Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2015

Po obu stronach zwierciadła

Około połowy XX wieku Patrick O'Brian napisał powieść „Master and Commander” (polski tytuł: „Dowódca » Sophie « ”), w której główny bohater, porucznik Jack Aubrey, jest świetnym dowódcą brygu o wdzięcznej nazwie „Sophie”. W czasie powieści łupi on linie zaopatrzeniowe Hiszpanów, chwilowo sprzymierzonych z Francuzami, i unika polującego nań, wynajętego korsarza, pływającego osobliwą krzyżówką fregaty i szebeki , a noszącą nazwę „Cacafuego”. Na koniec powieści ściera się w bezpośredniej walce z korsarzem i pomimo miażdżącej przewagi przeciwnika, tak w sile ognia, jak i liczebności załogi, zdobywa „Cacafuego” śmiałym abordażem ponosząc zdumiewająco małe straty.     Autor nie zmyślił walecznego dowódcy sypiącego pomysłowymi, acz ryzykownymi fortelami i zdobywającego niemal dwukrotnie większy od siebie okręt. Wzór stanowił Thomas Cochrane, który dowodząc brygiem „Speedy” dawał się we znaki Hiszpanom i umykał przed wynajętym korsarzem, pływającym osobliwą krzyżówką fregaty i szebek

Ekofabulogia

Większość podobnych Idrowi drapieżników rezygnowała z ataku, gdy zdobycz była zbyt mała. Ale nie Idr. Idr egzystował nie po to, by jeść i podtrzymywać gatunek. Nie po to go stworzono. Żył po to, by zabijać. A. Sapkowski „Sezon burz” Według ekologii takie stworzenie by nie miało racji bytu. Ale opowieści rządzą się swoimi prawami. Organizmy biologiczne są elementami systemów (biotopów), które muszą utrzymywać równowagę, czy inaczej: przetrwają w przyrodzie tylko te systemy, które ustalą równowagę. Każdy z gatunków ma swoje zadanie w utrzymywaniu cyklu życia. Organizmy fabularne, lęgnące się w spoconych snach i babcinych przeinaczeniach są związane z funkcjonowaniem ludzkiego umysłu i swoje zadania spełniają w upostaciowieniach naszych lęków, fantazji i nadziei.     Gdy głodne wilki podchodziły pod zagrody zimą, nikomu ani w głowach nie stało myślenie o ekologicznym znaczeniu eliminacji osobników starych, chorych i słabych. Nikt nie myślał, że wilki zabijają, by przynieść mię

Król Narcyzów do siebie mrugnął

Stephen King wydał w roku 1977 powieść „Lśnienie”. Chciałbym nie być zmuszanym do opowiadania o fabule tego utworu, gdyż nie ma ona tu najmniejszego znaczenia. Dość powiedzieć, że w roku 1980 Stanley Kubrick wziął ją na warsztat i uczynił z niej (przy wydatnej pomocy Jacka Nicholsona, który właściwie nie zrobił nic nadzwyczajnego, tylko odpowiednio wyglądał) małe arcydziełko filmowe zbudowane z grozy, braku wyczucia granic rzeczywistości i maligny oraz z doskonałego oddania atmosfery izolacji. Trzeba jednakże też przyznać, że udało się to Kubrickowi głównie dlatego, że nie trzymał się książki w większości momentów.     Najwidoczniej nie zadowoliło to autora, który postanowił sam napisać scenariusz na podstawie własnej książki. Film tak długi, że podzielony na miniserial, ujrzał światło dzienne w roku 1997, dwie dekady po Kubricku. O tej ekranizacji mogę rzec tyle co pan Dibley z „Latającego Cyrku Monty Pythona” o „Oknie na podwórze” Hitchcocka: że rozciągnął akcję na ponad godzinę i