piątek, 3 kwietnia 2020

Skoro Kordian zawiódł…

Że Słowacki wielkim poetą był, przekonywał już profesor Pimko sto lat temu. Że Dukaj wielkim pisarzem jest, to chyba nie wymaga przekonywania nikogo. Nie wymaga, bo ci, którzy go cenią, już to wiedzą, zaś ci, którzy go nie lubią, nie powinni być zmuszani do zmiany przekonań. Przynajmniej nie grozi im to póki Dukaj nie wejdzie do kanonu lektur.
   Słowackiego, o ile mnie pamięć nie zawodzi, we wspomnianym kanonie reprezentuje garść dziwnie dobranych wierszy, „Balladyna”, w zakresie rozszerzonym „Lilla Weneda”, ale przede wszystkim Kordian, jako przykład bohatera romantycznego. Czując jakiś szacunek do sprawności warsztatowo-językowej Słowackiego nie potrafiłem nigdy zdzierżyć Kordiana jako bohatera. Może ja go jednak nie rozumiem? Angstujący nastolatek, który angażuje się w rozmaite awantury miłosne, zwiedza Europę i na szczycie Mont Blanc przechodzi przemianę, po której angażuje się w spisek, idzie zabić cara i pada zemdlon na progu carskiej sypialni. No, wzorem skuteczności, to on nie jest. Choć bagnety konno przesadził…
Nowy zabójca okazuje swe prawdziwie pokerowe oblicze (źródło)
Dukajowi przypuszczalnie tak samo się nie podobało kordianowe fiasko. Postanawia jakoś to naprawić. Opowiadanie „Gotyk” rozpoczyna się ponownym spotkaniem spiskowców w lochach katedry św. Jana, ale ten autor po cara wysyła kogoś zdecydowanie innego. Nieludzki, człekokształtny jeno, stalowy potwór stworzony do zabijania. Nie odpuszczający raz wskazanego celu i nie przebierający w środkach. Dla osiągnięcia tego celu jest w stanie zabić każdego, kto stanie na jego drodze. Prawie każdego. Jeśli zamajaczyła Ci charakterystyczna twarz Arniego i pomyślałeś, że Dukaj wyznaczył to zadanie terminatorowi, to jesteś całkiem blisko. Bez wątpienia taka była tego inspiracja. Ale by sztafażu nie popsuć robotem z przyszłości, opisanym zamachowcem zostaje stwór wielu imion: Abuelo Acero, Carnifex, Marcus Mactare, Belua, Pugnus, Adamas, Młot. Stalowy Golem powołany do obrony iberyjskich Żydów przed Suprema General u progu szesnastego stulecia. Przepięknie opisuje Dukaj całą niewzruszoną konsekwencję postępowania Carnifexa. Nieczuły na pochlebstwa, obietnice, wykonuje pewną usługę w zamian za pewną sumę pieniędzy, by – jak się okaże – móc zdobywać informacje, które podtrzymają go przy dalszym życiu. Bardzo klimatycznie wypada scena kabalistycznego rytuału dokonywanego gdzieś w wynajętym, warszawskim mieszkaniu.
   A gdy przychodzi czas zabicia cara, przydałaby się kamera M. Baya lub J. Camerona. To, co robi Abuelo Acero jest potworne i cudowne zarazem. Nie chodzi o liczbę trupów, które za sobą stalowy golem zostawia, choć jest ona niebagatelna. Raczej o całokształt nieubłaganej, kroczącej śmierci. Carnifex nie ogląda się na nic – ma do wykonania robotę i żadna przeszkoda, biologiczna ni architektoniczna, nie może go powstrzymać.
    Dukaj zostawia czytelnika z zupełnie nową sytuacją. Car nie żyje. Jest 30 maja 1829 roku. Przypuszczalnie nie dojdzie do Powstania Listopadowego, bo bieg historii wykona w tym miejscu gwałtowny zakręt. Ale to już nie interesuje Abuelo Acero. To w ogóle nie dotyczy jego świata. On zmierza dalej swoją drogą.
    Stalowy Golem. Obrońca. Terminator – czyli „Ten, Który Kończy”. Wspaniały crossover? I do tego opis, który autor kreśli. Ograniczymy się tylko do oblicza:

Te oczy – to płytkie wgłębienia w rzeźbionej tarczy twarzy. Płaska płyta oblicza, przynitowana do ciężkiego łba na policzkach i podbródku, ryta jest w prymitywny wzór sugerujący istnienie w tym ciemnym metalu ust, nozdrzy, uszu, oczu właśnie – ale nadal jest to jedynie symbol twarzy, nie twarz. By zwiększyć podobieństwo, pomalowano go niegdyś w barwach różu, czerwieni i czerni; malunek częściowo zszedł, najlepiej zachowały się wysokie łuki brwi, pociągnięte grubo, na wschodnią modłę, oraz blade migdały policzków – niczym z prawosławnych ikon. Odmalowano mu także ciemne gwiazdy źrenic, lecz i one zgasły, Dziadek Stal spogląda na kryptę oczyma absolutnie bezbarwnymi, jak owe starożytne posągi Apollinów i Aten. Nad szerokim kowadłem czoła rozciąga się wyszczerbiona kryza, fragment rycerskiego hełmu stanowiący część zwartej kopuły czaszki; w cieniu kryzy ginie wykuta w żelazie hebrajska litera.
J. Dukaj „Gotyk”

