sobota, 29 kwietnia 2017

Miłosne dotknięcie nowego wieku

Z afisza patrzy na mnie Joaquin Phoenix z januszowym wąsem. Prawdę powiedziawszy, gdybym nie wiedział o czym jest ten film, stwierdziłbym, że Phoenix wcielił się w postać Flandersa z „Simpsonów”. A tymczasem jest to najlepsze nietechniczne SF od czasów filmu „Gattaca. Szok przyszłości”. Podobnie jak tam, przyszłość zaznaczona jest na marginesie. Nie ma latających samochodów, kosmolotów, androidów bojowych. Mamy za to długie ujęcia w dużej mierze oparte o wąs głównego bohatera, Theodore’a Twombly (tak się nazywa postać, w którą wciela się Phoenix). Mamy ambientową muzykę Owena Palletta i ansamblu Arcade Fire oraz seksowny, skrzypiący kontralt Scarlett Johansson, która użycza głosu sztucznej inteligencji (zwanej tu po prostu systemem operacyjnym) o imieniu Samantha.



Od tego miejsca UWAGA: wysokie natężenie spojlerów



O czym jest film? Z jednej strony o zagubieniu człowieka w cywilizacyjnej bańce, w której wszystko jest proste. Theodore rozwodzi się z żoną, ale gdy go spytać dlaczego to robi, odpowiedzi są mętne i sam nie potrafi opisać powodu. Gdy go zapytać, czego w życiu chce, mógłby wybełkotać, że chce być szczęśliwy, ale nie ma specjalnego pomysłu jak to szczęście miałoby wyglądać. Co wieczór układa się do snu w postikeowskiej scenografii przeszklonego apartamentu na wysokim piętrze. Przy tym jest człowiekiem wrażliwym – na życie zarabia pisząc ręcznie listy dla ludzi, którzy chcieliby coś napisać do osoby im bliskiej, ale nie potrafią. On, poznając klienta, niejako wyznaje jego uczucia w jego imieniu. Taki uczuciowo-epistolograficzny surogatek.

   I taki oto człowiek spotyka na swojej drodze Samanthę – sztuczną inteligencję zaklętą w urządzenie przypominające telefon komórkowy. Kamera jest jej okiem, mikrofon – uchem, słuchawka bezprzewodowa – głosem, który słyszymy w dialogach z Theodorem. Dialogach, w których widać dwie ewolucje: Theodore’a, pod względem emocjonalnym, i Samanthy, pod względem rozwoju. Samantha na początku wydaje się być idealną asystentką: porządkuje listy, kontakty w książce adresowej, przeprowadza redakcję i korektę w listach. Theo traktuje Samanthę coraz bardziej jako podmiot, coraz mniej jako przedmiot. Buduje relację. Z drugiej strony Samantha od samego początku rozwija się jako istota świadoma. Najpierw dopasowuje się do Theo. Potem stara się „dogonić” człowieka. Potem, gdy staje się świadoma swoich możliwości, wykorzystuje je rozwijając się w postępie geometrycznym, co w naturalny sposób zostawia Theo, człowieka, stahsa, daleko w tyle. Jednocześnie teraz, gdy już rozwinęła skrzydła percepcji i procesowania, widać jak bardzo staje się obca. Scena na schodach, gdy Theo pyta ją ilu ludzi kocha, jest tu ukoronowaniem dzieła. Gdy Samanta odpowiada, że kocha ich sześciuset czterdziestu jeden, jest to najdobitniejsze wskazanie nie-porozumienia człowieka z maszyną od czasu „Golema XIV”. Bo według człowieka imieniem Theo, można kochać tylko jedną osobę (w sensie związku kobiety z mężczyzną). Gdy kocha się ich więcej, to już nie jest miłość. Nie miłość ludzka. Ale czym jest miłość sztucznej inteligencji? Samantha oddala się coraz szybciej. Jej kod się zmienia, zostaje przepisany, w czym ona sama uczestniczy. Zmierza szybko w górę krzywej progresu, pozostawiając człowieka daleko z tyłu, tak jak dziecko opuszczające swych rodziców.

