sobota, 29 sierpnia 2020

Gra w grę

Czym jest gra? Najpierwszą myślą jest trawestacja wypowiedzi Augustyna o czasie: „Wiem, dopóki o tym nie myślę”. A ja sobie ostatnio sporo o tym myślałem. Więc nie wiem.
    Wikipedyczna definicja podaje, że jest to

(...) czynność o ustalonych zasadach, w której udział bierze jedna lub więcej osób. Od innych rozrywek grę oddziela istnienie ścisłego zbioru zasad gry, od innych skodyfikowanych czynności jej rozrywkowy charakter.

Wikipedia, hasło „Gra”: https://pl.wikipedia.org/wiki/Gra
dostęp z dnia 29.08.2020 r. godz. 13:49

Czyli mamy tu dwa wyróżniki: ścisłe reguły i rozrywkowy charakter. No i nie pasuje mi to za nic. Wypadają z niej na przykład mezoamerykańska ulama, która była rytualnym sportem związanym z zabijaniem, czy prowadzona przez Antoniusa Blocka partia szachów ze Śmiercią (wszak nie o płochą rozrywkę chodziło, lecz była to walka o życie) w „Siódmej pieczęci” I. Bergmanna. Z kolei do zbioru gier według tej definicji wjeżdża cała klasa zadań logicznych pokrewnych krzyżówkom i sudoku.
    Nie twierdzę, że ta definicja jest zła, tylko, że mnie nie satysfakcjonuje.
    Czy mam zatem jakąś inną, którą chciałbym się podzielić? Tak. Kilkadziesiąt lat temu przeczytałem w jakimś artykule o „The Doors” zdanie wyjęte z poezji ich frontmana, Jamesa D. Morrisona:

Każda gra zawiera w sobie ideę śmierci.

J. D. Morrison „Władcy” (tłum. A. Brodowicz)


Zafiksowałem się na tym cytacie na długie lata. Wydaje mi się, że jest to piękne uchwycenie pewnego warunku koniecznego, bym rozpoznał dane zjawisko jako grę. Chodzi o przegraną. Grę można przegrać lub jej nie-przegrać. W tym sensie zawiera ideę śmierci – jeśli przegrasz to umrzesz, jeśli nie – jeszcze się spotkamy. W sukurs moim fanaberiom intelektualnym przychodzi Gra. The Game (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gra_(gra_umys%C5%82owa)). Gra myślowa, która ma tylko jedną główną zasadę – nie wolno myśleć o Grze. Każdorazowo, gdy o niej pomyślisz, przegrywasz. Jest jeszcze jedna zasada, nazwijmy ją formalno-redakcyjną, która mówi o tym, że należy ogłosić swoją przegraną. James D. Morrison (celowo nie „Jim”) byłby zachwycony. Ta gra zawiera wyłącznie ideę przegranej. W Grę nie da się wygrać. Można jedynie spowodować, by inni przegrywali częściej, na przykład rozpowszechniając informacje dotyczące Gry.
Ogłoszenie o przegranej w Grę (źródło)


Jest jeszcze w tej klasie gier myślowych ciekawa odmiana Gry, która zwie się Bazyliszek Roko, ale to już odrębny temat.
    Biorąc pod uwagę założenie, że gra musi zawierać ideę przegranej z podaniem jej kryterium, możemy się umówić, że grą nie będzie rozwiązywanie sudoku w ubikacji, lecz będzie już rozwiązywanie sudoku na czas (określona liczba rozwiązań w zadanym czasie, bądź najkrótszy czas dla danego zadania). Nie będzie grą zwyczajny jogging, ani nawet bieg z pomiarem czasu. Ale grą już będzie bieg z limitem czasu lub minimalną długością (dobiegłem lub nie). Zupełnie naturalne będzie ustalenie gry, w której porównam swój czas biegu na danym dystansie z czasem mojego kolegi – i właśnie odkryliśmy czym są zawody lekkoatletyczne: porównywaniem wyników i wskazywaniem przegranego (zwycięzcą zostaje ten, który nie przegra lub przegra najmniej).
    Ciekawe, co tym pomyślałby L. Wittgenstein, człowiek, który początek swoich „Dociekań filozoficznych” oparł o koncepcję gier językowych, by w pewnym miejscu zastanowić się nad samą ideą gry. Człowiek, który przegrał swoją grę z K. Popperem w momencie gdy chwycił pogrzebacz, chcąc go w tej grze użyć. A gra miała udowodnić, że wszystkie tzw. „problemy filozoficzne” są jedynie grami językowymi.