No i ślicznie. Może tylko mnie się to skojarzyło z kartą do gry „Magic: The Gathering”, która nazywa się „Steel Golem” i wygląda tak:
Jakoś znajomo wygląda (źródło)
O czym mówi nam to opowiadanie ze zbioru „Xawras Wyżryn i inne fikcje narodowe”? Żeśmy zmęczeni martyrologią? Że dla mojego pokolenia kolejne odkosy narodowych zrywów dziewiętnastego wieku nie były motywujące? Że bliżej nam do zdania, które wygłasza tytułowy generał Patton w filmie, że „(…) żaden głupi bękart nie wygrał żadnej wojny umierając za swój kraj, wojny można wygrać tylko zabijając innego głupiego bękarta za jego kraj”? Chyba tak. Jesteśmy zirytowani celebrowaniem klęsk. Dlatego Dukaj uzasadnia wysłanie terminatora model 1492 takimi słowy:

Bo co? – atakuje bez zwłoki Płaczący Smok. – Bo to może być tylko durny młodzian o gorącej głowie, jeden, siódmy, dwudziesty, krew ich wszystkich na naszych rękach, gdy giną w skazanych na niepowodzenie próbach – to jest w porządku, to jest dobre, na to się zgadzamy. Ale morderca, który nie zawiedzie, zimne żelazo bezduszne – o, nie, to wbrew tradycji, jak o tym pieśń ułożyć, jak rozczulić dziatki...
J. Dukaj „Gotyk”

piątek, 27 marca 2020

Spacerując ulicą Krokodyli

„Ulicę Krokodyli”, animację braci Quay z 1986 roku miałem okazję zobaczyć po raz pierwszy gdzieś w drugiej połowie lat 90. Nie wiem, czy to w telewizji publicznej, która przeżywała wtedy stulecie sztuki kinowej, zamiast benefisów gwiazd muzyki biesiadno-weselnej, czy też na jakiejś zajechanej kasecie VHS, dwunastej kopii tego, co Gutek Film wypuszczał na rynek wypożyczalni wbrew kramiarskiej logice, że tylko seks i przemoc przyniosą zysk.

Kadr z filmu Ulica Krokodyli (1986, reż. T. i S. Quay)
Film mnie zaintrygował. Coś tam, ktoś tam przebąkiwał, że Schulz, że „Sklepy cynamonowe”. Ale ja byłem wówczas uczniem technikum, której to szkoły nie było stać intelektualnie na przerabianie Schulza. Głównie z uwagi na ubóstwo intelektualne jej uczniów.
    Zupełnie nie znając zatem tekstu ani kontekstu filmu obserwowałem fantasmagoryczną przygodę lalkowego dżentelmena, który przemieszcza się w ciemnych, klaustrofobicznych przestrzeniach, by spotykać inne lalki. Inne także od niego. On jest marionetką z solidnego tworzywa. One – pustymi w środku wspomnieniami dziecięcych lalek. Są interakcje, jest muzyka Lecha Jankowskiego, która jest integralną częścią tego spektaklu. I jestem ja. Nie znając tekstu ani kontekstu filmu próbowałem odgadnąć przekaz, który chcieli zawrzeć w nim jego twórcy. Znajomość ich innego filmu („Instytut Benjamenta”) szczerze mówiąc nie wyjaśniała, lecz zapraszała, by pogrążyć się w całkowitej, onirycznej malignie prywatnych skojarzeń.
    Obejrzałem sobie znów ten film niedawno. Dzięki uprzejmości jakiegoś jegomościa z serwisu Youtube (link). I znów zawładnęło mną to samo wrażenie nierzeczywistości, szczątkowego tylko zrozumienia sytuacji, na którą patrzę. Czytania zaszyfrowanego tekstu. No dobrze, ale teraz przecież nie ma problemu z przeczytaniem oryginalnego opowiadania, n’est ce pas? W serwisie wolnelektury.pl znajdujemy właściwy tekst i voila

Kadr z filmu Ulica Krokodyli (1986, reż. T. i S. Quay)
I znów obejrzałem film. Tym razem znając opowiadanie. Tym razem widząc, gdzie akcja filmu jest odzwierciedleniem właściwego tekstu, a gdzie obrazy stanowią jedynie symbol pewnych niematerialnych treści zawartych przez Schulza. Wyborne. Ten drugi spacer był zdecydowanie pełniejszy…
    I od razu nasunęła mi się myśl. Że Schulz opisując tę fikcyjną ulicę, zbudowaną z naszych pragnień i lęków, skrytych żądz i wstydliwych pozorów, antycypował obecny stan internetu. Proroczo i poetycko opisywał tandetę, blichtr i zepsucie socmediów, żałosne pozory reklam, nierzetelność informacji i wszechobecne maski. Spójrz na przykład na temat zmysłowego zepsucia, i powiedz, czy nie przychodzą na myśl „influencerki” i bohaterki amatorskich serwisów erotycznych?
 
