niedziela, 22 października 2017

Kruk i Zły Wilk

Noc już była, północ zgoła, gdy rozmyślałem nad wynurzeniami E. A. Poe, który w swym eseju „Filozofia kompozycji” kreuje się na zegarmistrza składającego swój poemat „Kruk” z precyzyjnie dobranych i dopasowanych części. Uwagę moją zwrócił szczególnie fragment związany z wyborem refrenu (tego legendarnego kraknięcia „Nevermore!”). Ponieważ tekst ukazał się w Przeglądzie Humanistycznym w roku 1972 i jakoś nie był potem szczególnie namiętnie wydawany (jakieś strzępki w „Fantastyce” przy okazji wspomnienia poematu „Kruk”), pozwolę sobie zacytować obszerne fragmenty, zamiast odsyłać do pożółkłego periodyku.
Niby nie o tym kruku, ale ten mi się spodobał (źródło)

Uważnie przebiegając myślą zwykłe efekty artystyczne – albo raczej sposoby, w sensie teatralnym – nie mogłem nie dostrzec od razu, że nie ma powszechniej używanego niż refren. Ta powszechność wystarczyła mi jako dowód jego istotnej wartości, oszczędzając mi szczegółowej analizy w tym względzie. (…)
    Postanowiłem urozmaicić i tym samym spotęgować jego efekt, zachowując na ogół monotonię brzmienia, lecz stale zmieniając myśl – to znaczy postanowiłem wywoływać efekty wciąż nowe zamieniając zastosowanie refrenu, przy czym sam refren najczęściej pozostawałby bez zmiany.
    Ustaliwszy to, zastanawiałem się, co ma być moim refrenem. Ponieważ musiał on być używany w różnych zastosowaniach, powinien oczywiście być krótki, dłuższe zdanie bowiem nastręczałoby nieprzezwyciężone trudności przy częstych wariacjach. Im krótsze będzie wyrażenie, tym łatwiejsze naturalnie staną się wariacje. Stąd wyciągnąłem natychmiast wniosek, że najlepszy w tym przypadku refren to jedno słowo.
    Powstała następnie kwestia, jakie właściwości powinno mieć to słowo. Skoro myślałem o refrenie, poemat musiał być podzielony na strofy – czyli każda strofa z refrenem na końcu. Że takie zakończenie dla pełnego efektu musiało być dźwięczne i nadające się do emfatycznego wydłużania, to nie ulegało wątpliwości. Te względy w nieunikniony sposób kazały mi wybrać o jako najdźwięczniejszą samogłoskę i r jako spółgłoskę najbardziej produktywną.
    Brzmienie refrenu było więc określone, teraz należało wybrać słowo, w którym to brzmienie ucieleśniłoby się i które zarazem harmonizowałoby jak najlepiej z melancholią, mającą stanowić tonację poematu. W poszukiwaniu czegoś takiego prawie niepodobieństwem było nie trafić na słowo Nevermore. Rzeczywiście, ono nasunęło mi się pierwsze.
    Następnie wypadło mi znaleźć pretekst, żeby uzasadnić stały powrót tego jednego słowa Nevermore. Kiedy rozważałem trudność, jaką mi sprawiało poszukiwanie dostatecznie przekonywającej racji dla takiego ciągłego powtarzania, prędko zrozumiałem, skąd się ta trudność wzięła – powodowało ją wyłącznie założenie, ze słowo będzie w sposób nieprzerwany i monotonny powtarzane przez istotę ludzką. Zrozumiałem, że trudno jest pogodzić tę monotonię i i rozumność istoty powtarzającej jedno słowo. Z tego natychmiast zrodził się pomysł istoty nierozumnej, a umiejącej mówić, i od razu, rzecz naturalna, odpowiednią kandydatką wydała się papuga, ale wyprał ją kruk, który też mówi, a nieskończenie lepiej harmonizuje z wybraną przeze mnie tonacją.
    W tym momencie miałem już zatem koncepcję kruka, ptaka złowieszczego, który monotonnie powtarza słowo Nevermore na końcu każdej strofy melancholijnego poematu liczącego mniej więcej sto wierszy.
E. A. Poe „Filozofia kompozycji”

