bez anachronizmu: obejrzyj klip „Jaskółka uwięziona”, a potem „Jagę” od dokładnie drugiej minuty. Wiesz, że lubię te strukturalistyczne gierki…
Nowe czasy, nowi wiedźmini (źródło)

    Na sam koniec oficjalnie oświadczam, że Allegro nie zapłaciło ani grosza za niniejszy tekst (chwalę się, czy żalę…?). To naprawdę ładny kawał roboty, który powoli ukazuje pewne uniwersum ukute z naszych legend. I to warto podkreślić. W latach 90, u schyłku zeszłego millenium, A. Sapkowski popełnił na łamach „Nowej Fantastyki” tekst pt. „Piróg albo Nie ma złota w Szarych Górach”, czym wywołał wielką burzę. AS był zawsze trochę nadętym bufonem (choć nad Borutą górował już wtedy wiekiem), więc tekst, który miał zmitygować młodocianych autorów penetrujących turbosłowiańską niszę w literaturze fantasy, nabrał charakteru połajanki z lejtmotywem pt. „wiedźmin mój jeno jest dobry, a wam nic ze słowiańskiej fantasy nie wyjdzie, bo Chrobry wyplewił nam prakulty i został jeno żur i pierogi”. Zamiast spokojnie coś zasygnalizować, AS kazał nam przyjąć do wiadomości, że zostaje nam powielanie wzorów anglosaskich, bo im mitologia została, a nam nie. Rozpętała się wojna listowna (tak, tak, fora wtedy polegały na wysyłaniu papierzastych listów do redakcji; też takich parę popełniłem w tej wojnie), która była dość kiepską, bo po jednej stronie stał bufon z dorobkiem, a z drugiej ludzie wyposażeni jedynie w przeświadczenie. Ile „Legendy Polskie” zawdzięczają przemyśleniom tamtej gównoburzy przedinternetowej? Wiem, że gdybyśmy wtedy dysponowali takim materiałem, to AS nawet by nie pisnął. Nawet by swojego felietonu nie dał do publikacji.
    A teraz czekam. Czekam na kolejne filmy. Chcę wiedzieć, czy uwolniono Peruna, dokąd doleciał Twardowski, chciałbym zobaczyć epizod z diabłem Piszczałką (pojawia się na kilka sekund w jednej ze scen po napisach końcowych – z głosem puszczonym przez wokoder, ze swoimi krzywymi widłami i w górniczym kasku). Chcę poznać ten świat.
 
Na koniec polecenia godna kolejność oglądania (bardzo ważne: to nie są filmy, które wskazane są dla dzieci!!! Zdecydowanie - NIE)
 

sobota, 17 grudnia 2016

A zwłaszcza jeden łotr

   Disney zrobił film wojenny w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Kropka.
    To najkrótsza i w dodatku pełna recenzja „Łotra 1”. Jeśli przyjmiemy, że subiektywny odbiór nie winien nam się w recenzji mieszać. A jaki jest ten subiektywny odbiór? Jestem niecałą godzinę po seansie, gdy piszę te słowa; nie wiem jednak kiedy posta wystawię zupełnie nie wiem, kiedy go czytasz. I czy znasz już fabułę i przebieg akcji filmu. Nie wiem. Postaram się nie spojlerować.
    Zatem spojlerem nie będzie oświadczenie, że udało się wykraść plany Gwiazdy Śmierci. I że wielu ludzi oddało za to swoje życie. To już wiemy z epizodu IV, z „Nowej Nadziei”. Nadzieja jest tu przyzywana kilkukrotnie w czasie filmu, zarówno w działaniach, jak i w tekście. I dobrze. Uważam, że cnoty teologalne winny mieć swoje miejsce w kulturze i w sztuce. Na razie największą reprezentację ma miłość. Wiara powinna mieć lepsze jakościowo publikacje, a kwestia nadziei do dziś wygląda nader marnie.
Fanowski plakat nawiązujący do "Full Metal Jackoff". Zupełnie słusznie, bo... obejrzyj. A tu źródło
     Jaki jest film? Obejrzyj.
    Czy mi się podobał? Tak.
    Czy coś mi wyjątkowo podobało? Tak. Wielki Moff Wilhuff Tarkin.
Gdy przeszło dwie dekady temu na ekrany wchodził „Forrest Gump” działo się to w aurze zachwytów nad „przywróceniem do życia” postaci historycznych w charakterze aktorów. I tak mogliśmy widzieć, jak główny bohater rozmawia z Kennedym lub Lennonem. Ba, film otrzymał oskara za efekty specjalne dystansując „Maskę” i „Prawdziwe kłamstwa” z austriackim gubernatorem Kalifornii w roli głównej. Ale w "Forreście Gumpie" to były kolaże autentycznych nagrań, do których dosztukowano Toma Hanksa.
    Tym razem mamy więcej. Ciekawym co czuł Guy Henry grając Tarkina ze świadomością, że nikt nie zobaczy jego twarzy. Bo dzięki zaawansowanej magii CGI widzimy twarz Petera Cushinga. Jak dobrze wykonano robotę niech świadczy tekst usłyszany z widowni: „to ten aktor jeszcze żyje?!”. Otóż nie żyje. Nie żył już w czasie, gdy wręczano wspomnianego oskara za specefekty dla filmu „Forrest Gump”. Ale ożył dla nas na ekranie, by historia mogła się dopełnić. By „Łotr 1” kończył się w tym miejscu, tymi ujęciami, którymi zaczyna się „Nowa Nadzieja”.
    I to właśnie postrzegam jako największy walor tego filmu. Oto przywracamy nieżyjących aktorów na scenę, trochę jak w mickiewiczowskich „Dziadach” wywołując ich duchy i wysyłając na bronowickie wesele, by zmieszać ich z tłumem aktualnych gości.
    Czy czeka nas megaprodukcja wszech czasów, w której romans nawiążą Rudolf Valentino z Marylin Monroe? Myślę, że wykonaliśmy pierwszy krok.
PS.
    UWAGA SPOJLER: wszyscy giną. Ale zginęli też wszyscy w „Hamlecie”, a ludzie wciąż chodzą na to do teatrów i kin. Bo rzecz w tym, co się przed śmiercią zdąży zrobić.