Wyzywająco ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach nieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa.
    Mieszkańcy miasta dumni są z tego odoru zepsucia, którym tchnie ulica Krokodyli. Nie mamy potrzeby niczego sobie odmawiać — myślą z dumą — stać nas i na przyzwoitą wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąś — a natychmiast spotyka się to uporczywe, lepkie, łaskoczące spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny sposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

Ale to wszak nie wszystko. Czy opis ulicy nie wydaje Ci się kondycją socmediów? Napuszonych postów Facebooka i zastygłych gestów Instagrama?

Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i, rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości. Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały, jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygają na zawsze.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

No i już schulzowskie podsumowanie internetu jako zjawiska zawieszonego w nicości:

Język nasz nie posiada określeń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jej gęstość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie dobiega do swego definitivum, wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego punktu. Mogliśmy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność — w intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę. Cała ona nie jest niczym innym, jak fermentacją pragnień przedwcześnie wybujałą i dlatego bezsilną i pustą.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

Czyż nie widzimy tu naszych udawań internetowych? Czymże innym jest ten blog? Popisem erudycyjnym człowieka, który pokrywa nim dojmującą samotność wśród ludzi? Chyba skończyć wypada ostatnim zdaniem Schulza, które wybrzmiewa także w ostatnim ujęciu filmu:

Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

sobota, 21 marca 2020

Jednym zdaniem

Nim pokażę Ci, jak się jednym zdaniem ukazuje złożoność problemów społecznych, winieniem jest wytłumaczenie, choćby bardzo pobieżne, czym była instytucja konstabla.
    Otóż jeszcze średniowiecznej tradycji (a dokładnie dekretowi Edwarda Długonogiego, którego tak znienawidziliśmy po filmie „Braveheart”) zawdzięczamy najniższy urząd, który można określić mianem policyjnego, czyli właśnie konstabla. Konstablami zostawali przedstawiciele lokalnej społeczności, którzy pełnili funkcje porządkowe, a do ich szczególnych zadań należało m.in. ściganie zbiegłych więźniów. O ile w miastach temat straży i konstabli był uregulowany i ich obecność była wymagana, to na terenach wiejskich pełnili oni funkcje bez mała dekoracyjne. Nie byli specjalnie umundurowani, ani uzbrojeni, a wyróżniała ich jedynie opaska na ramię i pałka z królewskim godłem. I – co ważne – nierzadko uchylali się jak mogli od pełnienia tej funkcji, to też król Karol II w 1673 roku w swojej ustawie przewidział dla takiego nicponia karę pięciu funtów [źródło] (a było to wtedy zapewne niemało; jeśli ta kwota została utrzymana w czasie akcji opowiadania dziś byłoby to prawie pół tysiąca funtów [źródło]). Wiadomości te zaraz nam się przydadzą, by zrozumieć, co i jak można pięknie zawrzeć w jednym, zgrabnym zdaniu.
    Thomas Hardy, autor słynnych powieści, takich jak „Tess d’Uberville” i „Juda nieznany”, popełnił także cztery tomy opowiadań, spośród których jedno, zatytułowane „Trzej nieznajomi” znalazło się w antologii „Opowieści z dreszczykiem. Noc druga” (Iskry, 1960), którą mam okazję posiadać. O samej antologii może innym razem – teraz wyrażę tylko ubolewanie, że nie wydaje się już chyba tego typu zbiorów, które byłyby przeglądem źródeł literatury grozy, a dla niektórych być może stanowiłyby inspirację. Ale – do ad remu.