Kiedyś grałem w pewną gierkę
Lubiłem wczołgiwać się do swojego mózgu
Myślę, że znasz tę grę –
To gra „pogrążaj się w szaleństwie”

(…)

Ta gierka jest całkiem fajna
Tylko zamknij oczy, nie da się przegrać
A ja tam jestem, idę z tobą,
Rozluźnij kontrolę – przebijamy się na drugą stronę…

THE DOORS „A Little Game” (tłum. własne)

 

niedziela, 16 sierpnia 2020

Pamięci budowniczych Artemizjonu

 

Źle uczymy historii.

    W roku 212 p.n.e. Rzymianie ostatecznie przełamują obronę Syrakuz. Nieznany z imienia legionista zabija Archimedesa, który do ostatnich chwili zajęty jest problemami matematycznymi, toteż woła przed śmiercią: „Nie zamazuj moich kół!”.
    To bardzo dziwna rzecz, można powiedzieć, że wręcz odwrotna do tego co dzieje się z historią w skali makro: znamy nazwisko i dokonania ofiary, a nie jego zabójcy.
    Zazwyczaj jest odwrotnie. Napoleon, Hitler, Stalin, Aleksander „Wielki”, Saldyn, Czyngis-chan. Tych postaci nie trzeba przedstawiać. Wyryły się w naszej pamięci strugami krwi i wypaliły pożogami wzniecanymi przez wojsko. A kim byli Pierre Lescot, Claude Perrault i Pierre Fontaine? Coś Ci chodzi po głowie, że pisali bajki? Blisko. To tylko kilku z wielu architektów, którzy projektowali i czuwali nad budową pałacu w Luwrze. A kogo się wspomina w kontekście tego pałacu? Despotycznego króla, w dodatku lokując jego imię w kuriozalnym związku frazeologicznym „dokończył budowę pałacu w Luwrze”. Pewnie sam kafelki układał.
    Zbyt wiele czasu i uwagi poświęcamy rozmaitym przywódcom, królom, władcom, dyktatorom i dyrektorom. Oni już odebrali swoją nagrodę. Celebrujemy pamięć bitew (nawet czasem słusznie), a nie próbujemy pamiętać o naukowcach, odkrywcach, budowniczych. Gdyby nasze podręczniki do historii wpadły w ręce obcych cywilizacji, to mieliby niezłą zagwozdkę próbując ustalić, dlaczego mamy tak rozwiniętą cywilizację, zajmując się właściwie głównie wzajemnym zabijaniem się. Dlatego można potem pisać jak Elon Musk, że piramidy budowali kosmici, bo on kojarzy tylko historie wojen faraonów z ościennymi ludami toczoną przy użyciu zaostrzonych patyków. Czyli włóczni i strzał. Gdy w kółko słuchamy o władcach, zaczynamy myśleć, że to faktycznie oni i ich geniusz za wszystkim stali. Że był władca i jego szara masa, którą on mocą swej charyzmy natchnął do wybudowania tych wszystkich dzieł. A potem wydaje się, że niepotrzebni nam błyskotliwi inżynierowie, jeśli mamy okrutnego dyrektora – on sam wszystko pociągnie.
    „Zapisujemy w historii jednostki wybitne”. Naprawdę?! Krótkie dwa pytania. Pierwsze: kto zaprojektował i nadzorował budowę Artemizjonu w Efezie? Nie wiemy, co? Drugie: kto go spalił? Szewc Herostates. Dziękuję, oskarżenie nie ma więcej pytań.

Statek dziejopisów głupców (H. Bosch, źródło)

 
Koncentrujemy się na złu, które sobie wzajemnie wyrządzamy. Opowiadamy o bitwie pod Grunwaldem i późniejszemu oblężeniu Malborka, ale czy możesz powiedzieć, kto stał za budową zamku w Malborku? Łatwo znajdziesz nazwisko czeskiego dowódcy najemników, który za obietnicę spłacenia żołdu sprzedał Polakom zamek w czasie wojny trzynastoletniej, ale trudno Ci będzie znaleźć imiona architektów i majstrów, którzy postawili twierdzę technicznie niezdobytą. A przecież ten Czech tylko podjął decyzję o otwarciu bram. Ale była wojna, a on był „dowódcom”.
    Gdy takich rzeczy będziemy uczyć młodych, to sobie do głów pobiorą, że tylko menadżerowie są ważni. A przecież są ważni. Ale są tylko trybikami, takimi jak księgowa, sprzątaczka i woźny.
    Gdy patrzę na tytuł zbioru opowiadań Borgesa „Powszechna historia nikczemności”, jestem przekonany, że na ten tytuł zasługują raczej nasze podręczniki szkolne.
    Historia zła to zła historia.

sobota, 8 sierpnia 2020

Kultyści

Dawno temu, dzieckiem będąc, czekałem na pokrytym skajem krzesełku w salonie fryzjerskim, aż fryzjerka skończy strzyc któreś z moich rodziców i ja zasiądę w wielkim (tak go ówcześnie postrzegałem), popękanym fotelu. A tymczasem czytałem leżące na stoliku gazety. Umówmy się: wielkiego wyboru nie było. Ale wychodziło wtedy czasopismo „Przekrój”, w którym rozumiałem część artykułów (teraz wychodzi podobne, choć słabsze, noszące ten sam tytuł). I zdarzył się tam artykuł, który dotyczył utworów zwanych „kultowymi”.
    Autor tegoż artykułu starał się odpowiedzieć na pytanie: co sprawia, że dana książka lub film stają się kultowe. Zapamiętałem jedną z jego tez, że o kultowości świadczy to, że fani danego utworu mówią do siebie cytatami z utworu. Dotyczyło to zwłaszcza powieści „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego, której fandom miał się rozpoznawać wzajemnie za pomocą takich właśnie cytatów. Autor wspomina, że nie dochodziło do jakichś dodatkowych interakcji, zadzierżgiwania znajomości, lecz tylko chodziło o identyfikację, rodzaj systemu „swój-obcy”.
    Ten mechanizm możesz obserwować co dzień na stronach internetowych, gdzie w strumieniu komentarzy pojawiają się pojedyncze wtrącenia, hasła, na które podając prawidłowy odzew dokonujemy identyfikacji, przyporządkowania do grupy. Język tych cytatów ma charakter stawiania granic i weryfikacji, po której stronie granicy rozmówca się znajdzie.
    Nie zawsze wymagany jest pełen cytat. Wystarczy nawiązanie. Niedawno na portalu JoeMonster pojawiła się kolejna odsłona cyklu artykułów „Zatrzymane w kadrze” (https://joemonster.org/art/51083/Zatrzymane_w_kadrze_CCCLIV_Nieudany_zamach_na_Hitlera), w której pod numerem #10 znajduje się zdjęcie francuskich żołnierzy z okresu I Wojny Światowej, który należeli do oddziału „najeźdźców okopów” (to zdecydowanie gorzej brzmi od angielskiego terminu trench raiders). Oddziały te w czasie wojny pozycyjnej, gdy żołnierze mieszkali miesiącami w okopach naprzeciw siebie, dokonywały nocą wypadów do okopów nieprzyjaciela, gdzie przy użyciu broni białej i obuchowej mieli za zadanie wyeliminować jak najwięcej żołnierzy i wrócić do siebie. Zdjęcie załączam poniżej. 
   
Trench raiders (źródło)
 
Widzimy czterech żołnierzy w hełmach, maskach przeciwgazowych i dodatkowo okutanych w jakieś osobliwe kożuchy, czy też baranice. Pod artykułem znajduje się sekcja komentarzy, w której najwyższą notę otrzymał ten, który rozbudowuje historię tych żołnierzy i prezentuje zdjęcie ich broni. Niewiele mniej „głosów” otrzymuje komentarz brzmiący:
   

wyglądają jakby chcieli, żeby przynieść im żywopłot

   https://joemonster.org/art/51083/Zatrzymane_w_kadrze_CCCLIV_Nieudany_zamach_na_Hitlera

dostęp z dnia 08.08.2020 r. godz. 17:44

 
W pierwszym czytaniu nie ma to najmniejszego sensu. Dlaczego czterech facetów w baranicach i hełmach miałoby sprawiać wrażenie, że chcieliby dostać jako rzecz ruchomą element zdecydowanie nieruchomy, jakim jest żywopłot? I tu właśnie jest ta granica, która wynika z kultowości. Ci, dla których kultowym jest dorobek grupy Latającego Cyrku Monty Pythona pamiętają doskonale, że w filmie „Monty Python i Święty Graal” z roku 1975 znajduje się wątek Rycerzy Ni, którzy nie chcą przepuścić króla Artura i jego rycerzy. Chyba, że ten przyniesie im… tak – żywopłot.

Rycerze Ni (źródło)
 

W poniższym filmie jest zebrana całość scen z Rycerzami Ni. Przedmiotowe żądanie pojawia się w drugiej minucie filmu.


   Zauważ, że nie w komentarzu nie nastąpiło zwyczajne nawiązanie. Jego autor nie napisał: „wyglądają jak Rycerze Ni”. On tę wiadomość ukrył. Taka kultyczna hermeneutyka (pop)kultury. Pisząc o przyniesieniu żywopłotu odwołał się się do żądania absurdalnego, surrealistycznego, które występuje niezwykle rzadko w kulturze, a dość rozpoznawalane jest jedynie w kontekście filmu szalonych Anglików (i jednego Amerykanina). Odwołując się do figury przynoszenia żywopłotu precyzyjnie wskazał nawiązanie swoim. Dał kultystom Monty Pythona sygnał, że jest jednym z nich. A oni potwierdzili mu swoją obecność przez 71 głosów pozytywnych (kliknięcia ikonki „łapka w górę” przez zalogowanych użytkowników portalu).
    Tak się odbywają teraz plemienne obwoływania na puszczy.
    Dlaczego o tym mówię? Bo chciałem postawić swoją hipotezę dotyczącą tego, co czyni dany utwór kultowym. W typowo internetowym stylu „nie znam się, więc się wypowiem”.
    Zwróć uwagę, że kultowymi stają się często utwory, które niosą ze sobą ładunek irracjonalny, surrealistyczny, czy wręcz absurdalny. Popatrz na wąską klasę polskich filmów, które najczęściej określane są mianem kultowych: to „Rejs”, „Hydrozagadka, komedie Barei (np. „Miś”) i Chęcińskiego („Sami swoi”). Swego czasu kultowym był dramat „Wesele”. One wszystkie zawierają elementy fantastyczne, niespotykane na co dzień.
    Gombrowiczowska „Ferdydurke” także wsławiła się kultową sceną pojedynku na miny, w którym spluwaczka była ważnym rekwizytem. I teraz aluzje do nurzania rąk w spluwaczce, czy pojedynkowania się na miny, nieodmiennie osadzają wypowiedź w kontekście „Ferdydurke” skutecznie wysyłając na out tych, którzy
    Wśród dzieł literatury światowej do ścisłej czołówki powieści jednocześnie kultowych i kanonicznych zaliczamy obie części przygód Alicji (w Krainie Czarów i Po Drugiej Stronie Lustra) i Biały Królik staje się dzięki temu symbolem, do którego można się odwołać, gdy chcemy wskazać proces przejścia do innej rzeczywistości. A gdy sformułujemy dwuzdanie: „Nora Białego Królika prowadzi nas do innego świata. Zwłaszcza, jeśli jest to Królik z Caerbannog”, to już wymagamy od odbiorcy znajomości zarówno „Alicji w Krainie Czarów” jak i wspomnianego filmu „Monty Python i Święty Graal”, gdzie w jaskini Caerbannog żył biały królik-zabójca.
    Wydaje mi się, że kultowymi łatwiej stają się te utwory, które nie są bezpośrednim odbiciem znanej rzeczywistości. Że właśnie elementy absurdalne lub surrealistyczne powodują, że łatwiej do nich nawiązać w sposób, który ukryty jest przed laikatem. Gdyby Rycerze Ni nie chcieli żywopłotu, ale sakiewki złota, to komentarz w brzmieniu „wyglądają jakby chcieli, żeby przynieść im sakiewkę złota” byłby słabo rozpoznawalny. Nie odniósłby swojego efektu.
    Czy jeśli przypiszesz Białego Królika do przygód Alicji oznacza już, że jest ta powieść dla Ciebie kultowa? Jeszcze nie – Biały Królik wszedł już do kanonu symboli kultury. Kultowe symbole muszą być poza kanonem. Ich rozpoznanie musi stanowić o wyodrębnieniu kultystów, elity. Co to za elita, gdy cztery piąte społeczeństwa w niej partycypuje? Ale gdy już zaproponuję Ci kadryla z homarami, a Ty złapiesz nawiązanie i odpowiesz „Gryf lubi to”, to właśnie znalazło się dwoje kultystów. Kultyści sięgają głębiej, poza kanon. Miałbym kłopot określić „2001 Odyseję kosmiczną” jako kultową, gdyż w świecie filmów SF stanowi on kanon. Ale kultowym może być już „Plan 9 z kosmosu”. Natomiast możemy się zastanawiać, czy w kontekście całokształtu kultury, w której SF jest niszą, kultowym będzie ostatnie zdanie filmu:

My God! It’s full of stars!
(Mój Boże! Tu jest pełno gwiazd!)

A. C. Clarke „2001 Space Odyssey”

Paradoksalnie elitarne stają się teraz utwory, których treści były kanoniczne, lecz przestają być rozpoznawalne. Ich symbole wypadają z kanonu. Kim jest Beatrycze? Dla mnie jeszcze jest oczywiste, że była natchnieniem Dantego. Ale pokolenie, które teraz wychodzi ze szkół, nie odróżnia Dantego od Dantona i jeśli napomknę im o Beatrycze, to pozostanę niezrozumiany. Taka dygresja.

   Na zakończenie chciałem Ci zaproponować chwilę z wykładem Dariusza Basińskiego dotyczącego kina kultowego. Wykład został wygłoszony w ramach kultowego programu „Lutownica, ale nie pistoletowa tylko taka kolba” kultowej grupy „Mumio”:

 

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Wieczór mankietów

Obiecałem Ci już dawno temu (pośród wielu tematów, które obiecałem) opowiedzieć o zjawisku, które pięknie uchwycił duet autorski Jorge Luisa Bogesa i Adolfo Bioy Casaresa w opowiadaniu „Gradus ad Parnassum”, a które dla swojej wygody nazwę „nocą mankietów”, co z kolei jest parafrazą pewnego fragmentu wymienionego tekstu (w oryginale był „wieczór mankietów”).
   Opowiadanie „Gradus ad Parnassum” pochodzi ze zbioru „Kroniki Bustosa Domecqa”, o którym miałem już okazję opowiadać. Każda nowelka stanowi tam wspaniałe, pełne ironii opisanie doprowadzonego do absurdu jakiegoś pomysłu sztuki awangardowej. A przy tym opowiadania są zabawne i – co najpiękniejsze – prawdziwie inspirujące.
   Nieobecnym bohaterem tego utworu jest świeżo zmarły poeta Santiago Ginzberg. Narrator wspomina najpierw pierwszy poemat pt. „Goździki dla ciebie i ja”, w którym znajduje się taki dwuwiersz:

Na rogu zebrali się przyjaciele
wieczór mankietów w oddali umyka.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

No i pięknie. Poezja awangardowa, zderzenia znaczeń, taka sytuacja. I znów zacytuję tu oryginał, który najlepiej mówi sam za siebie:

Problem pozostałby w lesie, gdyby nie działalność niżej podpisanego, który między północą a świtem wygrzebał w pliku papierów notes zapisany ręką samego Ginzberga (…)
   Ostrożnie zmierzamy do przodu. Mankiet znaczy według słownika: „Część rękawa, najbliższa przegubu, zwłaszcza od strony wewnętrznej i od podszewki”. Nie zgadza się z tym Ginzberg. We własnoręcznych zapiskach proponuje: „Mankiet określa w moim wierszu wzruszenie melodią, jaką słyszeliśmy kiedyś, po czym zapomnieliśmy i przypominamy ją sobie po upływie lat”.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

   Nie mamy szans z takim autorem. Najmniejszych.
   Spójrz na to od strony języka jako narzędzia komunikacji. Słowo mankiet zostało w umowie społecznej, jaką jest język, przypisane do pewnej części odzieży. Czytając zdanie w którym pojawia się słowo mankiet próbujemy dopasować go do kontekstu, lub raczej odtworzyć kontekst znając pierwotne znaczenie. Podobnie jak słowo kołnierz, które także oznacza pas materiału obrębiający otwór odzieży, w którym znajduje się szyja, może znaczyć zakończenie rury obrębiające jej wylot w sposób umożliwiający jego mocowanie do innego fragmentu instalacji. Jest tu pewne podobieństwo które nawet osobie nie szkolonej z zakresu hydrauliki czy pneumatyki pozwoli zrozumieć w lot czym jest kołnierz rury jeśli zna słownikowe znaczenie ododzieżowe. Czytając o wieczorze mankietów osadzonym w kontekście towarzyskim (słowo przyjaciele wieńczy poprzedni wers) popróbujemy sobie wyobrazić cokolwiek poetycką scenę ubranych w koszule ludzi, którzy żegnają się kończąc jakiś etap nocnej zabawy. Mankiety mogą być wskazaniem na ich elegancki ubiór… No ale już możemy sobie przestać to wyobrażać, bo oto okazuje się, że autor nadał słowu mankiet zupełnie inne, nieintuicyjne znaczenie, po czym zapisał je w notesie i schował. Komunikacyjną funkcję języka szlag trafił.
   Czy to źle? Spółka Borges&Casares w tym opowiadaniu opisuje także następne etapy twórczości, gdzie „Trzcinka na rogu” i „skrzynka nałogu” zostają zaakceptowane jako synonimy przez Ginzberga, a potem pojawiają się w jego twórczości słowa wcale dotąd nieobecne w słowniku, za to posiadające swoje znaczenie dla samego autora. Znaczenia, którymi się rzecz jasna nie podzielił, lecz skrupulatnie zapisawszy je w notesie pieczołowicie notes ten ukrył pozostawiając czytelników z niepojętymi neologizmami w rodzaju nocomoco, jabuneh, czy też grugnó. Tekst przestaje być środkiem komunikacji, staje się testem Rorschacha. Czy to źle?
    To zależy. Gdy nie musimy nic komunikować, to możemy się pochylić z zaciekawieniem nad „Finneganów trenem” J. Joyce’a, czy poematem „Jabberwocky” L. Carrolla. Tu nam wolno wyobrażać sobie dowolnie wygląd Dżaberłaka i snuć fantazje jak wygląda psztowie. Ale gdy chcemy przekazać precyzyjnie informację, musimy używać wspólnego słownika. Przykład? Nie dopuszczam myśli, że zamówione przez internet wkręty o łbach stożkowych, staną się w dostawie śrubami o takich łbach, tylko dlatego, że sprzedawca twierdzić będzie, że on sobie nazywa śruby wkrętami, bo jedno i drugie mocuje się kręcąc. Nie wyobrażam sobie, że zamawiając w restauracji smażonego pstrąga dostanę bukiet gotowanych warzyw, bo tak sobie szef kuchni umyślił nazywać warzywa. Że opowiadam absurdy? Nikt tak nie robi? A nie znasz przypadkiem ludzi, którzy używają słowa bynajmniej w funkcji słowa przynajmniej? Dla przypomnienia:

bynajmniej: zupełnie, wcale, ani trochę (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/bynajmniej;5415671.html, dostęp z dnia 28.06.2020 r.)

przynajmniej: wyraz podkreślający to, na czym mówiącemu szczególnie zależy, co uważa on za minimum konieczne w jakiejś sytuacji; (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego

Celowo przywołuję Doroszewskiego, bo jest mniej precyzyjny niż obecny Słownik Języka Polskiego, bardziej potoczny.
   Posługiwanie się słowem bynajmniej jako zastępnikiem przynajmniej jest dosłowną implementacją nocy mankietów. A to, że coś tam rozumiemy z kontekstu, że to bynajmniej nie o bynajmniej chodziło, lecz o to drugie pojęcie, to że swoje notesiki z prywatnymi słownikami publikują i się nimi wymieniają, nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
    Tłumaczeniom różnych ludzi, którzy próbują usprawiedliwić swoje maniery językowe tym, że można te wyrazy zamieniać, bo „pierwotne znaczenie słowa bynajmniej mało kto tera zna”, bo „wszyscy tak mówio”, bo „słyszałem, jak w radiu tak mówili, to znaczy, że tak teraz jest”, mam do powiedzenia tylko jedno:
Bynajmniej.

Mankiet w swej postaci zgodnej ze słownikiem. Pic rel

piątek, 12 czerwca 2020

W malowanej gospodzie

Jest rok 2018. Oskarowa gala, wśród filmów nominowanych w kategorii „Najlepszy długometrażowy film animowany” znajduje się „Twój Vincent” - jedyne chyba w swoim rodzaju dzieło, którego animacja realizowana była poprzez poklatkowe zdjęcia tysięcy obrazów olejnych malowanych przez przeszło setkę artystów. Wszystko stylu i kolorystyce obrazów Vincenta van Gogha, o którego ostatnich dniach życia opowiada film. Otwarta koperta, … and the winner is…, i pada tytuł disnejowskiej produkcji – „Coco”.
   „Twój Vincent” pozostał bez statuetki. Cytując klasyka: „jak do tego doszło – nie wiem”. Nie widziałem „Coco”, ale widziałem już tyle filmów Disneya, że mogę mieć pojęcie o klasie tego filmu. Ja zasadniczo lubię animacje imperialne Myszy (oprócz ich „Gwiezdnych Wojen” w nowej odsłonie – za „Ostatniego Jedi” powinien paść co najmniej jeden wyrok skazujący), ale nie sądzę, żeby „Coco” było na poziomie „Króla Lwa”, czy choćby „Shreka”, bo minęły dwa lata i nikt o „Coco” nie mówi w kategorii filmu kultowego.
   Ale wróćmy do „Twojego Vincenta”, któremu Oscar się po prostu należał.
    Naszego tytułowego bohatera poznajemy gdy już nie żyje. Armand Roulin, syn naczelnika poczty poproszony zostaje, by doręczyć spóźniony list od Vincenta van Gogha jego bratu, Theodore’owi. Armand nie jest zachwycony. Nie lubił Vincenta, a i bycie listonoszem nie jest jego marzeniem. Podkreśla, że nie po to uczył się na kowala. Ale nie odmawia ojcu. Jedzie dostarczyć list i na miejscu dowiaduje się, że Theo także nie żyje. Aby jednak nie wracać z listem, Armand jedzie do Auvers-sur-Oise, miejscowości, w której Vincent przebywał przed śmiercią, aby dostarczyć list jego lekarzowi, doktorowi Paulowi Gachetowi… I tu sytuacja się zaczyna zagęszczać. Niemal z każdą chwilą Armand dowiaduje się czegoś nowego o nieżyjącym malarzu i okolicznościach jego śmierci. A czym więcej wie, tym bardziej sytuacja staje się niejasna. Każdy kolejny trop rodzi nowe pytania. Armand zaczyna prywatne śledztwo, zostaje w Auvers dłużej by dowiedzieć się prawdy. A prawda jest coraz bardziej niejasna. Samobójstwo? Czy morderstwo? A jeśli morderstwo, to kto strzelał? Dlaczego lekarz nie operował? Dlaczego żandarm stara się zaszpachlować sprawę, zamiast dociec jej sedna?
   Film wciąga. Jest przepiękny wizualnie, gdyż przez bite półtorej godziny oglądamy ruchome obrazy olejne, na których widać kolory nakładane charakterystyczną techniką holendra. Historia wciąga także. Nie tylko Armanda, który zaczyna popadać w obsesję dowiedzenia się prawdy. Na co patrzymy? Mógłbym powiedzieć – na film kryminalny namalowany przez van Gogha.
Pole pszenicy ze żniwiarzem, według van Gogha - alegoria śmierci (źródło)

Jeszcze raz to podkreślę: nie oglądamy onirycznych obrazków, ale podążamy za głównym bohaterem szukając prawdy o ostatnich dniach życia Mistrza. Van Gogh jawi się nam jako osoba niesłychanie samotna i wrażliwa, która stara się utrzymać zdrowe zmysły na wodzy, a tymczasem osacza go małe miasteczko godne pióra Stephena Kinga. Oglądamy to miasteczko kolorami i pędzlem van Gogha oraz przenikliwością Armanda Roulina.
   Co mogę powiedzieć? Nie interesował mnie van Gogh zanim nie obejrzałem filmu. Dzięki niemu zarówno doceniłem go jako malarza, ale także zaciekawił mnie jako człowiek. Dziękuję Netflixowi, że umożliwił mi poznanie tego filmu (jak zwykle do kina miałem pod górkę).
   Polecam.

piątek, 5 czerwca 2020

Trudne sprawy: dobro

Nie będę się dziś wymądrzał. Chciałem zadać Ci jedno pytanie, abyśmy mogli zastanawiać się nad nim jedząc zupę, biorąc prysznic lub czytając recenzje na literackich blogach.
    Pytanie brzmi: dlaczego tak trudno skonstruować ciekawą historię o dobrych rzeczach?
   Pytanie to wraca do mnie co jakiś czas niczym zepsuty bumerang. Zauważ, ile miejsca w podręcznikach historii zajmują wojny, kryzysy, konflikty, schizmy, ewentualnie zarazy (zwane obecnie pandemiami). Ale na tym nie koniec.
    Mamy w historii Polski jednego króla o przydomku „Wielki”. To, rzecz jasna, Kazimierz III Wielki. Król, któremu zawdzięczamy odbudowę i rozwój państwa, uczelnię w Krakowie i – najprawdopodobniej – fakt, że z Czarnej Śmierci wyszliśmy cało, a nie straciliśmy, jak inne narody europejskie, trzeciej części naszych ludzi. No i pięknie. Ale co o nim więcej pisze się w podręcznikach? Jak bardzo jest to nośne? Ile powieści powstało o nim? Nawet, gdy już ktoś postanowił sprokurować serial (mowa o „Koronie królów”, to trudno było znaleźć coś bardziej interesującego niż… intrygi – przejaw zła, niszczenia.
   Historie o sprawach Dobra najczęściej napisane są wyjątkowo źle.
    Cały temat wrócił do mnie po wymianie komentarzy pod postem o „Martwych duszach” Gogola w interpretacji W. Nabokowa na blogu Pyzy. Napisała wtedy znamienne zdanie, które tu postanowiłem przytoczyć, gdyż jest sednem problemu.

A co do skończenia czy też nie skończenia – wiesz, to co dostajemy w II tomie a propos Odkupiciela jest bardzo rozczarowujące. Trochę pachnie takim nieudanym Dostojewskim i widać, że Gogol się wypalił, że tak bardzo mu zależało na napisaniu Wielkiego Dzieła o Niebie, że aż to nie wyszło. I wiesz, w „Boskiej Komedii” też nie bez kozery właśnie „Piekło” budzi największą ekscytację (też literacką).

Pyza (https://pierogipruskie.pl/2020/04/nabokoviada-2-martwe-dusze-mikolaj-gogol-nabokov/#comment-11774, dostęp z dnia 05.06.2020 r.)


Zauważ jak wiele dzieł literackich osnutych jest na motywie konfliktu. Jak bardzo nośny jest temat konfliktu, walki. Jak mało poświęca się dniom spokoju i budowania.

Sauron (źródło)

Dlaczego ekscytuje nas walka? Dlaczego nawet budowanie czegoś, jeśli ma stanowić tło interesującej historii, musi być związane z pokonywaniem problemów? Zwróć uwagę na język, który nas tu prowadzi w bojowym szyku: „pokonywanie”, „przezwyciężanie”.
I z tym pytaniem zostawiam Cię na razie.

sobota, 30 maja 2020

Wyroby własne: „Ostatni dom przy Cornland Road”


Nie wiem, czy to samochwalstwo, autopromocja, czy zwyczajny komunikat. Załóżmy, że to ostatnie.

Zapraszam do lektury mojego opowiadania pt. „Ostatni dom przy Cornland Road” w majowym numerze internetowego magazynu „Histeria” (numer XXXVIII), który można całkowicie bezpłatnie pobrać z tej oto strony internetowej: http://magazynhisteria.pl/czytajpobierz/


Miłej lektury!


Podobno przywiózł ze sobą jakąś dziwną skrzynkę, niewiele większą od futerału na skrzypce, w której coś grzechotało z pogłosem, jaki nie przystoi małym drewnianym skrzynkom. Podobno były to kości diabła. Podobno od czasu, gdy się sprowadził na bagna, zaczęły się tam dziać złe rzeczy – ludzie znikali w lesie, krzyczeli w snach, kobiety częściej rodziły martwe dzieci. Ale nikt nie był w stanie udowodnić, że jest to związane z de Kokiem. W końcu Chesapeake w Wirginii to nie Salem w Massachusetts, a i półtora wieku wystarczyło, by ludzie ochłonęli i przemyśleli swoje decyzje, zanim czyimś stosem oświetlą ciemność swoich serc.

W. Kryska „Ostatni dom przy Cornland Road”