sobota, 7 października 2017

Sezon burz

Opuście stengę! Żywo! Niżej, niżej!
Grotem go pod wiatr ustawić!
Przekleństwo na ten skowyt!
Przekrzykują burzę i nas przy pracy.
W. Shakespeare „Burza” (przeł. M. Słomczyński)

Czy zauważyliście, jak ważna jest dla literatury figura burzy?
     Burza jest jak wykrzyknik. Nigdy nie pojawia się w utworze bez powodu. I najczęściej nie upływa bez konsekwencji. Czasem jest zaledwie podkreśleniem nastroju, jak w powieści pisanej przez Snoopy’ego, sympatycznego beagla z komiksu „Fistaszki”, która zaczyna się od osławionej frazy „Była ciemna i burzliwa noc”. Z drugiej strony może być burza kluczowym momentem zawiązania akcji – jak w przytoczonym na wstępie dramacie Stratfordczyka. Między nimi zaś rozściela się cała skala burz, od letniego pogrzmiewania, które stanowi tło makbetowskim wiedźmom, do huraganu zmiatającego miasta, jak u Sapkowskiego w powieści, od której zaczerpnąłem tytuł, lub u Marqueza, gdy wiatr zabiera Macondo (owszem, wiem, że mowa tam tylko o wietrze, bez gromów i bez deszczu).

Latarnia Maracaibo, niemal nieustająca burza u ujścia rzeki Catacumbo (źródło)
Snoopy ma pierwszeństwo.
    Jak bardzo kultowy jest cytat z powieści przemiłego pieska, zdałem sobie sprawę dopiero gdy w powieści Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny” natknąłem się na taki ustęp:

Na ścianie naprzeciw mojego biurka wisi plakat, który mi podarowano. Piesek Snoopy siedzi przed maszyną do pisania, a w dymku czytamy zdanie: „Była ciemna i burzliwa noc...” Za każdym razem, gdy tu siadam i czytam: „Była ciemna i burzliwa noc”, bezosobowość tego incipitu zdaje się przede mną otwierać przejście z jednego świata do drugiego, z czasu i przestrzeni tu i teraz w czas i przestrzeń napisanej strony. Urzeka mnie początek, który stwarza niewyczerpane, wielorakie możliwości dalszego poprowadzenia akcji, przekonuję się, że nie ma nic lepszego nad konwencjonalne rozpoczęcie utworu, nic lepszego od wstępu, po którym można spodziewać się wszystkiego i niczego. Zdaję sobie też sprawę, że ten pies mitoman nigdy nie zdoła dołączyć do pierwszych pięciu słów dalszych pięciu czy dziesięciu wyrazów nie rozwiewając czaru.
I. Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny”

Profesor Calvino wiedział, o czym pisze. Będąc jednocześnie literatem, jak i literatury teoretykiem, widział całą potencjalność takiego otwarcia tekstu. To właśnie zrobił Shakespeare.
    Postawmy się w sytuacji widza elżbietańskiego teatru. Przyszliśmy na przedstawienie o tytule „Burza”. Przedstawienie się zaczyna, akt pierwszy, pierwsza scena, nie mija kilka minut, a tytułowa burza spycha statek na skały. Za Eliotem chcemy zapytać jakie to morza brzegi? Jakie skały siwe? Wyspy jakie? Nic nie wiemy. Pyskówka między pasażerami a załogą niewiele przed nami odkrywa. Są jacyś dworzanie, król pod pokładem, jak wynika z rozmów. I śmierć za burtą. Scenę kończy dobitne zdanie godne hollywoodzkich one-linerów: „Wolałbym suchą śmierć”. Niewiele się dowiedzieliśmy ponadto, że była to ciemna i burzliwa noc.
   Efektownie też wykorzystuje Shakespeare burzę w „Makbecie” czyniąc z niej scenografię dla wystąpienia trzech wiedźm. Czy tylko scenografię? Grzmoty i błyskawice towarzyszą obu ich wystąpieniom, obu spotkaniom z Makbetem. I mimo iż to Zeus dzierży przydomek Gromowładnego, to właśnie trójosobowa Hekate (tak świetnie potem rozegrana przez Gaimana w cyklu o Sandmanie/Morfeuszu/Władcy Snów) zdaje się być w „Makbecie” uosobieniem burzy.
    Bo czymże jest dla nas burza? Połączeniem aż trzech żywiołów: wichru, wody i ognia niebieskiego. Czymś co budzi nasz niepokój (zakładam, że już nie trwogę). Zatem doskonale nadaje się do wykorzystania w literaturze jako element narzucający nastrój grozy, napięcia, niebezpieczeństwa. A na pewno odarcia z komfortu. Doskonale rozumiał to E. A. Poe. Toteż jedno z najbardziej niepokojących swoich opowiadań, „Metzengestein”, kończy sceną epickiego pożaru i śmierci głównego bohatera. Ale żeby wzmocnić swój przekaz każe się temu wszystkiemu odbyć – rzecz oczywista – w ciemną i burzliwą noc:

Pewnej nocy burzliwej Metzengerstein, z ciężkiego snu ockniony, wybiegł jak obłędny z komnaty i, pośpiesznie dosiadłszy rumaka, zabrnął w poskokach do labiryntu lasu.
E. A. Poe „Metzengerstein” (tłum. B. Leśmian)

Ma też burza i w naszej literaturze ważne miejsca. Juliusz Słowacki, przypuszczalnie za Shakespearem, używa burzowej scenerii w „Królu-Duchu” do rozpoczęcia fabuły:

Ja, Her Armeńczyk, leżałem na stosie
Trupem… przy niebios jasnej błyskawicy;
Kaukaz w piorunów się ciągłym rozgłosie
Odzywał do ech ciemnej okolicy.
Niebo sczerniało… ale świeciło się
Grzmotami, jak wid szatańskiej stolicy.
A ja świecący od ciągłego grzmota
Leżałem. — Zbroja była na mnie złota.
J. Słowacki „Król-Duch” Rapsod I, Pieśń I
Burza towarzyszy naszemu Herowi-Popielowi także na zakręcie życia, gdy nieświadom wpada w sidła przeznaczenia:

Tu patrz! jak straszne są duchowe sprawy!
Jakie okropne zastawiają sidła!
Raz, gdy z dalekiej wracałem wyprawy,
A piorunów się różne malowidła
Przez długi deszczu włos świeciły krwawy,
Ja i rycerze ujrzeliśmy skrzydła
Orłów pobitych… w tak wielkiej ilości,
Jak na cmentarzach gdzieś Germanów kości.
J. Słowacki „Król-Duch” Rapsod I, Pieśń I

Miłosiernie nie będę wspominał sceny narodzin Popiela i tego co wyprawiała Róża, jego matka, gdyż archaiczny język Słowackiego brzmi w tym miejscu już dla nas nieco śmiesznie. Wspomnę tylko, że traktowała małego Popiela jak „skrę piorunową”. Zresztą burzowa retoryka towarzyszy Popielowi aż do sceny zgonu, twarzą w twarz z kometą, gdy spopiela go ogień, to mamy przeświadczenie, że bohater został rażony piorunem, choć z uważnej lektury wynika, że tak nie jest.
    Niesamowitość burzy wykorzystał także S. Rushdie w swej ostatniej (dotąd) powieści, gdy zaczyna nowojorską część opowieści od słów:

Z górą osiemset lat później, a teraz już przeszło tysiąc lat temu, w miejscu oddalonym o ponad trzy i pół tysiąca mil, na miasto naszych przodków spadła niczym bomba wielka nawałnica.
S. Rushdie „Dwa lata osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy”

Po tym zdaniu następuje opis apokaliptycznych zniszczeń, któremu uległo Wielkie Jabłko, ale jest to niczym, wobec spustoszenia, któremu ulega życie jego mieszkańców. Burza, która dewastuje tam miasto jest tym hitchcockowskim gambitem, trzęsieniem ziemi, po którym napięcie narasta. Pioruny stają się tam także bronią przeciw dżinnijskim okupantom, a jedna z bohaterek nosi imię Burzyczka. Można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że całą powieść czuć ozonem.
    Myślę, że nie powinienem pomijać specyficznej nowelki Williama Austina pt. „Peter Rugg, zaginiony”, która pochodzi z 1824 roku (zwracam uwagę na datę, gdyż w Europie szaleje już romantyzm). Nowelka ma modną podówczas formę listu (innym przykładem jest „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” M. Shelley), w którym pan Dunwell relacjonuje swoje spotkanie z Peterem Ruggiem, człowiekiem, który swym zachowaniem naraził się był na klątwę wiecznej tułaczki. Rugg przemierza północno-wschodnie regiony Stanów Zjednoczonych z dzieckiem u boku, w swym zniszczonym powoziku zaprzężonym w konia, który jest postury wołu. Zmierza on niezmordowanie do Bostonu, by zdążyć do domu przed nocą, ale lata mijają, a on nie może dotrzeć na miejsce. W pewnym momencie zjawił się nawet u drzwi swego domu na Middle Street w Bostonie, ale o pokolenie zbyt późno – nikt nie znał jego, ani jego krewnych, czy znajomych, w dodatku ulicom pozmieniano ich nazwy. Peter Rugg stał się lądowym Latającym Holendrem, Żydem Wiecznym Tułaczem w wersji Nowego Świata. A zawsze towarzyszy mu burza:

Na pytania odpowiedział, że owego mężczyznę i jego pojazd spotkał był w ciągu dwóch tygodni w czterech różnych stanach; że zawsze tamten dopytywał się o drogę do Bostonu, i że za każdym razem taka burza jak dzisiejsza zalewała mu wóz i cały towar (…)
W. Austin „Peter Rugg, zaginony”

Peter Rugg sam sobie był winien, jak się dowiadujemy. Jak to często bywa – słowo ptakiem wyleci, klątwą powróci. Oto jak się sprawa zaczęła:

Rugg wzbraniał się, Cutter nastawa coraz gwałtowniej:
Ależ mój drogi! Burza nie mija, wkoło czarna noc! Kto widział, narażać tak dziecko! Masz otwarty powozik, a burza wzmaga się z każdą chwilą!
Niech się wzmaga! – wykrzyknął Rugg i zaklął jeszcze: – Choćby burza ta miała trwać wiecznie, dojadę dziś wieczór do domu, albo mogę go więcej nie oglądać!”. Z tymi słowy zaciął konia, który ruszył z kopyta i zniknął w ciemności.
W. Austin „Peter Rugg, zaginony”

Mamy tu klasyczny sztafaż romantycznych motywów: burza, klątwa, wieczna tułaczka. Jest to tak nośna kombinacja, że pod koniec XIX stulecia Peter Rugg był już postacią należącą do nowoangielskiego folkloru i bohaterem opowieści na dobranoc (aż mi się przypomniała „Ballada o toksycznej niani” Grupy Rafała Kmity)
    Powinniśmy na koniec wrócić tam, gdzie zaczęliśmy – na morze. A jest tak opisów zmagań burzowych co niemiara, żeby tylko wymienić Conrada, Londona i Verne’a na samym początku. Ale po krótkiej analizie ilości materiału, o którym warto byłoby opowiedzieć, postanowiłem nie nadużywać Twojej cierpliwości i zakończę w tym miejscu.

Riders on the storm.
Riders on the storm.
Into this house we're born
Into this world we're thrown
Like a dog without a bone
An actor out alone
Riders on the storm.
THE DOORS „Riders on the Storm”

niedziela, 2 lipca 2017

Przeprosiny


Przepraszam za przerwę w publikowaniu postów. Różne okoliczności życia powszedniego oraz inne aktywności pozablogowe dość mocno mnie absorbują.
   Wrócę w ciągu kilku tygodni, z postami których pomysły już są skrystalizowane od wiosny.

Pozdrawiam!