John Constable (zbieżność nazwisk przypadkowa) "Wóz na siano" (źródło)

Akcja opowiadania dzieje się w hrabstwie Wessex, w trzeciej dekadzie dziewiętnastego stulecia. Pewnej deszczowej nocy, w chacie owczarza, który z krewnymi i znajomymi świętuje narodzenie swej drugiej córki, krzyżują się drogi trzech nieznajomych, nocnych rozbitków z połoniny, na której chata jest zbudowana. Pierwszy milczy, siedzi obok kominka, drugi robi wokół siebie więcej hałasu, po niejakim czasie okazuje się, że jest katem, który utknął tu w drodze do Casterbridge – niedalekiego miasta, w którym ma nazajutrz powiesić skazańca. Trzeci pojawia się tylko na chwilę w drzwiach i widząc dwóch pierwszych – znika w deszczu i mroku. Niedługo po tym rozlega się odgłos armatniego wystrzału, powtarzany w regularnych odstępach czasu – znak, że  więzień zbiegł. Kat natychmiast przejmuje dowodzenie i wywołuje lokalnego konstabla:

- Czy jest wśród nas jaki konstabl? – spytał grubym głosem. – Jeśli tak, niech wystąpi.
Pięćdziesięcioletni narzeczony, drżąc na całym ciele wyszedł spod ściany, a jego narzeczona zaczęła płakać na oparciu krzesła.
– Czy jesteście zaprzysiężonym konstablem?
– Chyba tak, proszę pana.
T. Hardy  „Trzej nieznajomi”

Widać już po tej niepewności, że ormowcy Jego Królewskiej Mości nie wyróżniali się specjalnym poczuciem obowiązku. Ale akcja dopiero się rozkręca. Po krótkiej dyspucie na temat użycia właściwych środków przymusu bezpośredniego (konstabl odmawia interwencji, póki nie przyniesie sobie swojej urzędowej pałki z wyrytym godłem i koroną), rusza kierowany przez konstabla pościg.  Rzecz jasna trzeba sobie od razu powiedzieć, że pospolite ruszenie lokalsów wyrwanych z imprezy pod śmiałym i sprawnym kierownictwem niechętnego konstabla w deszczową, ciemną noc, wśród wzgórz Wessexu, nie miało zbyt wielkich szans na pojmanie zbiega. Jednak, głównie dzięki imperatywowi narracyjnemu, który zamanifestował się pod postacią jedynego drzewa na stoku, grupa parafian z widłami i pałkami osacza trzeciego nieznajomego pod jesionem, pod osłoną którego zbieg ukrywa się przed ulewą. I tu następuje to, na co chciałem zwrócić uwagę:

Sylwetka jego, kiedy patrzyli z tyłu, wyraźnie odbijała się na tle nieba. Ścigający podeszli bezszelestnie i stanęli z nim twarzą w twarz.
– Pieniądze albo życie! – zawołał groźnym głosem konstabl zwracając się do nieruchomej postaci.
T. Hardy  „Trzej nieznajomi”
 
Nie widziałem chyba dotąd zdania, które tyle mówiłoby o tej fatalnej kondycji, w jakiej znajdowały się angielskie służby porządkowe na terenach rolniczych w początkach XIX wieku. Czy konstabl był dawnej zbójem, że się tak odezwał? Niewykluczone. Czy konstabl pomylił się, bo rola jaką mu narzucono kojarzyła się z funkcją zbója królewskiego? Niewykluczone. Pozdrawiam w tym miejscu fanów Łamignata. Czy autor tą czynnością pomyłkową (we freudowskim tego słowa znaczeniu) chciał pokazać swoje poglądy na ówczesne społeczeństwo? Trudno mi orzec. W tym jednym zdaniu, jak w hologramie, widać całą przestrzenną gamę odczuć i refleksji dotyczących funkcji konstabla w sielskim krajobrazie hrabstwa Wessex.
    O ile pewnie T. Hardy, autor rzeczywisty opowiadania „Trzej nieznajomi”, miał pewnie własny pogląd i własny cel we wpisaniu właśnie tego zdania do treści, to T. Hardy jako autor modelowy, napisał zdanie, które czytelnikowi modelowemu niczym pryzmat rozbija te trzy słowa konstabla na całe spektrum domysłów i refleksji. I – co dla mnie, jako czytelnika empirycznego nie pozostaje bez znaczenia – rozśmiesza.

środa, 19 lutego 2020

"Pułapka na minotaury"

No i stało się.
    Trochę chciałbym Ci wytłumaczyć się z mojej dwuletniej nieobecności. Robiąc ileś rzeczy naraz (boć z blogowania się w moim przypadku nie żyje) dotarłem do miejsca, w którym musiałem odpuścić niektóre formy aktywności. M. in. blogowanie, które, jak zauważyłem, stało się nieco wysilone. Skoro nie muszę, to po co robić coś byle jak i bez serca?
    Dwa lata mnie nie było. Przez ten czas kończyłem pisanie opowiadań, dobierałem je, układałem na swoich miejscach, a przede wszystkim redagowałem we współpracy z nieocenioną panią Teresą Leśniak. Musiałem trochę tez nauczyć się o składaniu ebooków formacie EPUB, poznać arkana nadawania numerów ISBN i dopełnić pewnych formalności w moim miejscu zarobkowania.
    Teraz mogę już zaprezentować gotowy wytwór – zbiór opowiadań pod tytułem „Pułapka na minotaury”.