 Czy można wykorzystać ten mechanizm nie będąc posądzonym o plagiat? Czy można wykorzystać go prawdziwie twórczo? Wydaje się, że tak. A dowodzi tego serial „Dr. Who” w swej odsłonie z roku 2005 (sezon I nowy, Dziewiąty Doktor). Fani serialu wiedzą pewnie o czym mówię. Russell T. Davies umyślił w kolejnych odcinkach umieszczać w różnych miejscach nawiązania do pojęcia Zły Wilk (Bad Wolf). Czym, tudzież kim okazał się Zły Wilk w ostatnim odcinku tego sezonu pominę, by nie odbierać przyjemności tym, którzy jeszcze w przygodach Doktora nie zasmakowali. Tak czy inaczej zastosowanie motywu Złego Wilka w całej serii było doskonałą egzemplifikacją mechanizmu opisanego półtora wieku temu przez poetę z Baltimore.
    Czy na tym koniec? Czy refren, jakim go opisał Poe, nie wystąpił nigdy już? Nie mogę się z tym zgodzić.
    Ceterum censeo – Hodor.

sobota, 7 października 2017

Sezon burz

Opuście stengę! Żywo! Niżej, niżej!
Grotem go pod wiatr ustawić!
Przekleństwo na ten skowyt!
Przekrzykują burzę i nas przy pracy.
W. Shakespeare „Burza” (przeł. M. Słomczyński)

Czy zauważyliście, jak ważna jest dla literatury figura burzy?
     Burza jest jak wykrzyknik. Nigdy nie pojawia się w utworze bez powodu. I najczęściej nie upływa bez konsekwencji. Czasem jest zaledwie podkreśleniem nastroju, jak w powieści pisanej przez Snoopy’ego, sympatycznego beagla z komiksu „Fistaszki”, która zaczyna się od osławionej frazy „Była ciemna i burzliwa noc”. Z drugiej strony może być burza kluczowym momentem zawiązania akcji – jak w przytoczonym na wstępie dramacie Stratfordczyka. Między nimi zaś rozściela się cała skala burz, od letniego pogrzmiewania, które stanowi tło makbetowskim wiedźmom, do huraganu zmiatającego miasta, jak u Sapkowskiego w powieści, od której zaczerpnąłem tytuł, lub u Marqueza, gdy wiatr zabiera Macondo (owszem, wiem, że mowa tam tylko o wietrze, bez gromów i bez deszczu).

Latarnia Maracaibo, niemal nieustająca burza u ujścia rzeki Catacumbo (źródło)
Snoopy ma pierwszeństwo.
    Jak bardzo kultowy jest cytat z powieści przemiłego pieska, zdałem sobie sprawę dopiero gdy w powieści Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny” natknąłem się na taki ustęp:

Na ścianie naprzeciw mojego biurka wisi plakat, który mi podarowano. Piesek Snoopy siedzi przed maszyną do pisania, a w dymku czytamy zdanie: „Była ciemna i burzliwa noc...” Za każdym razem, gdy tu siadam i czytam: „Była ciemna i burzliwa noc”, bezosobowość tego incipitu zdaje się przede mną otwierać przejście z jednego świata do drugiego, z czasu i przestrzeni tu i teraz w czas i przestrzeń napisanej strony. Urzeka mnie początek, który stwarza niewyczerpane, wielorakie możliwości dalszego poprowadzenia akcji, przekonuję się, że nie ma nic lepszego nad konwencjonalne rozpoczęcie utworu, nic lepszego od wstępu, po którym można spodziewać się wszystkiego i niczego. Zdaję sobie też sprawę, że ten pies mitoman nigdy nie zdoła dołączyć do pierwszych pięciu słów dalszych pięciu czy dziesięciu wyrazów nie rozwiewając czaru.
I. Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny”

