sobota, 5 kwietnia 2014

Wandalizm intelektualny

W czasach technikum pojechaliśmy na wycieczkę. Kolega z pokoju się pochorował: gardło czerwone, nie może połykać, temperatura. Leży w wyrze i nie bawi się z nami. Ale przecież kolegi się tak nie zostawia, nieprawdaż? Inny kolega, którego pieczy powierzono apteczkę, poczuł się pod wpływem alkoholu już niemal doktorem nauk medycznych – przytargał apteczkę do naszego pokoju, siadł na łóżku chorego, wysypał zawartość apteczki na podłogę i mieszając palcem między blistrami tabletek i flakonikami płynów odkażających próbował wybrać właściwy lek.
- „Pyralgina” - przeczytał, - pyralgina-angina, pasuje!
Samozwańczy sanitariusz szczodrze wydzielił trzy białe krążki pyralginy, a chory kolega potulnie przyjął dwie z z nich (jedna poturlała się pod szafę). Przyjął, a potem w chwili nieuwagi wyrzucił je za łóżko, wychodząc z założenia, że z pijanym się nie dyskutuje.

Pijany wytrzeźwieje. A „mądry inaczej”... No cóż. Dlatego zastanawiam się, co począć z poglądami ludzi, którzy na trzeźwo publikują (to ważne słowo) opinie oparte na sylogizmach anginowych. Gdyby oni jeszcze sobie to roili w zaciszu czterech ścian. Gdyby w przyjaznym, lecz izolowanym środowisku szpitali dla nerwowo chorych. Ale nie. Oni starają się zarazić swoimi dezinformacjami innych ludzi. Póki dostęp do mediów był ograniczony, czy to cenzurą, kosztami, poczytalnością redaktora, czy innego dyktatora w wydawnictwie – w porządku. Dopóki specjalizowały się w tym specjalne periodyki i wydawnictwa sprzedające swe wyroby między indiańskimi dreamcatcherami, kadzidełkami Bangladeszu i źle wydrukowanymi kartami tarota, w porządku. Ale przyszedł internet i „anginiarze” zyskali otwarty i nieskrępowany dostęp do medium masowego rażenia. Przez strony WWW, blogi i – o tempora, o mores – encyklopedie internetowe szerzą zamęt i teorie spiskowe. Naturalną sprawą byłaby w tej sytuacji wzmożona czujność i krytyka źródeł. Niestety. Jest wręcz odwrotnie. Maksyma o naiwności, która w starszym pokoleniu brzmi: „słowo drukowane jest święte” (ergo: prawdziwe) w dzisiejszych czasach brzmi: „pierwsza strona wyników wyszukiwania Google jest wyrocznią”.
    Proces, który zrodził „Protokoły mędrców Syjonu” jest teraz tak powszechny i tak szybki, że właściwie nic w internecie nie jest wiarygodne, włączając w to niniejszego bloga. Ale czasem jeszcze zdarzają się w tym śmietniku arcyśmieci anginowych sylogizmów.
    Wymienię dwa. Pierwszym jest blog atwhistler.wordpress.com. Trafiłem na niego poszukując informacji o pewnej manierze malarskiej każącej ukazywać archanioła Michaela ze skrzydłami z pawich piór. Zastanawiam się nad powiązaniem tego z postacią Pawiego Anioła, szatana-demiurga mało znanej religii jaką jest jazydyzm. Google pomogły mi w wyszukiwaniu, a wymieniony blog... No cóż. Nie tyle potwierdził tę hipotezę, co wrzucił mnie w środek bagniska osobliwych skojarzeń. No bo jazydzki Pawi Anioł, to Malak Taus, a „taus” (pers. paw) to brzmi jak tau (grecka litera), albo taw (hebrajska litera), a one podobne są do krzyża chrystusowego... O ile jeszcze znam franciszkańską „taukę”, to litera taw za Chińską Republikę Ludową nie przypomina krzyża. Prędzej podkowę. Siatka wokół mikrofonu (zdjęcie na blogu) autorowi bloga na myśl przywodzi symbol Melchizedeka, który, jak wiadomo – twierdzi dalej autor – jest zniekształceniem imienia Melek Taus: wracamy objazdem do Szatana. Rzeczony symbol Melchizedeka zdekonstruował do złożenia liter AM – Alpha Mater. Na szczęście nie wiem, jaka okropność za tym się kryje. Pomijam oczywistości, że „Bafomet” Eliphasa Levy to Batman, a dowodem jest rycina przedstawiająca Lucyfera (sic!) o nietoperzowych skrzydłach, zaś imię Michael jest anagramem słowa „al-chemi”. Nietuzinkowe życie wewnętrzne prowadzi autor bloga.
    Ale to nic przy zawodniku numer dwa. Nazywa się on Juliusz Prawdzic-Tell, ma bana na wszystkich chyba polskich forach dyskusyjnych o historii i prowadzi stronę wandaluzja.com. Jest niekwestionowanym mistrzem wszechwag pseudoanalizy etymologicznej, kwestionowania dowodów historycznych i ignorowania zdrowego rozsądku. Za to jego barokowe wizje prawdziwej historii w tyle zostawiają templariuszowe spiski „Wahadła Foucaulta” i smutny będę, jeśli nie doczekają się uwiecznienia w powieści co najmniej tej klasy, co dzieło Umberto Eco.
    (Szczerze mówiąc, waham się, czy zacytować choćby fragment tych dzieł. Pamiętam pewne opracowanie dotyczące historii sztuki, gdzie autor z całą stanowczością odmawiał podania nazwiska słynnego fałszerza obrazów Vermeera, argumentując to faktem, że przestępców nie powinno się gloryfikować, ani nawet upamiętniać, bo to prowokuje następnych. (W gruncie rzeczy Herostrates dopiął swego, nieprawdaż?)).
    Spróbujmy jednak zasmakować stylu pana Prawdzic-Tella we fragmencie o wojnie trojańskiej:

Moja Troja homerowska na Złotym Rogu nie miała nic wspólnego z narodowcami wielkopolskimi, gdyż wynikała z mego artykułu „Kultury środkowoeuropejskiego neolitu w świetle systematyki językowej Tadeusza Milewskiego”. Milewski sformułował genezę języków indoeuropejskich między Renem a Dnieprem, a ja zastanawiałem się, czy Moskowie, którzy przeszli Bosfor w czasie oblegania przez Greków Troi, nie byli Ariami? Homer napisał: TAK TOJAN JAK I GREKÓW ZIMNY STRACH PRZENIKNĄŁ, GDY SPRAGNIONY BOJU ARES RYKNĄŁ..., tj. zasalutował głosem. Tych Mosków było wprawdzie 10 czy 11 tysięcy, gdy Greków pod Troją STO, ale takich armii przechodzących wówczas Bosfor i Dardanele było wiele.

Wojna Trojańska była harcami do inwazji Azji Mniejszej przez europejskich Frygów i Mosków, którzy rozgromili imperium hetyckie. Frygowie-Ilirowie pochodzili z Czech i napływali do Azji Mniejszej wzdłuż Dunaju i Maricy oraz Adriatykiem i przez Cypr, natomiast Moskowie to Amazoni-Massageci-Sarmaci-MAZOWSZANIE. Przy podziale łupów Frygom dostała się Azja Mniejsza a Moskom zagrabione przez nich w Bogatzkoy-Hattusas złoto.

Najazd środkowoeuropejskich Ludów Morza na Egipt jest wskaźnikiem, że Troja homerowska była na Złotym Rogu.

dostęp z dnia 04.04.2014 r.