O czym to jest?
Wyobraź sobie.
Wyobraź sobie, że przeczytana książka może zmienić Twój świat. Dosłownie.
Wyobraź sobie, że Aleksander Macedoński zginął pod Cheroneą, nim zdążył czegokolwiek dokonać.
Wyobraź sobie, że nie wszyscy mijani na ulicy ludzie należą do naszego gatunku.
Wyobraź sobie, że popularne portale aukcyjne pełne są przedmiotów przeklętych.
Wyobraź sobie, że klątwa umierającego potwora realizuje się podczas drugiej wojny światowej.
Jest jeszcze wiele zjawisk do wyobrażenia. W tym zbiorze znajdziesz krótki ich przegląd.

Realizm magiczny, historia alternatywna, rozmyślania prysznicowe oraz śladowe ilości selera i orzechów arachidowych.
Na zdrowie!

PS.
Dostępne komercyjnie na platformie E-bookowo.pl (a dokładniej → TU)

piątek, 10 listopada 2017

Konkluzja wujka Staszka #11: Antagonizm

Na ostatnio odkrytej przeze mnie stronie kwantowo.pl przeczytałem artykuł pt. „Z wykładu Hellera: Jak usprawiedliwić historię Wszechświata?”. Prof. Michał Heller, jeden z najważniejszych astrofizyków naszych czasów, przy okazji prezbiter kościoła rzymsko-katolickiego (czy ktoś jeszcze pamięta Teilharda de Chardin?...), często prowadzi wykłady, w których ukazuje astrofizykę od nietypowej dla tej nauki strony. Wykład, o którym artykuł traktuje, nosił tytuł „Od Wielkiego Wybuchu do Gułagu”. Poruszenie – niebanalne, poważne, zastanawiające – zagadnień łączących historię Wszechświata i rozważania o miejscu człowieka w tej historii wymaga, jak przyznasz, odwagi i wiedzy zdecydowanie większych niż przeciętne. Mnie zastanowił szczególnie fragment, w którym autor strony cytuje pytanie, które padło po wykładzie, niezwiązane bezpośrednio z jego tematem:

- Co powiedziałby ksiądz profesor osobom, które starają się oddzielić naukę od religii?
- Niech oddzielają.
dostęp z dnia 10.11.2017 r.
Ks. prof. Michał Heller (źródło)
Zadumany zapytałem retorycznie:
- A co powiedziałby ksiądz profesor osobom, które starają się zantagonizować naukę i religię?
Niezawodny wujek Staszek podniósł głowę znad czytanej książki i zapytał:
- Opowiedz, proszę, jak antagonizuje się lekkoatletykę i rybołówstwo?

niedziela, 22 października 2017

Kruk i Zły Wilk

Noc już była, północ zgoła, gdy rozmyślałem nad wynurzeniami E. A. Poe, który w swym eseju „Filozofia kompozycji” kreuje się na zegarmistrza składającego swój poemat „Kruk” z precyzyjnie dobranych i dopasowanych części. Uwagę moją zwrócił szczególnie fragment związany z wyborem refrenu (tego legendarnego kraknięcia „Nevermore!”). Ponieważ tekst ukazał się w Przeglądzie Humanistycznym w roku 1972 i jakoś nie był potem szczególnie namiętnie wydawany (jakieś strzępki w „Fantastyce” przy okazji wspomnienia poematu „Kruk”), pozwolę sobie zacytować obszerne fragmenty, zamiast odsyłać do pożółkłego periodyku.
Niby nie o tym kruku, ale ten mi się spodobał (źródło)