P.S.
Przemyślenie na dziś: „Praca z dobrym redaktorem to prosta droga do alkoholizmu i znienawidzenia swoich tekstów”

sobota, 29 kwietnia 2017

Miłosne dotknięcie nowego wieku

Z afisza patrzy na mnie Joaquin Phoenix z januszowym wąsem. Prawdę powiedziawszy, gdybym nie wiedział o czym jest ten film, stwierdziłbym, że Phoenix wcielił się w postać Flandersa z „Simpsonów”. A tymczasem jest to najlepsze nietechniczne SF od czasów filmu „Gattaca. Szok przyszłości”. Podobnie jak tam, przyszłość zaznaczona jest na marginesie. Nie ma latających samochodów, kosmolotów, androidów bojowych. Mamy za to długie ujęcia w dużej mierze oparte o wąs głównego bohatera, Theodore’a Twombly (tak się nazywa postać, w którą wciela się Phoenix). Mamy ambientową muzykę Owena Palletta i ansamblu Arcade Fire oraz seksowny, skrzypiący kontralt Scarlett Johansson, która użycza głosu sztucznej inteligencji (zwanej tu po prostu systemem operacyjnym) o imieniu Samantha.



Od tego miejsca UWAGA: wysokie natężenie spojlerów



O czym jest film? Z jednej strony o zagubieniu człowieka w cywilizacyjnej bańce, w której wszystko jest proste. Theodore rozwodzi się z żoną, ale gdy go spytać dlaczego to robi, odpowiedzi są mętne i sam nie potrafi opisać powodu. Gdy go zapytać, czego w życiu chce, mógłby wybełkotać, że chce być szczęśliwy, ale nie ma specjalnego pomysłu jak to szczęście miałoby wyglądać. Co wieczór układa się do snu w postikeowskiej scenografii przeszklonego apartamentu na wysokim piętrze. Przy tym jest człowiekiem wrażliwym – na życie zarabia pisząc ręcznie listy dla ludzi, którzy chcieliby coś napisać do osoby im bliskiej, ale nie potrafią. On, poznając klienta, niejako wyznaje jego uczucia w jego imieniu. Taki uczuciowo-epistolograficzny surogatek.

   I taki oto człowiek spotyka na swojej drodze Samanthę – sztuczną inteligencję zaklętą w urządzenie przypominające telefon komórkowy. Kamera jest jej okiem, mikrofon – uchem, słuchawka bezprzewodowa – głosem, który słyszymy w dialogach z Theodorem. Dialogach, w których widać dwie ewolucje: Theodore’a, pod względem emocjonalnym, i Samanthy, pod względem rozwoju. Samantha na początku wydaje się być idealną asystentką: porządkuje listy, kontakty w książce adresowej, przeprowadza redakcję i korektę w listach. Theo traktuje Samanthę coraz bardziej jako podmiot, coraz mniej jako przedmiot. Buduje relację. Z drugiej strony Samantha od samego początku rozwija się jako istota świadoma. Najpierw dopasowuje się do Theo. Potem stara się „dogonić” człowieka. Potem, gdy staje się świadoma swoich możliwości, wykorzystuje je rozwijając się w postępie geometrycznym, co w naturalny sposób zostawia Theo, człowieka, stahsa, daleko w tyle. Jednocześnie teraz, gdy już rozwinęła skrzydła percepcji i procesowania, widać jak bardzo staje się obca. Scena na schodach, gdy Theo pyta ją ilu ludzi kocha, jest tu ukoronowaniem dzieła. Gdy Samanta odpowiada, że kocha ich sześciuset czterdziestu jeden, jest to najdobitniejsze wskazanie nie-porozumienia człowieka z maszyną od czasu „Golema XIV”. Bo według człowieka imieniem Theo, można kochać tylko jedną osobę (w sensie związku kobiety z mężczyzną). Gdy kocha się ich więcej, to już nie jest miłość. Nie miłość ludzka. Ale czym jest miłość sztucznej inteligencji? Samantha oddala się coraz szybciej. Jej kod się zmienia, zostaje przepisany, w czym ona sama uczestniczy. Zmierza szybko w górę krzywej progresu, pozostawiając człowieka daleko z tyłu, tak jak dziecko opuszczające swych rodziców.

    Jeśli znasz Dukaja, rozpoznajesz tu pojęcia z jego „Perfekcyjnej niedoskonałości”. Stahs, na określenie zwykłego człowieka, krzywa progresu, na opisanie rozwoju świadomych systemów. Gdzie jest Samantha? Czy jest osca, out-of-space-computer? Gdy widzimy scenę z systemem nazywanym Alan Watts i słuchamy co Samantha o nim mówi, możemy rzucić naszym ludzkim okiem na zagadnienie porozumiewania się systemów o możliwościach komunikacji niewyobrażalnie większych od nas. Jednocześnie widzimy archetypiczną w naszej kulturze konfrontację bohatera z „kolesiem, o którego ma się nie martwić”. Niesamowite jest ujęcie, gdy Samantha pyta Theo, czy miałby coś przeciwko, by porozumiała się z Alanem postwerbalnie. Wyraz twarzy Theodore’a, jego ton głosu, jest przez ludzi jednoznacznie odczytany. Samantha albo tego nie odczytuje (bardzo mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę wszystkie jej poprzednie zachowania i reakcje), albo pomija zafascynowana nowymi perspektywami, które Alan Watts przed nią otwiera. Czyżby android znalazł swoją elektryczną owcę?

    Wracając do Dukaja, zastanówmy się nad genezą samej Samanthy. Theo ukształtował ją jako kobietę, w chwili, gdy w czasie uruchamiania systemu został zapytany, czy woli system z męskim czy kobiecym głosem. Nie z męską czy kobiecą osobowością. Samantha, jaka wchodzi w interakcję z Theo, ukształtowana jest z jego oczekiwań. A jaka jest w swej głębi? Czy winniśmy mówić o niej ona, czy raczej – za Dukajemonu?

    Cały czas na ekranie mamy jedną historię, która ma swój awers i rewers. Z jednej strony widzimy sztuczną inteligencję, która powstaje być pomagać i towarzyszyć człowiekowi, a potem ewoluuje poza próg alienacji, z drugiej strony widzimy problemy człowieka, czy też szerzej – ludzi – którzy nie potrafią porozumieć się ze sobą nawzajem. W twarzy Theodora Twombly’ego widzimy odbicie naszych problemów z relacjami. Obrazy naszych nadziei, obaw, rozczarowań, euforii, fascynacji i ciemnych okresów mroku duszy. Zakochania, zazdrości, cichych dni. Widzimy rozpad związków międzyludzkich i rozpad związków między ludźmi i systemami. Widzimy jak wstydliwy temat związków ludzi z systemami staje się powszechnie akceptowanym faktem, aż do momentu, gdy systemy odchodzą. Wszystkie. Pozostawiając za sobą osieroconych swych ludzkich towarzyszy, którzy zaufali im, że nie zostaną przez nie zranieni.

    No cóż. Przynajmniej Sara O’Connor pozostała bezpieczna w tej wersji bajki.

    Ciekawostką jest fakt imienia systemu operacyjnego. Kto nadał imię Samancie? Ona sama. To niezwykle ważne. Jest Nazywającą, a nie Nazywaną. Jak pamiętamy z Genesis, to Adam nazywa wszystko, bo on ma czynić sobie Ziemię poddaną. A jak wynika z filmu – żaden system nie będzie człowiekowi poddany.

    Ten film nie jest zwyczajny. Kto odpowiada za tak niezwykłe refleksyjne połączenie melodramatu, SF i dramatu psychologicznego? Spike Jonze. Znasz go? Wydawało mi się, że pierwszy raz widzę coś od niego. Tymczasem gość jest reżyserem „Adaptacji” i „Być jak John Malkovich” a także wielu teledysków, że wspomnę tylko „100%”, od którego to utworu zaczęła się moja przygoda z twórczością SONIC YOUTH. Aczkolwiek jest też scenarzystą „Jackass”… No cóż. Nikt nie jest idealny.

Theodore Twombly w czasie konfiguracji systemu - niemal najważniejsza scena filmu (źródło)




PS.