No i się dowiadujemy o armiach wczesnej epoki brązu z liczebnością tylko niewiele ustępującą liczebności obecnie istniejącej całego wojska greckiego (włącznie ze sprzątaczkami i kucharzami). A co. Tylko, że Greków jest obecnie jedenaście milionów. Ale załóżmy, że wszyscy Achajowie (nie było jeszcze Greków, o czym zdaje się zapominać, lub nie wiedzieć, pan P.-T.) mnożą się jak króliki i nutrie, a potem gremialnie opuszczają swoje cyklopowe mury i jadą pod Troję na wakacje. I co tam do cholery ciężkiej niby jedzą? Konserwy? Przecież głównym problemem oblężeń jest zawsze aprowizacja. Oblegani muszą mieć zapasy, a oblegający – system zaopatrzeniowy. Parafrazując klasyka: armia inwazyjna jest jak rower – jeśli nie jedzie, to się przewraca. Armie starożytne, jeśli nie parły na przód, zaopatrując się drogą plądrowania, to upadało ich morale i się inwazja kończyła. Sto tysięcy Achajów pod Troją to nie oblężenie – to kolonizacja. Połowa tej armii musiałaby warzywa i zboże uprawiać na silnych nawozach, żeby całość wyżywić. O warunkach sanitarnych i oczywistych epidemiach nie wspomnę. Ale co tam. Widno Moskowie to Amazoni-Mazowszanie, a przez Bosfor jako po autostradzie włóczyły się set-tysięczne armie frygijskich Czechów. Ja rozumiem, że kozacy kubańscy (od dorzecza Kubania) są dowodem na wschodnio-europejski rodowód mieszkańców Hawany i tym tłumaczymy powodzenie rewolucji Fidela Castro?
    Ale czytajmy dalej.

Schliemann przyjął za podstawę Topograficzną ganianie się Hektora z Achillesem wokół Miasta – ale ganiali się oni wokół fortu WODOCIĄGOWEGO Skamander, widocznego z murów Troi, skąd woda szła 2 SZTOLNIAMI do miasta. Skamander został zdobyty przez Achillesa bombami zapalającymi, wobec czego Hektor, który reprezentował w Troi stronnictwo hetyckie, musiał go odbić, przez wyzwanie Achillesa
ibidem

Paradnie. Chciałbym uniknąć stosowania argumentum ad personam, ale mam wrażenie, że jednak autorowi trochę się te puzzle rozsypały: bomby, wodociągi, Chuck Norris pod imieniem Achillesa i to wszystko w czasach, gdy jeszcze nie wiedziano jak poskładać sklepienie łukowe, żeby na łeb nie spadło. Cała jego strona internetowa (sążnistych 46 rozdziałów z dygresjami) sprawiałaby wrażenie jednego wielkiego dowcipu primaaprilisowego, gdyby nie fakt, że pisana jest ze śmiertelną powagą i zaciekłością ecowskich „diabolistów”.
    Kończąc zastanawiam się nad dwoistością emocji, które to zjawisko we mnie budzi. Z jednej strony „wandaluzję” czytuję sobie dla poprawienia humoru, jako rodzaj literatury absurdu. Z drugiej – zdaję sobie sprawę, że w dobie znikomej wiedzy historycznej, ale szerzących się paranoi medialnych (ponoć Rosjanie straszą swych rodaków na Ukrainie genetycznie modyfikowanymi żołnierzami US Army! Znaczy Żółwie Ninja?), ktoś może dać się na to nabrać. Jak głosi pewna prawda kabalistyczna: pokolenia przemijają, a błędne poglądy trwają wiecznie. I wtedy mi smutno.

Przerażający jak ozdoba świata
Co w malignie bredzi jest obłęd człowieczy
Nie brookliński most, lecz na drugą stronę
Głową przebić się
Przez obłędu los
To jest dopiero coś.

E. Stachura „Nie brookliński most”

5 komentarzy:

  1. zero argumentów w tej "krytyce"; bomby zapalające były stosowane prze Arabów przez całe średniowiecze, a wzięły się od Helenów - greckie ognie; z taką wiedzą lepiej zmilcz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ogień morski" znany był od około 670 AD, może wynaleziono go trochę wcześniej, ale i tak to jakieś półtora tysiąca lat po Homerze. Z taką wiedzą lepiej zmień temat.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. +JAQ Przypisujesz alchemikowi z Heliopolis z VIIw. n.e. wynalezienie czegoś co opisywali starożytni grecy?
      A ogólnie jak u ciebie z logiką?
      Poza tym, Heleni zanim zostali wygnani z prowincji Junon (Chiny) zostawili skośnym parę rycin i podań o ogniu z wody.

      Usuń