Uważnie przebiegając myślą zwykłe efekty artystyczne – albo raczej sposoby, w sensie teatralnym – nie mogłem nie dostrzec od razu, że nie ma powszechniej używanego niż refren. Ta powszechność wystarczyła mi jako dowód jego istotnej wartości, oszczędzając mi szczegółowej analizy w tym względzie. (…)
    Postanowiłem urozmaicić i tym samym spotęgować jego efekt, zachowując na ogół monotonię brzmienia, lecz stale zmieniając myśl – to znaczy postanowiłem wywoływać efekty wciąż nowe zamieniając zastosowanie refrenu, przy czym sam refren najczęściej pozostawałby bez zmiany.
    Ustaliwszy to, zastanawiałem się, co ma być moim refrenem. Ponieważ musiał on być używany w różnych zastosowaniach, powinien oczywiście być krótki, dłuższe zdanie bowiem nastręczałoby nieprzezwyciężone trudności przy częstych wariacjach. Im krótsze będzie wyrażenie, tym łatwiejsze naturalnie staną się wariacje. Stąd wyciągnąłem natychmiast wniosek, że najlepszy w tym przypadku refren to jedno słowo.
    Powstała następnie kwestia, jakie właściwości powinno mieć to słowo. Skoro myślałem o refrenie, poemat musiał być podzielony na strofy – czyli każda strofa z refrenem na końcu. Że takie zakończenie dla pełnego efektu musiało być dźwięczne i nadające się do emfatycznego wydłużania, to nie ulegało wątpliwości. Te względy w nieunikniony sposób kazały mi wybrać o jako najdźwięczniejszą samogłoskę i r jako spółgłoskę najbardziej produktywną.
    Brzmienie refrenu było więc określone, teraz należało wybrać słowo, w którym to brzmienie ucieleśniłoby się i które zarazem harmonizowałoby jak najlepiej z melancholią, mającą stanowić tonację poematu. W poszukiwaniu czegoś takiego prawie niepodobieństwem było nie trafić na słowo Nevermore. Rzeczywiście, ono nasunęło mi się pierwsze.
    Następnie wypadło mi znaleźć pretekst, żeby uzasadnić stały powrót tego jednego słowa Nevermore. Kiedy rozważałem trudność, jaką mi sprawiało poszukiwanie dostatecznie przekonywającej racji dla takiego ciągłego powtarzania, prędko zrozumiałem, skąd się ta trudność wzięła – powodowało ją wyłącznie założenie, ze słowo będzie w sposób nieprzerwany i monotonny powtarzane przez istotę ludzką. Zrozumiałem, że trudno jest pogodzić tę monotonię i i rozumność istoty powtarzającej jedno słowo. Z tego natychmiast zrodził się pomysł istoty nierozumnej, a umiejącej mówić, i od razu, rzecz naturalna, odpowiednią kandydatką wydała się papuga, ale wyprał ją kruk, który też mówi, a nieskończenie lepiej harmonizuje z wybraną przeze mnie tonacją.
    W tym momencie miałem już zatem koncepcję kruka, ptaka złowieszczego, który monotonnie powtarza słowo Nevermore na końcu każdej strofy melancholijnego poematu liczącego mniej więcej sto wierszy.
E. A. Poe „Filozofia kompozycji”

 Czy można wykorzystać ten mechanizm nie będąc posądzonym o plagiat? Czy można wykorzystać go prawdziwie twórczo? Wydaje się, że tak. A dowodzi tego serial „Dr. Who” w swej odsłonie z roku 2005 (sezon I nowy, Dziewiąty Doktor). Fani serialu wiedzą pewnie o czym mówię. Russell T. Davies umyślił w kolejnych odcinkach umieszczać w różnych miejscach nawiązania do pojęcia Zły Wilk (Bad Wolf). Czym, tudzież kim okazał się Zły Wilk w ostatnim odcinku tego sezonu pominę, by nie odbierać przyjemności tym, którzy jeszcze w przygodach Doktora nie zasmakowali. Tak czy inaczej zastosowanie motywu Złego Wilka w całej serii było doskonałą egzemplifikacją mechanizmu opisanego półtora wieku temu przez poetę z Baltimore.
    Czy na tym koniec? Czy refren, jakim go opisał Poe, nie wystąpił nigdy już? Nie mogę się z tym zgodzić.
    Ceterum censeo – Hodor.

sobota, 7 października 2017

Sezon burz

Opuście stengę! Żywo! Niżej, niżej!
Grotem go pod wiatr ustawić!
Przekleństwo na ten skowyt!
Przekrzykują burzę i nas przy pracy.
W. Shakespeare „Burza” (przeł. M. Słomczyński)

Czy zauważyliście, jak ważna jest dla literatury figura burzy?
     Burza jest jak wykrzyknik. Nigdy nie pojawia się w utworze bez powodu. I najczęściej nie upływa bez konsekwencji. Czasem jest zaledwie podkreśleniem nastroju, jak w powieści pisanej przez Snoopy’ego, sympatycznego beagla z komiksu „Fistaszki”, która zaczyna się od osławionej frazy „Była ciemna i burzliwa noc”. Z drugiej strony może być burza kluczowym momentem zawiązania akcji – jak w przytoczonym na wstępie dramacie Stratfordczyka. Między nimi zaś rozściela się cała skala burz, od letniego pogrzmiewania, które stanowi tło makbetowskim wiedźmom, do huraganu zmiatającego miasta, jak u Sapkowskiego w powieści, od której zaczerpnąłem tytuł, lub u Marqueza, gdy wiatr zabiera Macondo (owszem, wiem, że mowa tam tylko o wietrze, bez gromów i bez deszczu).

Latarnia Maracaibo, niemal nieustająca burza u ujścia rzeki Catacumbo (źródło)
Snoopy ma pierwszeństwo.
    Jak bardzo kultowy jest cytat z powieści przemiłego pieska, zdałem sobie sprawę dopiero gdy w powieści Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny” natknąłem się na taki ustęp:

Na ścianie naprzeciw mojego biurka wisi plakat, który mi podarowano. Piesek Snoopy siedzi przed maszyną do pisania, a w dymku czytamy zdanie: „Była ciemna i burzliwa noc...” Za każdym razem, gdy tu siadam i czytam: „Była ciemna i burzliwa noc”, bezosobowość tego incipitu zdaje się przede mną otwierać przejście z jednego świata do drugiego, z czasu i przestrzeni tu i teraz w czas i przestrzeń napisanej strony. Urzeka mnie początek, który stwarza niewyczerpane, wielorakie możliwości dalszego poprowadzenia akcji, przekonuję się, że nie ma nic lepszego nad konwencjonalne rozpoczęcie utworu, nic lepszego od wstępu, po którym można spodziewać się wszystkiego i niczego. Zdaję sobie też sprawę, że ten pies mitoman nigdy nie zdoła dołączyć do pierwszych pięciu słów dalszych pięciu czy dziesięciu wyrazów nie rozwiewając czaru.
I. Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny”

Profesor Calvino wiedział, o czym pisze. Będąc jednocześnie literatem, jak i literatury teoretykiem, widział całą potencjalność takiego otwarcia tekstu. To właśnie zrobił Shakespeare.
    Postawmy się w sytuacji widza elżbietańskiego teatru. Przyszliśmy na przedstawienie o tytule „Burza”. Przedstawienie się zaczyna, akt pierwszy, pierwsza scena, nie mija kilka minut, a tytułowa burza spycha statek na skały. Za Eliotem chcemy zapytać jakie to morza brzegi? Jakie skały siwe? Wyspy jakie? Nic nie wiemy. Pyskówka między pasażerami a załogą niewiele przed nami odkrywa. Są jacyś dworzanie, król pod pokładem, jak wynika z rozmów. I śmierć za burtą. Scenę kończy dobitne zdanie godne hollywoodzkich one-linerów: „Wolałbym suchą śmierć”. Niewiele się dowiedzieliśmy ponadto, że była to ciemna i burzliwa noc.
   Efektownie też wykorzystuje Shakespeare burzę w „Makbecie” czyniąc z niej scenografię dla wystąpienia trzech wiedźm. Czy tylko scenografię? Grzmoty i błyskawice towarzyszą obu ich wystąpieniom, obu spotkaniom z Makbetem. I mimo iż to Zeus dzierży przydomek Gromowładnego, to właśnie trójosobowa Hekate (tak świetnie potem rozegrana przez Gaimana w cyklu o Sandmanie/Morfeuszu/Władcy Snów) zdaje się być w „Makbecie” uosobieniem burzy.
    Bo czymże jest dla nas burza? Połączeniem aż trzech żywiołów: wichru, wody i ognia niebieskiego. Czymś co budzi nasz niepokój (zakładam, że już nie trwogę). Zatem doskonale nadaje się do wykorzystania w literaturze jako element narzucający nastrój grozy, napięcia, niebezpieczeństwa. A na pewno odarcia z komfortu. Doskonale rozumiał to E. A. Poe. Toteż jedno z najbardziej niepokojących swoich opowiadań, „Metzengestein”, kończy sceną epickiego pożaru i śmierci głównego bohatera. Ale żeby wzmocnić swój przekaz każe się temu wszystkiemu odbyć – rzecz oczywista – w ciemną i burzliwą noc:

Pewnej nocy burzliwej Metzengerstein, z ciężkiego snu ockniony, wybiegł jak obłędny z komnaty i, pośpiesznie dosiadłszy rumaka, zabrnął w poskokach do labiryntu lasu.
E. A. Poe „Metzengerstein” (tłum. B. Leśmian)

Ma też burza i w naszej literaturze ważne miejsca. Juliusz Słowacki, przypuszczalnie za Shakespearem, używa burzowej scenerii w „Królu-Duchu” do rozpoczęcia fabuły:

Ja, Her Armeńczyk, leżałem na stosie
Trupem… przy niebios jasnej błyskawicy;
Kaukaz w piorunów się ciągłym rozgłosie
Odzywał do ech ciemnej okolicy.
Niebo sczerniało… ale świeciło się
Grzmotami, jak wid szatańskiej stolicy.
A ja świecący od ciągłego grzmota
Leżałem. — Zbroja była na mnie złota.
J. Słowacki „Król-Duch” Rapsod I, Pieśń I
Burza towarzyszy naszemu Herowi-Popielowi także na zakręcie życia, gdy nieświadom wpada w sidła przeznaczenia:

Tu patrz! jak straszne są duchowe sprawy!
Jakie okropne zastawiają sidła!
Raz, gdy z dalekiej wracałem wyprawy,
A piorunów się różne malowidła
Przez długi deszczu włos świeciły krwawy,
Ja i rycerze ujrzeliśmy skrzydła
Orłów pobitych… w tak wielkiej ilości,
Jak na cmentarzach gdzieś Germanów kości.
J. Słowacki „Król-Duch” Rapsod I, Pieśń I