Profesor Calvino wiedział, o czym pisze. Będąc jednocześnie literatem, jak i literatury teoretykiem, widział całą potencjalność takiego otwarcia tekstu. To właśnie zrobił Shakespeare.
    Postawmy się w sytuacji widza elżbietańskiego teatru. Przyszliśmy na przedstawienie o tytule „Burza”. Przedstawienie się zaczyna, akt pierwszy, pierwsza scena, nie mija kilka minut, a tytułowa burza spycha statek na skały. Za Eliotem chcemy zapytać jakie to morza brzegi? Jakie skały siwe? Wyspy jakie? Nic nie wiemy. Pyskówka między pasażerami a załogą niewiele przed nami odkrywa. Są jacyś dworzanie, król pod pokładem, jak wynika z rozmów. I śmierć za burtą. Scenę kończy dobitne zdanie godne hollywoodzkich one-linerów: „Wolałbym suchą śmierć”. Niewiele się dowiedzieliśmy ponadto, że była to ciemna i burzliwa noc.
   Efektownie też wykorzystuje Shakespeare burzę w „Makbecie” czyniąc z niej scenografię dla wystąpienia trzech wiedźm. Czy tylko scenografię? Grzmoty i błyskawice towarzyszą obu ich wystąpieniom, obu spotkaniom z Makbetem. I mimo iż to Zeus dzierży przydomek Gromowładnego, to właśnie trójosobowa Hekate (tak świetnie potem rozegrana przez Gaimana w cyklu o Sandmanie/Morfeuszu/Władcy Snów) zdaje się być w „Makbecie” uosobieniem burzy.
    Bo czymże jest dla nas burza? Połączeniem aż trzech żywiołów: wichru, wody i ognia niebieskiego. Czymś co budzi nasz niepokój (zakładam, że już nie trwogę). Zatem doskonale nadaje się do wykorzystania w literaturze jako element narzucający nastrój grozy, napięcia, niebezpieczeństwa. A na pewno odarcia z komfortu. Doskonale rozumiał to E. A. Poe. Toteż jedno z najbardziej niepokojących swoich opowiadań, „Metzengestein”, kończy sceną epickiego pożaru i śmierci głównego bohatera. Ale żeby wzmocnić swój przekaz każe się temu wszystkiemu odbyć – rzecz oczywista – w ciemną i burzliwą noc:

Pewnej nocy burzliwej Metzengerstein, z ciężkiego snu ockniony, wybiegł jak obłędny z komnaty i, pośpiesznie dosiadłszy rumaka, zabrnął w poskokach do labiryntu lasu.
E. A. Poe „Metzengerstein” (tłum. B. Leśmian)

Ma też burza i w naszej literaturze ważne miejsca. Juliusz Słowacki, przypuszczalnie za Shakespearem, używa burzowej scenerii w „Królu-Duchu” do rozpoczęcia fabuły:

Ja, Her Armeńczyk, leżałem na stosie
Trupem… przy niebios jasnej błyskawicy;
Kaukaz w piorunów się ciągłym rozgłosie
Odzywał do ech ciemnej okolicy.
Niebo sczerniało… ale świeciło się
Grzmotami, jak wid szatańskiej stolicy.
A ja świecący od ciągłego grzmota
Leżałem. — Zbroja była na mnie złota.
J. Słowacki „Król-Duch” Rapsod I, Pieśń I
Burza towarzyszy naszemu Herowi-Popielowi także na zakręcie życia, gdy nieświadom wpada w sidła przeznaczenia:

Tu patrz! jak straszne są duchowe sprawy!
Jakie okropne zastawiają sidła!
Raz, gdy z dalekiej wracałem wyprawy,
A piorunów się różne malowidła
Przez długi deszczu włos świeciły krwawy,
Ja i rycerze ujrzeliśmy skrzydła
Orłów pobitych… w tak wielkiej ilości,
Jak na cmentarzach gdzieś Germanów kości.
J. Słowacki „Król-Duch” Rapsod I, Pieśń I

Miłosiernie nie będę wspominał sceny narodzin Popiela i tego co wyprawiała Róża, jego matka, gdyż archaiczny język Słowackiego brzmi w tym miejscu już dla nas nieco śmiesznie. Wspomnę tylko, że traktowała małego Popiela jak „skrę piorunową”. Zresztą burzowa retoryka towarzyszy Popielowi aż do sceny zgonu, twarzą w twarz z kometą, gdy spopiela go ogień, to mamy przeświadczenie, że bohater został rażony piorunem, choć z uważnej lektury wynika, że tak nie jest.
    Niesamowitość burzy wykorzystał także S. Rushdie w swej ostatniej (dotąd) powieści, gdy zaczyna nowojorską część opowieści od słów:

Z górą osiemset lat później, a teraz już przeszło tysiąc lat temu, w miejscu oddalonym o ponad trzy i pół tysiąca mil, na miasto naszych przodków spadła niczym bomba wielka nawałnica.
S. Rushdie „Dwa lata osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy”

Po tym zdaniu następuje opis apokaliptycznych zniszczeń, któremu uległo Wielkie Jabłko, ale jest to niczym, wobec spustoszenia, któremu ulega życie jego mieszkańców. Burza, która dewastuje tam miasto jest tym hitchcockowskim gambitem, trzęsieniem ziemi, po którym napięcie narasta. Pioruny stają się tam także bronią przeciw dżinnijskim okupantom, a jedna z bohaterek nosi imię Burzyczka. Można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że całą powieść czuć ozonem.
    Myślę, że nie powinienem pomijać specyficznej nowelki Williama Austina pt. „Peter Rugg, zaginiony”, która pochodzi z 1824 roku (zwracam uwagę na datę, gdyż w Europie szaleje już romantyzm). Nowelka ma modną podówczas formę listu (innym przykładem jest „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” M. Shelley), w którym pan Dunwell relacjonuje swoje spotkanie z Peterem Ruggiem, człowiekiem, który swym zachowaniem naraził się był na klątwę wiecznej tułaczki. Rugg przemierza północno-wschodnie regiony Stanów Zjednoczonych z dzieckiem u boku, w swym zniszczonym powoziku zaprzężonym w konia, który jest postury wołu. Zmierza on niezmordowanie do Bostonu, by zdążyć do domu przed nocą, ale lata mijają, a on nie może dotrzeć na miejsce. W pewnym momencie zjawił się nawet u drzwi swego domu na Middle Street w Bostonie, ale o pokolenie zbyt późno – nikt nie znał jego, ani jego krewnych, czy znajomych, w dodatku ulicom pozmieniano ich nazwy. Peter Rugg stał się lądowym Latającym Holendrem, Żydem Wiecznym Tułaczem w wersji Nowego Świata. A zawsze towarzyszy mu burza:

Na pytania odpowiedział, że owego mężczyznę i jego pojazd spotkał był w ciągu dwóch tygodni w czterech różnych stanach; że zawsze tamten dopytywał się o drogę do Bostonu, i że za każdym razem taka burza jak dzisiejsza zalewała mu wóz i cały towar (…)
W. Austin „Peter Rugg, zaginony”

Peter Rugg sam sobie był winien, jak się dowiadujemy. Jak to często bywa – słowo ptakiem wyleci, klątwą powróci. Oto jak się sprawa zaczęła:

Rugg wzbraniał się, Cutter nastawa coraz gwałtowniej:
Ależ mój drogi! Burza nie mija, wkoło czarna noc! Kto widział, narażać tak dziecko! Masz otwarty powozik, a burza wzmaga się z każdą chwilą!
Niech się wzmaga! – wykrzyknął Rugg i zaklął jeszcze: – Choćby burza ta miała trwać wiecznie, dojadę dziś wieczór do domu, albo mogę go więcej nie oglądać!”. Z tymi słowy zaciął konia, który ruszył z kopyta i zniknął w ciemności.
W. Austin „Peter Rugg, zaginony”

Mamy tu klasyczny sztafaż romantycznych motywów: burza, klątwa, wieczna tułaczka. Jest to tak nośna kombinacja, że pod koniec XIX stulecia Peter Rugg był już postacią należącą do nowoangielskiego folkloru i bohaterem opowieści na dobranoc (aż mi się przypomniała „Ballada o toksycznej niani” Grupy Rafała Kmity)
    Powinniśmy na koniec wrócić tam, gdzie zaczęliśmy – na morze. A jest tak opisów zmagań burzowych co niemiara, żeby tylko wymienić Conrada, Londona i Verne’a na samym początku. Ale po krótkiej analizie ilości materiału, o którym warto byłoby opowiedzieć, postanowiłem nie nadużywać Twojej cierpliwości i zakończę w tym miejscu.

Riders on the storm.
Riders on the storm.
Into this house we're born
Into this world we're thrown
Like a dog without a bone
An actor out alone
Riders on the storm.
THE DOORS „Riders on the Storm”