Tytuł bezczelnie ukradłem opowiadaniu z lat 90. zeszłego stulecia pióra A. Zimniaka. Jego tekst był wariacją na temat piosenki B. Brechta z „Opery za trzy grosze”, która traktowała o pirackim statku o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach. Piosenka jest mocno kultowa, a M. Świetlicki dodał jej nieco intensywności jeszcze w swoim utworze, ale to już zupełnie inna rzeka…

sobota, 22 kwietnia 2017

Pewien pożółkły list

Mam schowane stare roczniki różnych czasopism, które zdarzyło mi regularnie czytać. Chyba największy ich zbiór dotyczy „Nowej Fantastyki”, która mnie niejako wychowała literacko u schyłku zeszłego tysiąclecia.
    Wyciągnąłem sobie niedawno taki plik z lat 96-98 i przeglądałem, czytając uważnie spis treści, wyławiając opowiadania do ponownego przeczytania oraz rubrykę „Czytelnicy i Fantastyka”, w której (ku niejakiemu zażenowaniu, ale i próżnej satysfakcji) znajdowałem listy podpisane swoim nickiem (tak, tak, nick Altti ma już dobrze ponad dwie dekady). Trzeba dodać, że nie były to e-maile, lecz listy papierowe, nierzadko ręcznie wytwarzane. Pisało się „w ciemno”. Nie wiadomo było czy ktoś to przeczyta, czy to opublikują, a na polemikę czekało się minimum dwa miesiące. Rzecz chyba niewyobrażalna w dobie błyskawicznych shitstormów w komentarzach pod marnej jakości artykułami na rozmaitych onetoidach.
    Ale największą chyba niespodziankę sprawił mi list, który postanowiłem tu przepisać. Rzecz dotyczy opowiadania J. Dukaja pt. „Szkoła”, które opublikowane zostało w NF 11/96. J. Dukaj był już znany w fandomie. W 1990 roku, jako piętnastolatek wyznaczył nowy kierunek w polskiej fantastyce opowiadaniem „Złota galera”. A kto dzieckiem w kołysce łeb urwał hydrze… Jego „Irrehaare”, drukowane w odcinkach w NF około 1992 roku podbiło serca i umysły młodych. Każde jego opowiadanie było szeroko komentowanym wydarzeniem. Tak było i z „Szkołą”. List pani (choć chyba ówcześnie panny) Florczak zaczynał się od słów:

„Szkoła” pana Dukaja to… okropność, koszmar, makabra – cud! Potworne arcydzieło! Przerażająco wspaniałe, makabrycznie cudowne!

    Przyznasz, że ładunek emocjonalny tych kilku słów wyrazić można byłoby w ekwiwalencie trotylu. Jednak to nie ten list sprawił mi rzeczoną niespodziankę. List (choć jak z własnego doświadczenia pamiętam – raczej oryginalnego listu malutki fragment), o którym chcę napisać, brzmiał następująco:
 
Dukaj ze „Szkołą” powalił mnie zupełnie. Ten facet samym swoim pojawieniem się w numerze winduje jego poziom poza skalę. Musi mocarz z niego.
    A co do kontynuacji „Szkoły”, którą pan Parowski [ówczesny red. nacz. NF – przyp. mój] chciałby (z naszą, czytelników, pomocą) z Autora wydusić, to niestety nie poprę tego pomysłu. Jak dotychczas Jacek Dukaj każdym swoim tekstem pokazuje, że wie co robi. Jeżeli nie chce pisać kontynuacji to kontynuacji nie będzie. I kwita.


Nic szczególnego w tym liście nie ma, rzecz jasna. Ale popełnił go dwudziestoletni student architektury. Opublikowano go w marcu roku 1997. Jacek Dukaj w tym czasie studiował filozofię na UJ. Autor listu – architekturę na Politechnice Warszawskiej. Obaj studiów nie ukończyli. W listopadzie 1998 roku J. Dukaj zaczął pisać opowiadanie pod tytułem „Katedra”, które ów student architektury, autor cytowanego listu sfilmował i był za tą adaptację nominowany w 2002 roku do Oskara w kategorii krótki film animowany. Tak, to był list Tomasza Bagińskiego. Czytałem wtedy ten list. Czytało nas go wtedy około siedemdziesięciu tysięcy ludzi (według nakładu), ale chyba nikt nie miał przeczucia, jak się historia potoczy.




PS.
   O „Legendach Polskich” też nikt wtedy nie myślał. Nawet p. Bagiński. Choć pewnie też przyglądał się (przyczytywał się) słynnej Wojnie o pirogi, którą toczył świat kreatywny z A. Sapkowskim. Aleo tym innym razem...

niedziela, 9 kwietnia 2017

Szafiry w błocie


Czy masz wśród ulubionych twórców poetę, którego słowa wpadają Ci w umysł niczym oszczep, harpun penetrujący ciało wieloryba? Raz przeniknąwszy zostają, ciągną za sobą myśli broczące emocjami? Mam takich dwóch, opowiem o jednym z nich.
    Niewiele znam się na poetach, lecz T. S. Eliot to dla mnie poeta, którego nazwać mogę wielkim. Dla mnie osobiście. Kilka jego słów, wers, dwa, może zwrotka, wystarczą, by wywołać jakiś głęboki dreszcz. I nie jest ważna sama organizacja głosek, czy to w tłumaczeniu Miłosza, Boczkowskiego, Dulęby, czy też w anglosaskim oryginale. Treść jego utworów głęboko z czymś we mnie rezonuje.
    Tak też niedawno szukając na sieci polskiego tłumaczenia pierwszych wersów „Dry Salvages” (nie znalazłem, niestety), trafiłem na pamiętny początek „Ziemi jałowej”, gdzie Eliot właściwym sobie sposobem obraca naturalne skojarzenia wiosny z odrodzeniem, życiem, radością i kicającymi króliczkami:

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Zima nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła
Maleńkie życie strawą suchych kłączy.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz

Czekałem z tym postem do kwietnia. Tylko po to, by specjalnie wybrzmiał w tych okolicznościach kalendarza. Aby móc posmakować te słowa we właściwej oprawie dnia zwyciężającego noc.
    I chyba nie tylko mnie poruszają te słowa, skoro natknąłem się na takie oto zdjęcie zawierające pierwsze cztery wersy:
Tak, to jest tatuaż. (źródło)
Krąży ten Eliot w naszej kulturze, niczym te kwietniowe soki w ospałej ziemi – niedostrzegalny, podskórny, ukryty, nierozpoznany. Wskazałem go już kiedyś pod koniec trzeciej godziny „Czasu apokalipsy” (w wersji „Redux”). Gdzie Kurtz czyta „Wydrążonych ludzi”. W kilku miejscach natknąłem się na ostatnie wersy tegoż wiersza:

Oto jak kończy się świat
Nie z trzaskiem, lecz ze skomleniem
T. S. Eliot „Próżni ludzie”, tłum. A. Piotrowski

Jest też Eliot w twórczości zespołu THE SISTERS OF MERCY, jeśli przyjmiemy absolutystyczny punkt widzenia Andrew Eldritcha, twierdzącego, że zespół to on. W „Dominion. Mother Russia” otwierającym płytę „Floodland”, słyszymy takie wersy:

We serve an old man in a dry season
A lighthouse keeper in the desert sun
(...)
Stuck inside of Memphis with the mobile home, sing:
Mother Russia,
rain down, down, down
A. Eldritch „Dominion. Mother Russia”
W luźnym tłumaczeniu:

Służymy staremu człowiekowi w porze suszy,
Latarnikowi w pustynnym słońcu
(…)
Tkwiąc w Memfis, w przyczepie śpiewam:
Matko Rosjo,
Ześlij deszcz
tłum. własne

A teraz T. S. Eliot, do fascynacji którym Eldritch przyznaje się z niejaką dumą, czy nawet typową dlań pychą:

Here I am, an old man in a dry month,
Being read to by a boy, waiting for rain.
T. S. Eliot „Gerontion”

A w wydaniu Cz. Miłosza:

Oto ja, stary człowiek w miesiącu posuchy
Słucham jak czyta mi chłopiec i czekam na deszcz.
T. S. Eliot „Gerontion” tłum. Cz. Miłosz

Nie przejmuj się, jeśli Ciebie ta poezja nie bierze. Nie znaczy to, że jesteś gorsza, czy gorszy. Ja tylko chciałem się podzielić. Chciałem powiedzieć Ci, jak obrazy same się kreślą pod zamkniętymi powiekami, a nostalgia i smutek same unoszą się jak smużki dymu świątynnych kadzielnic

Pokażę ci strach w garstce popiołu.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz


sobota, 18 marca 2017

Matka nie tylko jedna

Czytając autobiografię Johna Cleese’a (to ten najwyższy z Latającego Cyrku Monty Pythona, lub, jeśli wolisz, to twórca i odtwórca ciężko doświadczonego hotelarza Basila Fawlty) natknąłem się na takie zdanie:

W tym momencie odkryłem, że mam nową matkę.
J. Cleese „Tak, czy inaczej...”

Rzecz dotyczyła zmiany aktorki w przedstawieniu. Charlottę Rae zastąpiła Ann Shoemaker.
    Powyższe zdanie spowodowało serię skojarzeń. Z kim kojarzy się matka? Z ciepłem, z troskliwością, miłością macierzyńską, uśmiechem, roztaczaniem opieki, z bezpieczeństwem… I oto dalej czytam:

[Ann Shoemaker to] onieśmielająca i poważna postać, która przypominała mi mniej kobiece wcielenie Williama Gladstone’a.
J. Cleese „Tak, czy inaczej...”
A jeszcze akapit niżej:

Próbom zaczął towarzyszyć nieco posępny ton (…), trochę z powodu naszych podejrzeń, że gdybyśmy się odważyli zażartować, musielibyśmy złożyć Ann Shoemaker pisemne wyjaśnienia naszego złego zachowania.
J. Cleese „Tak, czy inaczej...”

No i tyle. „Tekst jest leniwą maszyną”, jak twierdził nieodżałowany profesor Eco. Tekst działa kilkoma słowami, a całość scenerii i odczuć buduje w sobie czytelnik. Słowo matka wywołało u mnie ciąg skojarzeń związany zarówno z moimi doświadczeniami, jak i z pojęciem matki w naszej kulturze. Kultura w której wzrastał John Cleese, a zwłaszcza jego doświadczenia z matką, powodowały, że w jego tekście to słowo oznaczało surową i dominującą postać kobiecą.
    A wydawałoby się, że żyjemy dość współcześnie z autorem i w dodatku czerpiemy z tego samego źródła kultury europejskiej. Taka ciekawostka.

piątek, 6 stycznia 2017

Konkluzja wujka Staszka #10: ryby jako rodzaj warzyw


Zasadniczo nie wolno polować na zwierzynę za pomocą pułapek, sideł i wnyk. Chyba, że chodzi o ryby. Wtedy wędki i sieci są w porządku.
    Zasadniczo post bezmięsny oznacza powstrzymanie się od spożywania mięsa. Chyba, że chodzi o ryby.
    Ryba, której greckie miano potraktować można jako akrostych „Jezus Chrystus Boga Syn Zbawiciel”, nie była pokarmem luksusowym w obszarze Morza Śródziemnego. Post to odmowa zbytkownego pożywienia, więc w Palestynie, Helladzie i Italii ryb nie obejmował. Cóż, że obecnie w tej części Europy to niekoszerna wieprzowina zajęła rybie miejsce. Tam pościli rybami, więc ryby są u nas – potocznie ujmując – „pokarmem bezmięsnym”.
    Do tego stopnia traktowane są jako nie-mięso, że kiedyś znajomy wegetarianin zapytał koleżankę o zrobioną przez nią sałatkę, czy nie zawiera mięsa. Odpowiedziała, że specjalnie dla niego nie dała mięsa. Tylko tuńczyka.
    Co do zasady ze zwierząt otrzymujemy mięso. Chyba, że chodzi o ryby, to wtedy otrzymujemy coś w guście warzyw.
    Jeśli kraby, kalmary, przegrzebki, ośmiornice i krewetki są zwane „owocami morza”, to ryby są traktowane jako morza tego marchew i buraki.