Miłosiernie nie będę wspominał sceny narodzin Popiela i tego co wyprawiała Róża, jego matka, gdyż archaiczny język Słowackiego brzmi w tym miejscu już dla nas nieco śmiesznie. Wspomnę tylko, że traktowała małego Popiela jak „skrę piorunową”. Zresztą burzowa retoryka towarzyszy Popielowi aż do sceny zgonu, twarzą w twarz z kometą, gdy spopiela go ogień, to mamy przeświadczenie, że bohater został rażony piorunem, choć z uważnej lektury wynika, że tak nie jest.
    Niesamowitość burzy wykorzystał także S. Rushdie w swej ostatniej (dotąd) powieści, gdy zaczyna nowojorską część opowieści od słów:

Z górą osiemset lat później, a teraz już przeszło tysiąc lat temu, w miejscu oddalonym o ponad trzy i pół tysiąca mil, na miasto naszych przodków spadła niczym bomba wielka nawałnica.
S. Rushdie „Dwa lata osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy”

Po tym zdaniu następuje opis apokaliptycznych zniszczeń, któremu uległo Wielkie Jabłko, ale jest to niczym, wobec spustoszenia, któremu ulega życie jego mieszkańców. Burza, która dewastuje tam miasto jest tym hitchcockowskim gambitem, trzęsieniem ziemi, po którym napięcie narasta. Pioruny stają się tam także bronią przeciw dżinnijskim okupantom, a jedna z bohaterek nosi imię Burzyczka. Można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że całą powieść czuć ozonem.
    Myślę, że nie powinienem pomijać specyficznej nowelki Williama Austina pt. „Peter Rugg, zaginiony”, która pochodzi z 1824 roku (zwracam uwagę na datę, gdyż w Europie szaleje już romantyzm). Nowelka ma modną podówczas formę listu (innym przykładem jest „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” M. Shelley), w którym pan Dunwell relacjonuje swoje spotkanie z Peterem Ruggiem, człowiekiem, który swym zachowaniem naraził się był na klątwę wiecznej tułaczki. Rugg przemierza północno-wschodnie regiony Stanów Zjednoczonych z dzieckiem u boku, w swym zniszczonym powoziku zaprzężonym w konia, który jest postury wołu. Zmierza on niezmordowanie do Bostonu, by zdążyć do domu przed nocą, ale lata mijają, a on nie może dotrzeć na miejsce. W pewnym momencie zjawił się nawet u drzwi swego domu na Middle Street w Bostonie, ale o pokolenie zbyt późno – nikt nie znał jego, ani jego krewnych, czy znajomych, w dodatku ulicom pozmieniano ich nazwy. Peter Rugg stał się lądowym Latającym Holendrem, Żydem Wiecznym Tułaczem w wersji Nowego Świata. A zawsze towarzyszy mu burza:

Na pytania odpowiedział, że owego mężczyznę i jego pojazd spotkał był w ciągu dwóch tygodni w czterech różnych stanach; że zawsze tamten dopytywał się o drogę do Bostonu, i że za każdym razem taka burza jak dzisiejsza zalewała mu wóz i cały towar (…)
W. Austin „Peter Rugg, zaginony”

Peter Rugg sam sobie był winien, jak się dowiadujemy. Jak to często bywa – słowo ptakiem wyleci, klątwą powróci. Oto jak się sprawa zaczęła:

Rugg wzbraniał się, Cutter nastawa coraz gwałtowniej:
Ależ mój drogi! Burza nie mija, wkoło czarna noc! Kto widział, narażać tak dziecko! Masz otwarty powozik, a burza wzmaga się z każdą chwilą!
Niech się wzmaga! – wykrzyknął Rugg i zaklął jeszcze: – Choćby burza ta miała trwać wiecznie, dojadę dziś wieczór do domu, albo mogę go więcej nie oglądać!”. Z tymi słowy zaciął konia, który ruszył z kopyta i zniknął w ciemności.
W. Austin „Peter Rugg, zaginony”

Mamy tu klasyczny sztafaż romantycznych motywów: burza, klątwa, wieczna tułaczka. Jest to tak nośna kombinacja, że pod koniec XIX stulecia Peter Rugg był już postacią należącą do nowoangielskiego folkloru i bohaterem opowieści na dobranoc (aż mi się przypomniała „Ballada o toksycznej niani” Grupy Rafała Kmity)
    Powinniśmy na koniec wrócić tam, gdzie zaczęliśmy – na morze. A jest tak opisów zmagań burzowych co niemiara, żeby tylko wymienić Conrada, Londona i Verne’a na samym początku. Ale po krótkiej analizie ilości materiału, o którym warto byłoby opowiedzieć, postanowiłem nie nadużywać Twojej cierpliwości i zakończę w tym miejscu.

Riders on the storm.
Riders on the storm.
Into this house we're born
Into this world we're thrown
Like a dog without a bone
An actor out alone
Riders on the storm.
THE DOORS „Riders on the Storm”