    Jeśli znasz Dukaja, rozpoznajesz tu pojęcia z jego „Perfekcyjnej niedoskonałości”. Stahs, na określenie zwykłego człowieka, krzywa progresu, na opisanie rozwoju świadomych systemów. Gdzie jest Samantha? Czy jest osca, out-of-space-computer? Gdy widzimy scenę z systemem nazywanym Alan Watts i słuchamy co Samantha o nim mówi, możemy rzucić naszym ludzkim okiem na zagadnienie porozumiewania się systemów o możliwościach komunikacji niewyobrażalnie większych od nas. Jednocześnie widzimy archetypiczną w naszej kulturze konfrontację bohatera z „kolesiem, o którego ma się nie martwić”. Niesamowite jest ujęcie, gdy Samantha pyta Theo, czy miałby coś przeciwko, by porozumiała się z Alanem postwerbalnie. Wyraz twarzy Theodore’a, jego ton głosu, jest przez ludzi jednoznacznie odczytany. Samantha albo tego nie odczytuje (bardzo mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę wszystkie jej poprzednie zachowania i reakcje), albo pomija zafascynowana nowymi perspektywami, które Alan Watts przed nią otwiera. Czyżby android znalazł swoją elektryczną owcę?

    Wracając do Dukaja, zastanówmy się nad genezą samej Samanthy. Theo ukształtował ją jako kobietę, w chwili, gdy w czasie uruchamiania systemu został zapytany, czy woli system z męskim czy kobiecym głosem. Nie z męską czy kobiecą osobowością. Samantha, jaka wchodzi w interakcję z Theo, ukształtowana jest z jego oczekiwań. A jaka jest w swej głębi? Czy winniśmy mówić o niej ona, czy raczej – za Dukajemonu?

    Cały czas na ekranie mamy jedną historię, która ma swój awers i rewers. Z jednej strony widzimy sztuczną inteligencję, która powstaje być pomagać i towarzyszyć człowiekowi, a potem ewoluuje poza próg alienacji, z drugiej strony widzimy problemy człowieka, czy też szerzej – ludzi – którzy nie potrafią porozumieć się ze sobą nawzajem. W twarzy Theodora Twombly’ego widzimy odbicie naszych problemów z relacjami. Obrazy naszych nadziei, obaw, rozczarowań, euforii, fascynacji i ciemnych okresów mroku duszy. Zakochania, zazdrości, cichych dni. Widzimy rozpad związków międzyludzkich i rozpad związków między ludźmi i systemami. Widzimy jak wstydliwy temat związków ludzi z systemami staje się powszechnie akceptowanym faktem, aż do momentu, gdy systemy odchodzą. Wszystkie. Pozostawiając za sobą osieroconych swych ludzkich towarzyszy, którzy zaufali im, że nie zostaną przez nie zranieni.

    No cóż. Przynajmniej Sara O’Connor pozostała bezpieczna w tej wersji bajki.

    Ciekawostką jest fakt imienia systemu operacyjnego. Kto nadał imię Samancie? Ona sama. To niezwykle ważne. Jest Nazywającą, a nie Nazywaną. Jak pamiętamy z Genesis, to Adam nazywa wszystko, bo on ma czynić sobie Ziemię poddaną. A jak wynika z filmu – żaden system nie będzie człowiekowi poddany.

    Ten film nie jest zwyczajny. Kto odpowiada za tak niezwykłe refleksyjne połączenie melodramatu, SF i dramatu psychologicznego? Spike Jonze. Znasz go? Wydawało mi się, że pierwszy raz widzę coś od niego. Tymczasem gość jest reżyserem „Adaptacji” i „Być jak John Malkovich” a także wielu teledysków, że wspomnę tylko „100%”, od którego to utworu zaczęła się moja przygoda z twórczością SONIC YOUTH. Aczkolwiek jest też scenarzystą „Jackass”… No cóż. Nikt nie jest idealny.

Theodore Twombly w czasie konfiguracji systemu - niemal najważniejsza scena filmu (źródło)




PS.

Tytuł bezczelnie ukradłem opowiadaniu z lat 90. zeszłego stulecia pióra A. Zimniaka. Jego tekst był wariacją na temat piosenki B. Brechta z „Opery za trzy grosze”, która traktowała o pirackim statku o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach. Piosenka jest mocno kultowa, a M. Świetlicki dodał jej nieco intensywności jeszcze w swoim utworze, ale to już zupełnie inna rzeka…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz