poniedziałek, 30 listopada 2020

Wśród czterech dobrze znanych ścian

 

Jeśli litujemy się nad losem biednego Gregora Samsy, którego opisał w swojej „Przemianie” Franz Kafka, to znaczy, że nie dociera do nas cała złożoność i groza zaistniałej sytuacji. Bezpieczeństwo, które czujemy będąc czytelnikami może okazać się złudne.
 
Gregor Samsa (źródło)

Gregor Samsa, z zawodu komiwojażer, budzi się pewnego dnia w swoim łóżku w ciele wielkiego karalucha. Z uwagi na manierę sypiania na plecach, nie jest w stanie nawet z tego łóżka wstać. Rodzina jest przerażona. Każdy byłby przerażony, gdyby ktoś z jego bliskich, zwłaszcza domowników, zmienił się w gigantycznego chrząszcza.
    Ale natura lubi symetrię (oprócz równań Maxwella i strzałki termodynamicznej, te są haniebnie niesymetryczne). A to prowadzi nas do budzącej grozę konkluzji, że być może pewnego dnia w ciele któregoś z naszych domowników przebudzi się umysł karalucha.
 

środa, 11 listopada 2020

O pochodzeniu biegów wirtualnych

W dzisiejszych czasach, gdy życie społeczne toczy się w tak zwanym „reżimie sanitarnym”, organizacja masowych imprez biegowych jest mocno utrudniona. Początkowo zdało się, że nawet niemożliwa. Odwołanie-łamane-na-przeniesienie marcowego półmaratonu gdyńskiego, który ma rangę mistrzostw świata, w pewnym sensie stanowiło punkt krytyczny. Biegacze i organizatorzy, chcąc wybrnąć z impasu, umyślili w pewnym momencie formułę biegu wirtualnego. Co to oznacza: biegacz rejestruje się do biegu on-line, danego dnia rusza na bieg dowolną trasą, przebieg rejestruje aplikacją. Przebieg następnie przekazuje sieciowo do organizatora, który może na tej podstawie określić ile osób biegło, kto przybiegł w jakim czasie i może ustalić ranking w danej grupie wiekopłciowej. Na koniec wysyłane są uczestnikom medale ukończenia wyścigu. Wszystkim, którzy ukończyli.
    Chwila dla salgaryzmu: w 2020 roku najczęściej jest wykorzystywane Endomondo – informacja dla czytających ten post w późniejszych latach, gdy aplikacja zostanie wycofana z rynku. Natenczas Endomondo jest hegemonem biegowych apek.
    Myśl, że każdy może biec w dowolnym miejscu, po dowolnej trasie, a potem następuje integracja danych, jest naprawdę dobry. To jest to, po co internet został zbudowany – nie po to, żeby wysyłać sobie zdjęcia kotków, ale by ludzie mogli ze sobą współpracować oddaleni od siebie.
   Ale myliłby się ten, kto przypuszczałby, że pomysł tej formuły biegowej wymagał wiedzy o istnieniu internetu.
    Pierwszym, który zaproponował niemal dokładnie tę formułę był niejaki Charles Lutwidge Dodgson, angielski matematyk działający na niwie algebry liniowej w drugiej połowie XIX wieku. W 1865 wydał on pod pseudonimem powieść fantastyczną, nieco groteskową, gdzie znajdujemy opis takiego oto przedsięwzięcia:


Co to jest Wyścig Kumotrów? (…)
No cóż – powiedział Dodo – najłatwiej wyjaśnić to przystępując do dzieła. – (A ponieważ i wy zechcecie może spróbować tego któregoś zimowego dnia, opowiem wam, jakie były przygotowania Dodo).
    Po pierwsze, nakreślił tor wyścigowy, mniej więcej przypominający koło ( – Dokładny kształt nie ma znaczenia – powiedział), a później całe zgromadzenie ustawiło się, to tu, to tam, wzdłuż toru. Nie było żadnego: „Raz, dwa, trzy i start!”, lecz każdy rozpoczynał i kończył bieg, kiedy przyszła mu na to ochota, tak że niełatwo było stwierdzić, kiedy nastąpiło zakończenie wyścigu. Jednak gdy biegli już około pół godziny i wyschli już zupełnie, Dodo zawołał nagle: – Wyścig zakończony! – i wszyscy stłoczyli się wokół niego, dysząc i pytając: – Ale kto wygrał?
    Na pytanie to Dodo nie mógł odpowiedzieć bez długiego namysłu i stał przez pewien czas z palcem przytkniętym do czoła (w pozie, w jakiej zwykle widujecie Shakespeare'a, na przedstawiających go wizerunkach), podczas gdy pozostali oczekiwali w milczeniu. Wreszcie Dodo powiedział: – Wszyscy wygrali i każdy musi otrzymać nagrodę.
L. Carroll „Przygody Alicji w Krainie Czarów” (tłum. M. Słomczyński)

Charles L. Dogson aka Lewis Carroll w dwa lata przed publikacją powieści (źródło)

Post ten dedykuję wszystkim koleżankom i kolegom biegaczom, niezłomnym i pomysłowym – na przekór dziwnym dniom, które nas zastały. Zwłaszcza tym, którzy uczestniczą dziś w (wirtualnym rzecz jasna) Biegu Niepodległości.

poniedziałek, 26 października 2020

Panbiblioteka cz. 3: Bibliotheka Universalis

 

Kiedy ogłoszono, że Biblioteka obejmuje wszystkie książki, pierwszym wrażeniem było niezmierne szczęście. Wszyscy ludzie poczuli się panami nietkniętego i tajemnego skarbu. Nie było osobistego, czy światowego problemu, którego szczegółowe rozwiązanie by nie istniało: w którymś sześcioboku.

J. L. Borges „Biblioteka Babel”


W poprzedniej części, na podstawie jednego zdania wskazałem na nieprzydatność Biblioteki Babel Borgesa-Lasswitza. Po cóż byłaby nam biblioteka wypełniona wszelkimi wariacjami liter i znaków, gdy niemożnością byłoby odnaleźć prawdziwą informację w natłoku bezsensownych układów literowych? Jeszcze bardziej okrutnie rozprawił się z tym Lasswitz w swoim opowiadaniu, gdzie wylicza (wszak był matematykiem) geometryczne wymiary takiej biblioteki. Tam jest mowa o stosach książek o grubości lat świetlnych.
    Może zatem podejdźmy do tematu od drugiej strony: zbudujmy bibliotekę zawierającą całą wiedzę ludzkości. Jeśli na myśl przychodzi Ci internet, to nie jesteś daleko od prawdy.
    Problemem głównym jest egalitaryzm internetu. Skoro każdy może tam umieścić każdą informację, część z nich będzie fałszywymi. To przypadek, który Lasswitz opisał w swojej „Bibliotece uniwersalnej” w takim ustępie:


(…) Ale najgorszym jest znalezienie tomu, który wydaje się zawierać sensowne informacje. Na przykład: chcesz znaleźć coś w „Fauście” i nawet znajdujesz tom, który zaczyna się prawidłowo, ale po przeczytaniu kilku linijek tekst zaczyna brzmieć „Abrakadabra, nic tu nie ma!” albo zwyczajnie: „aaaaa”… Albo tablice logarytmiczne, z których nikt nie wie, które są prawidłowe, gdyż nasza biblioteka zawiera nie tylko wszystkie pozycje prawdziwe, ale także wszystkie fałszywe.

K. Lasswitz „Biblioteka uniwersalna” (przekład własny)

Kurd Lasswitz pisze o tym w kontekście biblioteki zawierającej wszystkie wariacje z powtórzeniami znaków pisarskich, jak to rozważaliśmy w poprzednich częściach. Ale wyobraź sobie taką bibliotekę, w której usunięto książki w oczywisty sposób błędne i pozostawiono te, które w wyniku przypadku są tekstem sensownym, choć niekoniecznie poprawnym. Na przykład: czy możesz odpowiedzieć od razu, który fragment tłumaczenia poematu „Kruk” naprawdę wyszedł spod pióra pani Jolanty Kozak? Sprawdź się!


1.
Noc już była, północ zgoła; rozmyślałem w pocie czoła
Nad trwożliwą tajemnicą, z dawna zapomnianych ksiąg,
Przysypiając niespodzianie, gdy rozległo się pukanie,
Jakby ciche chrobotanie w mój samotny senny dom (...)

E. A. Poe "Kruk"

2.
Noc już była, północ zgoła gdym studiował w pocie czoła
Te trwożliwe tajemnice, z dawna zapomnianych ksiąg,
Przysypiając niespodzianie usłyszałem chrobotanie
Jakby ściszone stukanie w mój samotny senny dom (...)

E. A. Poe "Kruk"


No i jak? Czy pokusa użycia wyszukiwarki internetowej nie była zbyt silna? A teraz pytanie: czy miejsca, do których zaprowadzi Cię wyszukiwarka, będą prawdziwe? Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo mogą się rozpowszechnić fałszywe informacje? I nawet nie mówię tu o fake newsach, czy mówiąc otwarcie – kłamstwach, które mają służyć doraźnej narracji politycznej, ale czasem chodzi o zwykłe spłycenie przekazu. Jak casus wąsatej perskiej księżniczki ‘Esmat Qajar, którą 9GAG uczynił „ideałem perskiej piękności, dla której trzynastu młodzieńców popełniło samobójstwo spotkawszy się z odrzuceniem ich zalotów”. Zaczyna to przypominać historie Radia Erewań, z których śmiano się w zeszłym stuleciu: „Pytanie: Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody? Odpowiedź Radia Erewań: Tak, ale nie w Moskwie, tylko w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, tylko na Newskim Prospekcie, nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną”. Tu podobnie: tak, to księżniczka ‘Esmat Qajar, ale nie była ideałem piękna, tylko najczęściej fotografowaną córką szacha (drugą z kilkunastu). Tak, miała wąsy. Faktycznie był to mało nam znany epizod kultury perskiej, gdy kobiety pielęgnowały meszek nad ustami (pewnie nawet sztucznie podkreślając je czernidłami jak dziś malując brwi, których nie ma). Nie, nie mogła odrzucić zalotów kilkunastu konkurentów do jej ręki, bo zwyczajnie nic nie miała do powiedzenia, gdy wydawano ją za mąż w wieku lat dziesięciu za równie smarkate arystokraciątko. Ale po co ja to mówię, skoro nasza Bibliotheca Universalis zawiera materiał źródłowy w postaci suchej notki biograficznej (i zdjęcia, bez wąsów) oraz omówienia problemu z memem, który zafałszował wyobrażenia.
    Morał? Gdy się zacznie szukać prawdziwych informacji, można je znaleźć. Ale trzeba być przygotowanym na przekopywanie się przez pokłady łajna, celowych łgarstw (niesławnej pamięci fałszerstwo Wakefielda), skrótów myślowych, indywidualnych mitomanii i zwyczajnego mylenia pojęć. Dr hab. Paweł Frelik, człowiek, który swoim blogiem Antimusick wprowadził mnie w świat muzyki naprawdę niekonwencjonalnej, wypowiedział takie słowa w wywiadzie udzielonym magazynowi „Noise”:


Kiedy jesteśmy zalewani – nieważne czy muzyką, czy filmami, czy newsami – to w każdym przypadku brakuje nam narzędzi, aby oddzielić to, co dobre, od tego, co wtórne. (…) W sytuacji klęski urodzaju problemem odbiorców jest brak narzędzi, aby zadawać pewne pytania. Kiedy wszystko jest spłaszczone i przychodzi do nas z taką samą intensywnością, w takich samych ilościach i atakuje nas z tego samego ekranu, potrzeba dobrego rozeznania. W przypadku muzyki będzie to świadomość historii i osłuchanie, w przypadku newsów – umiejętność ich weryfikowania.

P. Frelik w „Pisanie może zmienić świat”, „Noise” nr 4 (30), rok 2020


(źródło)

Gdy starożytni Rzymianie mówili, że „navigare necesse est, vivere non est necesse” („żeglowanie jest koniecznością, życie koniecznością nie jest”) nie myśleli jeszcze jak trafne będą to słowa w dobie zalewu informacji internetowych. To czego musimy się nauczyć i czego musimy nauczyć nasze dzieci, to nawigowania w oceanie informacji. Bez tego nasza Biblioteka Babel zawali się nam na głowy i znów przez tysiąclecia cierpieć będziemy z powodu pomieszanych języków.


Po nadmiernej nadziei nastąpiło, rzecz naturalna, przesadne zniechęcenie. Pewność, że któraś szafa w którymś sześcioboku zawiera cenne księgi i że te cenne księgi są nieosiągalne, wydała się niemal nie do zniesienia.

J. L. Borges „Biblioteka Babel”

PS.

Przekład numer 1 jest pióra pani Jolanty Kozak (i jest to mój ulubiony przekład), natomiast opatrzony numerem drugim jest przeze mnie złośliwie przetworzony.

piątek, 16 października 2020

Panbiblioteka, cz. 2: wariacje „Niezwyciężonego”

 

Rozważania Lasswitza i Borgesa o bibliotece, która zawiera wszystkie możliwe układy liter tworząc wszystkie możliwe dzieła, jest kusząca z jakichś przyczyn. Ale jakie byłyby jej prawdziwe rozmiary?
    Zbadajmy to doświadczalnie. Weźmy sobie pierwsze zdanie powieści S. Lema pt. „«Niezwyciężony»”:

Niezwyciężony”, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru.

S. Lem „«Niezwyciężony»

Całe zdanie liczy 167 znaków, w tym spacje i znaki przestankowe.
    Postawmy zadanie: ile książek w bibliotece Babel musimy przejrzeć, by znaleźć tę, która zaczyna się od przytoczonego zdania? Inaczej: na ile sposobów można ustawić 33 litery polskiego alfabetu (a, ą, b, c, ć, d, e, ę, f, g, h, i, j, k, l, ł, m, n, ń, o, ó, p, (q), r, s, ś, t, u, (v), w, (x), y, z, ź, ż; litery q, v, x nie należą do alfabetu polskiego, ale uważam, że q jesteśmy zmuszeni wliczyć do naszego zbioru, o czym poniżej, w Postscriptum 1) oraz spację i garść znaków przestankowych (ograniczmy się do podstawowych znaków przestankowych: kropki, przecinka, średnika, myślnika, któremu przyporządkujemy pauzę, cudzysłów pozostawimy tylko górny, do tego apostrof, pytajnik i wykrzyknik; razem – 8 sztuk). Zauważ, że okrawamy tu alfabet do jednej „wysokości” liter, bez ich rozróżnienia na wielkie i małe. Zatem nasz zbiór znaków liczy sobie 42 znaki (raz jeszcze: 33 litery, spacja i 8 znaków przestankowych). 42 to zdecydowanie ładna liczba. Douglas Adams wie to najlepiej.
    To, co musimy policzyć, w matematyce nazywa się wariacją z powtórzeniami. Mamy zbiór n elementów z którego układamy ciąg o długości k. Fraza „skrajny kwadrant” to ciąg o długości 16 z naszego zbioru 42 elementów, gdzie element „a” został wykorzystany trzy razy, „n” - dwa razy, a „p” - ani razu.
    Jak jest wariacja w przypadku ciągu 167 znaków z 42-elementowego alfabetu? 

Wnk = nk = 42167 12 · 10270

Czyli napisz sobie „12” i dopisz dwieście siedemdziesiąt zer (patrz Postscriptum 2).
   Nie podejmuję się nawet nazywać tej liczby, tak jak nazywamy nasze miliardy i kwadryliony, gdyż podejrzewam, że nazwa taka jeszcze nie została zbudowana, mimo że istnieją reguły dotyczące zbudowania takiej nazwy. Dla porównania: liczba atomów konstytuujących planetę Ziemia to około sto trzydzieści siedem oktylionów, czyli 137 i 48 zer (137 · 1048).
    Niewyobrażalną liczbę książek należałoby przejrzeć, by znaleźć tę, w której pierwsze zdanie pokrywa się z pierwszym zdaniem powieści S. Lema. A dalej? Gdy już znaleźliśmy tę książkę znikomo małe jest prawdopodobieństwo, że następne zdanie brzmieć będzie :

Osiemdziesięciu trzech ludzi załogi spało w tunelowym hibernatorze centralnego pokładu.

S. Lem „«Niezwyciężony»

O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że następne zdanie zaczynałoby się słowami „Brzdęśniało już”. Jest to ta sama wątpliwość, którą Kurd Lasswitz zawiera w swojej „Bibliotece uniwersalnej” z 1904 roku, gdy rozważa „Historię Wojny Trzydziestoletniej” zaczynającej się zdaniem o ślubie księcia Blüchera z Królową Dahomeju w Termopilach.
    Jaki z tego płynie dla nas wniosek? Że biblioteka taka byłaby bezużyteczna. Nie starczyłoby nam sił i czasu ludzkiego życia by znaleźć tam jedną książkę możliwą do zrozumienia i pozbawioną błędów. Taka biblioteka jest pełną potencjalnością, ale żadnym źródłem informacji. Jest jak surowy blok marmuru, w którym zaklęte są wszystkie rzeźby świata, ale żadna nie jest uwypuklona dłutem i przez to cały blok nie pobudzi nas do zastanowienia jak robią to zastygłe bryły „Dawida”, „Ekstazy św. Teresy” ani cykladzki harfista o twarzy zaznaczonej tylko gnomonem nosa.
    Biblioteka Babel byłaby oceanem, podczas gdy książki są dla nas rzekami. Ale już starożytni traktowali ocean i rzeki jako antonimy oddając ocean Tiamat a rzeki jej partnerowi – Apsu. Ocean to objętościowe, statyczne zaprzeczenie liniowej i dynamicznej rzeki. Biblioteka Babel to zaprzeczenie literatury.
 
Biblioteka Babel (źródło)

Postscriptum 1:

    Litery q, x, v nie należą do polskiego alfabetu i staramy się pewne sprawy spolszczać maksymalnie. I tak zamiast V mamy W imieniu Wiktoria, a za X mamy Ks, jak w imieniu Ksawery. Ale pewnych rzeczy nie możemy spolszczyć i nie wyobrażam sobie żadnej alternatywy dla melvillowskiego Queequega z pokładu „Pequoda”, stąd wliczenie q do naszego zbioru.

Postscriptum 2:

    Ja przepraszam kolegów inżynierów i ścisłowców za to, że nie napisałem 1,21 · 10271, ale byłoby to mniej czytelne dla innych, którzy na co dzień nie wykorzystują takiej notacji i wtedy nici z prostego przekazu. Jak to napisał w swoim „Kwantechizmie” prof. A. Dragan: „Komunikacja wymaga braku ścisłości”.
 

piątek, 9 października 2020

Panbiblioteka, cz 1: Borges i Lasswitz

Większość z nas pamięta borgesowski koncept biblioteki Babel. Napisane w 1941 roku opowiadanie zaczyna się słowami:

Wszechświat (który inni nazywają Biblioteką) składa się z nieokreślonej, i być może nieskończonej, liczby sześciobocznych galerii, z obszernymi studniami wentylacyjnymi w środku, które ogrodzone są nizutkimi balustradami. Za każdej galerii widać piętra niższe i wyższe: nieskończenie.

J. L. Borges „Biblioteka Babel”


Mamy w pierwszym zdaniu wizję nieskończonego plastra miodu wypełnionego, jak przedstawia to narrator w następnych zdaniach, regałami pełnymi książek, w których znajdują się wszystkie wariacje liter. A to z kolei oznacza, że znajdują się tam wszystkie utwory literackie jakie istniały, istnieją lub zaistnieć mogą.
   Borgesowskie źródło tego pomysłu zostało tak mocno utrwalone przez U. Eco w „Imieniu róży”, że nawet nie zadawałem sobie pytania, czy idea ta wykiełkowała przed Argentyńczykiem. Czy było coś, co zainspirowało Starego Jorge do napisania „Biblioteki Babel”.
   Aż tu czytając „Poszukiwania”, zbiorek nieco już zapoznanych esejów Argentyńczyka, natknąłem się na taki fragment:

(…) Kurd Lasswitz, przy końcu XIX wieku, zabawiał się przytłaczającą fantazją o jakiejś uniwersalnej bibliotece, która rejestrowałby wszystkie zestawienia dwudziestu kilku symboli ortograficznych, czyli to wszystko, co jest możliwe do wyrażenia, we wszystkich językach. Machina Lulia, obawa Milla i chaotyczna biblioteka Lasswitza mogą być przedmiotem kpin, ale wyolbrzymiają pewną skłonność, która jest naturalna: jest to skłonność do czynienia z metafizyki i ze sztuk rodzaju gry kombinatoryjnej.

J. L. Borges „Notatka na temat Bernarda Shaw”

Borges popełnił ten esej w 1951 roku, dekadę po napisaniu swojego opowiadania. Zastanawiałem się przez chwilę, czy on aby pana Lasswitza nie wymyślił, jak Lovecraft wyimaginował Abdula Alhazreda, autora „Necronomiconu”, a niżej podpisany – Chryzostoma z Pergamonu i jego „Chaogonię”. Ale sięgnąłem całkiem niedaleko, do naszej Biblioteki Babel, czy raczej Biblioteki Augiasza (czyli internetu) i dowiedziałem się, że pan Kurd Lasswitz był rzeczywiście dziewiętnastowiecznym nauczycielem i prekursorem niemieckiej literatury fantastycznonaukowej. Urodzony niecałą godzinę drogi od mojego obecnego miejsca zamieszkania, w Raciborzu, został absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego i Uniwersytetu Berlińskiego. W 1897 wydał swoją najsłynniejszą powieść - „Z dwóch planet”, która należy do nurtu fantastyki kontaktu. W 1904 napisał opowiadanie „Biblioteka uniwersalna”, które jest matematycznym rozważaniem nad konceptem biblioteki, zawierającej wszystkie możliwe kombinacje liter i znaków specjalnych. A właściwie – bo matematyka jest tu ważna – wszystkie wariacje z powtórzeniami.
   To ciekawe, że Borges ocalił dla nas myśl Lasswitza. Że gdyby nie „Biblioteka Babel”, nie pamiętalibyśmy pomysłu na nieskończoną bibliotekę, a U. Eco nie napisałby „Imienia róży” w tej formie, którą znamy – z biblioteką-labiryntem jako osią intrygi.
   Opowiadanie Borgesa stało się pochodnią odpaloną od kaganka. Sam Lasswitz nie zdobył tak szerokiego kręgu czytelników, zaś Borges bez inspiracji Lasswitzem nie napisałby swojej „Biblioteki Babel”. Dlatego wypada nam jednak zapamiętać raciborskiego nauczyciela matematyki, ojca chrzestnego niemieckiej fantastyki naukowej.
Kurd Lasswitz (źródło)

 


niedziela, 20 września 2020

Jesień w Edenie

Olga Tokarczuk w swych „Księgach jakubowych” zawarła informację, jakoby Józef Flawiusz, historyk żydowski, lokował stworzenie świata w czasie jesiennej równonocy. Argumentować miał to faktem, że feralne jabłko, na które połakomić mieli się pierwsi rodzice, wisiało już dojrzałe na drzewie. Argumentacji tej zupełnie nie popiera bohater książki, ksiądz Benedykt Chmielowski, pierwszy nasz encyklopedysta, rozumując, że tak proste owoce, to sobie Stworzyciel mógł gotowe sprokurować o dowolnej porze roku.
    To, że umysły obu światłych mężów zachowują się z gracją przyrodzoną złoczyńcom, którzy przyszli do Kevina samego w domu, nie zmienia tego, że zabawnym jest pominięcie różnicy pomiędzy czasem fabuły a czasem lektury lub uznanie któregokolwiek za liniowy.
    Nieodżałowany profesor Umberto Eco miał całkiem pouczający wykład na ten temat w swoich „Sześciu przechadzkach po lesie fikcji” i właściwie mógłbym na tym odesłaniu poprzestać. Ale nie mam złudzeń, że tylko mały procent moich czytelników ma nieskrępowany dostęp do książek imć profesora i liczba tych, którzy sięgną po tę pozycję wyniesie jakieś zero. Dlatego postanowiłem zrobić tu taki skrócony opis. Nie powielać słów U. Eco, lecz spróbować to opisać własnymi i przy użyciu przykładów znalezionych przez siebie.
    Zacznijmy od pojęć.
   Czas fabuły, to czas, który upływa w świecie tekstu. Czas lektury to czas, który poświęcamy na jego przeczytanie. Przykład:

Dżinnija Dunia była tak spektakularnie płodna, jak sugerowała przepowiednia. W ciągu dwóch lat, ośmiu miesięcy i dwudziestu ośmiu dni i nocy, które nastąpiły potem, zaszła w ciążę trzykrotnie i za każdym razem wydała na świat gromadę dzieci, co najmniej siedmioro w jednym rzucie jak by się zdawało, a raz jedenaścioro, a może nawet dziewiętnaścioro, chociaż doniesienia na ten temat są niejasne i niedokładne.
S. Rushdie „Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia nocy”

Czas fabuły: dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem dni (nocy). Czas lektury (mój): dwadzieścia sekund.
   Wydawałoby się, że jest to naturalne. Że czas lektury zawsze będzie ułamkiem czasu fabuły. Ale przypatrzmy się następnemu fragmentowi:

To był ideał cichego ataku z zaskoczenia. Sześć par butów trafiło w taflę jednocześnie i pięć tysięcy metrów kwadratowych szkła runęło w dół razem z całą niemal konstrukcją nośną. Przez sekundę byłem pewien, że i my dołączymy do tego naboju, ale ostatnim wysiłkiem grawitor zahamował nasze spadanie, po czym buchnął dymem i stanął w płomieniach.
H. Harrison „Stalowy Szczur ocala świat”

Czas lektury: osiemnaście sekund. Czas fabuły: oceniam, że nie więcej niż pięć sekund.
I jeszcze jeden:

Dżamis zaatakował i nie znalazłszy przeciwnika, pociągnął ręką w prawo, gdzie czekał na niego Paul, który nie cofnął się i dźgnął przeciwnika w rękę. W następnej chwili pomknął w lewo, wdzięczny Chani za wskazówkę.
   Dżamis cofnął się na środek, pocierając uzbrojoną dłoń, z której spłynęło parę kropel krwi. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w Paula, a w mdłym świetle widać było iskierki czujności.
F. Herbert „Diuna” (tłum. J. Łoziński)

Czas lektury: dziewiętnaście sekund. Czas fabuły: około trzech sekund.
   Wróćmy do zastanowień pana Józefa i księdza Benedykta. Pytanie właściwe brzmi: ile czasu minęło od stworzenia Ogrodu do Upadku Człowieka? Do analizy weźmiemy sobie tłumaczenie czwartego wydania Biblii Tysiąclecia ze strony deon.pl, dostępnego pod tym adresem: https://biblia.deon.pl/
    Lekturę zaczniemy od rozdziału drugiego Księgi Rodzaju, jako że w pierwszym nie ma słowa o Ogrodzie. Zaczynijmy od Rdz 2,8:

A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił.
Księga Rodzaju 2,8 (Biblia Tysiąclecia wydanie IV)

Tekst brzmi dość zawoalowanie. Nie czujemy czasu fabuły, oprócz przemożnej impresji natychmiastowości tego zdarzenia, jakby Bóg wkładał Adama do Edenu na podobieństwo dziecka wkładającego figurkę do domku dla lalek.
   Od wersu 9 do 14 następuje opis geograficzny Edenu. Czas fabuły nie rusza do przodu. Potem następuje passus:
 
Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał. A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: «Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz»
Księga Rodzaju 2,15–17 (Biblia Tysiąclecia wydanie IV)

Następnie od wersetu 18 do 25 następuje opis tworzenia towarzyszki dla człowieka (nie padają tak swojskie już dla nas imiona Adama i Ewy). W trzech wersach (18 – 20) następuje nadanie imion wszystkim zwierzętom. A w następnych trzech mamy wyjęcie żebra w czasie snu. I przez ten sen, który nie ma żadnego przymiotnika („dwuletni”, długi”, „trzymiesięczny”) wydaje się, że czas fabuły wynosi tu jedną noc. A że liczba wersów jest równa tej z procesu nadawania imion, przyjmujemy odruchowo, że trwało to jeden dzień, poprzedzający Noc Ewy. Zatem czas fabularny Rdz 2,18-23 wydaje się wynosić około doby. Ile zatem czasu trwa cały czas fabularny do tego miejsca? Przyjmując podświadomie sześć wersów na dobę, to mamy jakiś czwarty dzień istnienia ogrodu.
 
- Aby nie pryskane? (źródło)
 
I teraz nadchodzi rozdział trzeci i na scenie pojawia się wąż. Nie żaden antropomorficzny diabeł z rogami, który niepokojąco przypomina bożka Pana, ale wąż. Gadający wąż. I on w krótkiej, pięciozdaniowej scence przekonuje niewiastę do zjedzenia owocu (ani słowa o tym, że miało być to jabłko) z drzewa w środku ogrodu. Zauważ, proszę, że wąż swoją propagandą atakuje niewiastę, bo ona zna polecenie Boga z drugiej ręki. Gdy Bóg przestrzega przed jedzeniem tych owoców kobiety jeszcze w tej fabule nie było. Ona ten zakaz usłyszała od mężczyzny. Ale wróćmy do tematu czasu.
   Po pierwsze: ile czasu upłynęło od stworzenia niewiasty do spotkania węża? Nie ma znacznika w tekście! Jeśli myślisz, że fakt rozpoczęcia nowego rozdziału jest równoznaczny z użyciem frazy „jakiś czas później”, niestety mam dla Ciebie złą wiadomość: oryginał nie ma podziału na rozdziały. Obaj szanowni mężowie mają do czynienia z ciągłym tekstem, gdzie zdaje się, że wydarzenia pędzą w tempie sześciu wersów na dobę. To jest przedłużenie tego rytmu, w którym Bóg stwarza w pierwszym rozdziale calusieńki świat galopując po pięć wersów na dobę. Jak widać, nadany rytm trzyma się w drugim rozdziale oparty o domysł trzywersowego okresu nocy. No prawie się trzyma. Bo scena Rdz 3,1-5 to pierwszy w Biblii dialog. Wcześniej Bóg wydaje polecenia i komunikaty, człowiek wydaje oświadczenia, nazywa zwierzęta. A dopiero Zły przychodzi i mówi „porozmawiajmy”. W momencie, gdy toczy się dialog, staje się rzecz naturalna, ale godna przypomnienia: czas lektury i fabuły zbliżają się do siebie i stają się niemal sobie równe. Niemal, bo chwile zawahania i ciszy muszą być markowane odpowiednimi zabiegami narracyjnymi, więc często są lekceważąco zbywane przez niektórych autorów (tak, tak, to o panach, panie Dumas i panie Herbert). Z drugiej strony zdarza się nam, czytelnikom, w czasie zaciekłego dialogu odłożyć książkę i iść po następny kubek herbaty lub małe conieco czające się w białej otchłani lodówki. Wtedy czasy te desynchronizują się. Ale to na boku. Wróćmy do tekstu.
   Mamy wersy szósty i siódmy, a potem już jest pozamiatane:

Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy. Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski.
Księga Rodzaju 3,6-7 (Biblia Tysiąclecia, wydanie IV)

I tak oto narodził się przemysł odzieżowy.
   A tak bardziej serio: na dystansie dwudziestu pięciu wersów zostaje upchnięta historia od zasadzenia Edenu wraz z jego opisem, nadania imion zwierzętom, uczynienia niewiasty z żebra, kuszenia niewiasty i zjedzenia owocu. Przy takim tempie narracji musiała się wytworzyć w czytelniku iluzja, że minęło raptem kilka dni. A skoro nie było powiedziane, że czas Edenu miał być niezsynchronizowany z czasem reszty planety Ziemia, toteż stąd owo przypuszczenie jesiennej pory. Sympatyczne i nieco naiwne przez fakt, że żaden z przywołanych intelektualistów nie miał narzędzi do analizy tekstu takich, jakie mamy teraz.
   No to teraz zagadka: ile czasu fabularnego trwa akcja „Alicji w Krainie Czarów”?

 

sobota, 29 sierpnia 2020

Gra w grę

Czym jest gra? Najpierwszą myślą jest trawestacja wypowiedzi Augustyna o czasie: „Wiem, dopóki o tym nie myślę”. A ja sobie ostatnio sporo o tym myślałem. Więc nie wiem.
    Wikipedyczna definicja podaje, że jest to

(...) czynność o ustalonych zasadach, w której udział bierze jedna lub więcej osób. Od innych rozrywek grę oddziela istnienie ścisłego zbioru zasad gry, od innych skodyfikowanych czynności jej rozrywkowy charakter.

Wikipedia, hasło „Gra”: https://pl.wikipedia.org/wiki/Gra
dostęp z dnia 29.08.2020 r. godz. 13:49

Czyli mamy tu dwa wyróżniki: ścisłe reguły i rozrywkowy charakter. No i nie pasuje mi to za nic. Wypadają z niej na przykład mezoamerykańska ulama, która była rytualnym sportem związanym z zabijaniem, czy prowadzona przez Antoniusa Blocka partia szachów ze Śmiercią (wszak nie o płochą rozrywkę chodziło, lecz była to walka o życie) w „Siódmej pieczęci” I. Bergmanna. Z kolei do zbioru gier według tej definicji wjeżdża cała klasa zadań logicznych pokrewnych krzyżówkom i sudoku.
    Nie twierdzę, że ta definicja jest zła, tylko, że mnie nie satysfakcjonuje.
    Czy mam zatem jakąś inną, którą chciałbym się podzielić? Tak. Kilkadziesiąt lat temu przeczytałem w jakimś artykule o „The Doors” zdanie wyjęte z poezji ich frontmana, Jamesa D. Morrisona:

Każda gra zawiera w sobie ideę śmierci.

J. D. Morrison „Władcy” (tłum. A. Brodowicz)


Zafiksowałem się na tym cytacie na długie lata. Wydaje mi się, że jest to piękne uchwycenie pewnego warunku koniecznego, bym rozpoznał dane zjawisko jako grę. Chodzi o przegraną. Grę można przegrać lub jej nie-przegrać. W tym sensie zawiera ideę śmierci – jeśli przegrasz to umrzesz, jeśli nie – jeszcze się spotkamy. W sukurs moim fanaberiom intelektualnym przychodzi Gra. The Game (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gra_(gra_umys%C5%82owa)). Gra myślowa, która ma tylko jedną główną zasadę – nie wolno myśleć o Grze. Każdorazowo, gdy o niej pomyślisz, przegrywasz. Jest jeszcze jedna zasada, nazwijmy ją formalno-redakcyjną, która mówi o tym, że należy ogłosić swoją przegraną. James D. Morrison (celowo nie „Jim”) byłby zachwycony. Ta gra zawiera wyłącznie ideę przegranej. W Grę nie da się wygrać. Można jedynie spowodować, by inni przegrywali częściej, na przykład rozpowszechniając informacje dotyczące Gry.
Ogłoszenie o przegranej w Grę (źródło)


Jest jeszcze w tej klasie gier myślowych ciekawa odmiana Gry, która zwie się Bazyliszek Roko, ale to już odrębny temat.
    Biorąc pod uwagę założenie, że gra musi zawierać ideę przegranej z podaniem jej kryterium, możemy się umówić, że grą nie będzie rozwiązywanie sudoku w ubikacji, lecz będzie już rozwiązywanie sudoku na czas (określona liczba rozwiązań w zadanym czasie, bądź najkrótszy czas dla danego zadania). Nie będzie grą zwyczajny jogging, ani nawet bieg z pomiarem czasu. Ale grą już będzie bieg z limitem czasu lub minimalną długością (dobiegłem lub nie). Zupełnie naturalne będzie ustalenie gry, w której porównam swój czas biegu na danym dystansie z czasem mojego kolegi – i właśnie odkryliśmy czym są zawody lekkoatletyczne: porównywaniem wyników i wskazywaniem przegranego (zwycięzcą zostaje ten, który nie przegra lub przegra najmniej).
    Ciekawe, co tym pomyślałby L. Wittgenstein, człowiek, który początek swoich „Dociekań filozoficznych” oparł o koncepcję gier językowych, by w pewnym miejscu zastanowić się nad samą ideą gry. Człowiek, który przegrał swoją grę z K. Popperem w momencie gdy chwycił pogrzebacz, chcąc go w tej grze użyć. A gra miała udowodnić, że wszystkie tzw. „problemy filozoficzne” są jedynie grami językowymi.

Kiedyś grałem w pewną gierkę
Lubiłem wczołgiwać się do swojego mózgu
Myślę, że znasz tę grę –
To gra „pogrążaj się w szaleństwie”

(…)

Ta gierka jest całkiem fajna
Tylko zamknij oczy, nie da się przegrać
A ja tam jestem, idę z tobą,
Rozluźnij kontrolę – przebijamy się na drugą stronę…

THE DOORS „A Little Game” (tłum. własne)

 

niedziela, 16 sierpnia 2020

Pamięci budowniczych Artemizjonu

 

Źle uczymy historii.

    W roku 212 p.n.e. Rzymianie ostatecznie przełamują obronę Syrakuz. Nieznany z imienia legionista zabija Archimedesa, który do ostatnich chwili zajęty jest problemami matematycznymi, toteż woła przed śmiercią: „Nie zamazuj moich kół!”.
    To bardzo dziwna rzecz, można powiedzieć, że wręcz odwrotna do tego co dzieje się z historią w skali makro: znamy nazwisko i dokonania ofiary, a nie jego zabójcy.
    Zazwyczaj jest odwrotnie. Napoleon, Hitler, Stalin, Aleksander „Wielki”, Saldyn, Czyngis-chan. Tych postaci nie trzeba przedstawiać. Wyryły się w naszej pamięci strugami krwi i wypaliły pożogami wzniecanymi przez wojsko. A kim byli Pierre Lescot, Claude Perrault i Pierre Fontaine? Coś Ci chodzi po głowie, że pisali bajki? Blisko. To tylko kilku z wielu architektów, którzy projektowali i czuwali nad budową pałacu w Luwrze. A kogo się wspomina w kontekście tego pałacu? Despotycznego króla, w dodatku lokując jego imię w kuriozalnym związku frazeologicznym „dokończył budowę pałacu w Luwrze”. Pewnie sam kafelki układał.
    Zbyt wiele czasu i uwagi poświęcamy rozmaitym przywódcom, królom, władcom, dyktatorom i dyrektorom. Oni już odebrali swoją nagrodę. Celebrujemy pamięć bitew (nawet czasem słusznie), a nie próbujemy pamiętać o naukowcach, odkrywcach, budowniczych. Gdyby nasze podręczniki do historii wpadły w ręce obcych cywilizacji, to mieliby niezłą zagwozdkę próbując ustalić, dlaczego mamy tak rozwiniętą cywilizację, zajmując się właściwie głównie wzajemnym zabijaniem się. Dlatego można potem pisać jak Elon Musk, że piramidy budowali kosmici, bo on kojarzy tylko historie wojen faraonów z ościennymi ludami toczoną przy użyciu zaostrzonych patyków. Czyli włóczni i strzał. Gdy w kółko słuchamy o władcach, zaczynamy myśleć, że to faktycznie oni i ich geniusz za wszystkim stali. Że był władca i jego szara masa, którą on mocą swej charyzmy natchnął do wybudowania tych wszystkich dzieł. A potem wydaje się, że niepotrzebni nam błyskotliwi inżynierowie, jeśli mamy okrutnego dyrektora – on sam wszystko pociągnie.
    „Zapisujemy w historii jednostki wybitne”. Naprawdę?! Krótkie dwa pytania. Pierwsze: kto zaprojektował i nadzorował budowę Artemizjonu w Efezie? Nie wiemy, co? Drugie: kto go spalił? Szewc Herostates. Dziękuję, oskarżenie nie ma więcej pytań.

Statek dziejopisów głupców (H. Bosch, źródło)

 
Koncentrujemy się na złu, które sobie wzajemnie wyrządzamy. Opowiadamy o bitwie pod Grunwaldem i późniejszemu oblężeniu Malborka, ale czy możesz powiedzieć, kto stał za budową zamku w Malborku? Łatwo znajdziesz nazwisko czeskiego dowódcy najemników, który za obietnicę spłacenia żołdu sprzedał Polakom zamek w czasie wojny trzynastoletniej, ale trudno Ci będzie znaleźć imiona architektów i majstrów, którzy postawili twierdzę technicznie niezdobytą. A przecież ten Czech tylko podjął decyzję o otwarciu bram. Ale była wojna, a on był „dowódcom”.
    Gdy takich rzeczy będziemy uczyć młodych, to sobie do głów pobiorą, że tylko menadżerowie są ważni. A przecież są ważni. Ale są tylko trybikami, takimi jak księgowa, sprzątaczka i woźny.
    Gdy patrzę na tytuł zbioru opowiadań Borgesa „Powszechna historia nikczemności”, jestem przekonany, że na ten tytuł zasługują raczej nasze podręczniki szkolne.
    Historia zła to zła historia.

sobota, 8 sierpnia 2020

Kultyści

Dawno temu, dzieckiem będąc, czekałem na pokrytym skajem krzesełku w salonie fryzjerskim, aż fryzjerka skończy strzyc któreś z moich rodziców i ja zasiądę w wielkim (tak go ówcześnie postrzegałem), popękanym fotelu. A tymczasem czytałem leżące na stoliku gazety. Umówmy się: wielkiego wyboru nie było. Ale wychodziło wtedy czasopismo „Przekrój”, w którym rozumiałem część artykułów (teraz wychodzi podobne, choć słabsze, noszące ten sam tytuł). I zdarzył się tam artykuł, który dotyczył utworów zwanych „kultowymi”.
    Autor tegoż artykułu starał się odpowiedzieć na pytanie: co sprawia, że dana książka lub film stają się kultowe. Zapamiętałem jedną z jego tez, że o kultowości świadczy to, że fani danego utworu mówią do siebie cytatami z utworu. Dotyczyło to zwłaszcza powieści „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego, której fandom miał się rozpoznawać wzajemnie za pomocą takich właśnie cytatów. Autor wspomina, że nie dochodziło do jakichś dodatkowych interakcji, zadzierżgiwania znajomości, lecz tylko chodziło o identyfikację, rodzaj systemu „swój-obcy”.
    Ten mechanizm możesz obserwować co dzień na stronach internetowych, gdzie w strumieniu komentarzy pojawiają się pojedyncze wtrącenia, hasła, na które podając prawidłowy odzew dokonujemy identyfikacji, przyporządkowania do grupy. Język tych cytatów ma charakter stawiania granic i weryfikacji, po której stronie granicy rozmówca się znajdzie.
    Nie zawsze wymagany jest pełen cytat. Wystarczy nawiązanie. Niedawno na portalu JoeMonster pojawiła się kolejna odsłona cyklu artykułów „Zatrzymane w kadrze” (https://joemonster.org/art/51083/Zatrzymane_w_kadrze_CCCLIV_Nieudany_zamach_na_Hitlera), w której pod numerem #10 znajduje się zdjęcie francuskich żołnierzy z okresu I Wojny Światowej, który należeli do oddziału „najeźdźców okopów” (to zdecydowanie gorzej brzmi od angielskiego terminu trench raiders). Oddziały te w czasie wojny pozycyjnej, gdy żołnierze mieszkali miesiącami w okopach naprzeciw siebie, dokonywały nocą wypadów do okopów nieprzyjaciela, gdzie przy użyciu broni białej i obuchowej mieli za zadanie wyeliminować jak najwięcej żołnierzy i wrócić do siebie. Zdjęcie załączam poniżej. 
   
Trench raiders (źródło)
 
Widzimy czterech żołnierzy w hełmach, maskach przeciwgazowych i dodatkowo okutanych w jakieś osobliwe kożuchy, czy też baranice. Pod artykułem znajduje się sekcja komentarzy, w której najwyższą notę otrzymał ten, który rozbudowuje historię tych żołnierzy i prezentuje zdjęcie ich broni. Niewiele mniej „głosów” otrzymuje komentarz brzmiący:
   

wyglądają jakby chcieli, żeby przynieść im żywopłot

   https://joemonster.org/art/51083/Zatrzymane_w_kadrze_CCCLIV_Nieudany_zamach_na_Hitlera

dostęp z dnia 08.08.2020 r. godz. 17:44

 
W pierwszym czytaniu nie ma to najmniejszego sensu. Dlaczego czterech facetów w baranicach i hełmach miałoby sprawiać wrażenie, że chcieliby dostać jako rzecz ruchomą element zdecydowanie nieruchomy, jakim jest żywopłot? I tu właśnie jest ta granica, która wynika z kultowości. Ci, dla których kultowym jest dorobek grupy Latającego Cyrku Monty Pythona pamiętają doskonale, że w filmie „Monty Python i Święty Graal” z roku 1975 znajduje się wątek Rycerzy Ni, którzy nie chcą przepuścić króla Artura i jego rycerzy. Chyba, że ten przyniesie im… tak – żywopłot.

Rycerze Ni (źródło)
 

W poniższym filmie jest zebrana całość scen z Rycerzami Ni. Przedmiotowe żądanie pojawia się w drugiej minucie filmu.


   Zauważ, że nie w komentarzu nie nastąpiło zwyczajne nawiązanie. Jego autor nie napisał: „wyglądają jak Rycerze Ni”. On tę wiadomość ukrył. Taka kultyczna hermeneutyka (pop)kultury. Pisząc o przyniesieniu żywopłotu odwołał się się do żądania absurdalnego, surrealistycznego, które występuje niezwykle rzadko w kulturze, a dość rozpoznawalane jest jedynie w kontekście filmu szalonych Anglików (i jednego Amerykanina). Odwołując się do figury przynoszenia żywopłotu precyzyjnie wskazał nawiązanie swoim. Dał kultystom Monty Pythona sygnał, że jest jednym z nich. A oni potwierdzili mu swoją obecność przez 71 głosów pozytywnych (kliknięcia ikonki „łapka w górę” przez zalogowanych użytkowników portalu).
    Tak się odbywają teraz plemienne obwoływania na puszczy.
    Dlaczego o tym mówię? Bo chciałem postawić swoją hipotezę dotyczącą tego, co czyni dany utwór kultowym. W typowo internetowym stylu „nie znam się, więc się wypowiem”.
    Zwróć uwagę, że kultowymi stają się często utwory, które niosą ze sobą ładunek irracjonalny, surrealistyczny, czy wręcz absurdalny. Popatrz na wąską klasę polskich filmów, które najczęściej określane są mianem kultowych: to „Rejs”, „Hydrozagadka, komedie Barei (np. „Miś”) i Chęcińskiego („Sami swoi”). Swego czasu kultowym był dramat „Wesele”. One wszystkie zawierają elementy fantastyczne, niespotykane na co dzień.
    Gombrowiczowska „Ferdydurke” także wsławiła się kultową sceną pojedynku na miny, w którym spluwaczka była ważnym rekwizytem. I teraz aluzje do nurzania rąk w spluwaczce, czy pojedynkowania się na miny, nieodmiennie osadzają wypowiedź w kontekście „Ferdydurke” skutecznie wysyłając na out tych, którzy
    Wśród dzieł literatury światowej do ścisłej czołówki powieści jednocześnie kultowych i kanonicznych zaliczamy obie części przygód Alicji (w Krainie Czarów i Po Drugiej Stronie Lustra) i Biały Królik staje się dzięki temu symbolem, do którego można się odwołać, gdy chcemy wskazać proces przejścia do innej rzeczywistości. A gdy sformułujemy dwuzdanie: „Nora Białego Królika prowadzi nas do innego świata. Zwłaszcza, jeśli jest to Królik z Caerbannog”, to już wymagamy od odbiorcy znajomości zarówno „Alicji w Krainie Czarów” jak i wspomnianego filmu „Monty Python i Święty Graal”, gdzie w jaskini Caerbannog żył biały królik-zabójca.
    Wydaje mi się, że kultowymi łatwiej stają się te utwory, które nie są bezpośrednim odbiciem znanej rzeczywistości. Że właśnie elementy absurdalne lub surrealistyczne powodują, że łatwiej do nich nawiązać w sposób, który ukryty jest przed laikatem. Gdyby Rycerze Ni nie chcieli żywopłotu, ale sakiewki złota, to komentarz w brzmieniu „wyglądają jakby chcieli, żeby przynieść im sakiewkę złota” byłby słabo rozpoznawalny. Nie odniósłby swojego efektu.
    Czy jeśli przypiszesz Białego Królika do przygód Alicji oznacza już, że jest ta powieść dla Ciebie kultowa? Jeszcze nie – Biały Królik wszedł już do kanonu symboli kultury. Kultowe symbole muszą być poza kanonem. Ich rozpoznanie musi stanowić o wyodrębnieniu kultystów, elity. Co to za elita, gdy cztery piąte społeczeństwa w niej partycypuje? Ale gdy już zaproponuję Ci kadryla z homarami, a Ty złapiesz nawiązanie i odpowiesz „Gryf lubi to”, to właśnie znalazło się dwoje kultystów. Kultyści sięgają głębiej, poza kanon. Miałbym kłopot określić „2001 Odyseję kosmiczną” jako kultową, gdyż w świecie filmów SF stanowi on kanon. Ale kultowym może być już „Plan 9 z kosmosu”. Natomiast możemy się zastanawiać, czy w kontekście całokształtu kultury, w której SF jest niszą, kultowym będzie ostatnie zdanie filmu:

My God! It’s full of stars!
(Mój Boże! Tu jest pełno gwiazd!)

A. C. Clarke „2001 Space Odyssey”

Paradoksalnie elitarne stają się teraz utwory, których treści były kanoniczne, lecz przestają być rozpoznawalne. Ich symbole wypadają z kanonu. Kim jest Beatrycze? Dla mnie jeszcze jest oczywiste, że była natchnieniem Dantego. Ale pokolenie, które teraz wychodzi ze szkół, nie odróżnia Dantego od Dantona i jeśli napomknę im o Beatrycze, to pozostanę niezrozumiany. Taka dygresja.

   Na zakończenie chciałem Ci zaproponować chwilę z wykładem Dariusza Basińskiego dotyczącego kina kultowego. Wykład został wygłoszony w ramach kultowego programu „Lutownica, ale nie pistoletowa tylko taka kolba” kultowej grupy „Mumio”:

 

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Wieczór mankietów

Obiecałem Ci już dawno temu (pośród wielu tematów, które obiecałem) opowiedzieć o zjawisku, które pięknie uchwycił duet autorski Jorge Luisa Bogesa i Adolfo Bioy Casaresa w opowiadaniu „Gradus ad Parnassum”, a które dla swojej wygody nazwę „nocą mankietów”, co z kolei jest parafrazą pewnego fragmentu wymienionego tekstu (w oryginale był „wieczór mankietów”).
   Opowiadanie „Gradus ad Parnassum” pochodzi ze zbioru „Kroniki Bustosa Domecqa”, o którym miałem już okazję opowiadać. Każda nowelka stanowi tam wspaniałe, pełne ironii opisanie doprowadzonego do absurdu jakiegoś pomysłu sztuki awangardowej. A przy tym opowiadania są zabawne i – co najpiękniejsze – prawdziwie inspirujące.
   Nieobecnym bohaterem tego utworu jest świeżo zmarły poeta Santiago Ginzberg. Narrator wspomina najpierw pierwszy poemat pt. „Goździki dla ciebie i ja”, w którym znajduje się taki dwuwiersz:

Na rogu zebrali się przyjaciele
wieczór mankietów w oddali umyka.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

No i pięknie. Poezja awangardowa, zderzenia znaczeń, taka sytuacja. I znów zacytuję tu oryginał, który najlepiej mówi sam za siebie:

Problem pozostałby w lesie, gdyby nie działalność niżej podpisanego, który między północą a świtem wygrzebał w pliku papierów notes zapisany ręką samego Ginzberga (…)
   Ostrożnie zmierzamy do przodu. Mankiet znaczy według słownika: „Część rękawa, najbliższa przegubu, zwłaszcza od strony wewnętrznej i od podszewki”. Nie zgadza się z tym Ginzberg. We własnoręcznych zapiskach proponuje: „Mankiet określa w moim wierszu wzruszenie melodią, jaką słyszeliśmy kiedyś, po czym zapomnieliśmy i przypominamy ją sobie po upływie lat”.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

   Nie mamy szans z takim autorem. Najmniejszych.
   Spójrz na to od strony języka jako narzędzia komunikacji. Słowo mankiet zostało w umowie społecznej, jaką jest język, przypisane do pewnej części odzieży. Czytając zdanie w którym pojawia się słowo mankiet próbujemy dopasować go do kontekstu, lub raczej odtworzyć kontekst znając pierwotne znaczenie. Podobnie jak słowo kołnierz, które także oznacza pas materiału obrębiający otwór odzieży, w którym znajduje się szyja, może znaczyć zakończenie rury obrębiające jej wylot w sposób umożliwiający jego mocowanie do innego fragmentu instalacji. Jest tu pewne podobieństwo które nawet osobie nie szkolonej z zakresu hydrauliki czy pneumatyki pozwoli zrozumieć w lot czym jest kołnierz rury jeśli zna słownikowe znaczenie ododzieżowe. Czytając o wieczorze mankietów osadzonym w kontekście towarzyskim (słowo przyjaciele wieńczy poprzedni wers) popróbujemy sobie wyobrazić cokolwiek poetycką scenę ubranych w koszule ludzi, którzy żegnają się kończąc jakiś etap nocnej zabawy. Mankiety mogą być wskazaniem na ich elegancki ubiór… No ale już możemy sobie przestać to wyobrażać, bo oto okazuje się, że autor nadał słowu mankiet zupełnie inne, nieintuicyjne znaczenie, po czym zapisał je w notesie i schował. Komunikacyjną funkcję języka szlag trafił.
   Czy to źle? Spółka Borges&Casares w tym opowiadaniu opisuje także następne etapy twórczości, gdzie „Trzcinka na rogu” i „skrzynka nałogu” zostają zaakceptowane jako synonimy przez Ginzberga, a potem pojawiają się w jego twórczości słowa wcale dotąd nieobecne w słowniku, za to posiadające swoje znaczenie dla samego autora. Znaczenia, którymi się rzecz jasna nie podzielił, lecz skrupulatnie zapisawszy je w notesie pieczołowicie notes ten ukrył pozostawiając czytelników z niepojętymi neologizmami w rodzaju nocomoco, jabuneh, czy też grugnó. Tekst przestaje być środkiem komunikacji, staje się testem Rorschacha. Czy to źle?
    To zależy. Gdy nie musimy nic komunikować, to możemy się pochylić z zaciekawieniem nad „Finneganów trenem” J. Joyce’a, czy poematem „Jabberwocky” L. Carrolla. Tu nam wolno wyobrażać sobie dowolnie wygląd Dżaberłaka i snuć fantazje jak wygląda psztowie. Ale gdy chcemy przekazać precyzyjnie informację, musimy używać wspólnego słownika. Przykład? Nie dopuszczam myśli, że zamówione przez internet wkręty o łbach stożkowych, staną się w dostawie śrubami o takich łbach, tylko dlatego, że sprzedawca twierdzić będzie, że on sobie nazywa śruby wkrętami, bo jedno i drugie mocuje się kręcąc. Nie wyobrażam sobie, że zamawiając w restauracji smażonego pstrąga dostanę bukiet gotowanych warzyw, bo tak sobie szef kuchni umyślił nazywać warzywa. Że opowiadam absurdy? Nikt tak nie robi? A nie znasz przypadkiem ludzi, którzy używają słowa bynajmniej w funkcji słowa przynajmniej? Dla przypomnienia:

bynajmniej: zupełnie, wcale, ani trochę (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/bynajmniej;5415671.html, dostęp z dnia 28.06.2020 r.)

przynajmniej: wyraz podkreślający to, na czym mówiącemu szczególnie zależy, co uważa on za minimum konieczne w jakiejś sytuacji; (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego

Celowo przywołuję Doroszewskiego, bo jest mniej precyzyjny niż obecny Słownik Języka Polskiego, bardziej potoczny.
   Posługiwanie się słowem bynajmniej jako zastępnikiem przynajmniej jest dosłowną implementacją nocy mankietów. A to, że coś tam rozumiemy z kontekstu, że to bynajmniej nie o bynajmniej chodziło, lecz o to drugie pojęcie, to że swoje notesiki z prywatnymi słownikami publikują i się nimi wymieniają, nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
    Tłumaczeniom różnych ludzi, którzy próbują usprawiedliwić swoje maniery językowe tym, że można te wyrazy zamieniać, bo „pierwotne znaczenie słowa bynajmniej mało kto tera zna”, bo „wszyscy tak mówio”, bo „słyszałem, jak w radiu tak mówili, to znaczy, że tak teraz jest”, mam do powiedzenia tylko jedno:
Bynajmniej.

Mankiet w swej postaci zgodnej ze słownikiem. Pic rel

piątek, 12 czerwca 2020

W malowanej gospodzie

Jest rok 2018. Oskarowa gala, wśród filmów nominowanych w kategorii „Najlepszy długometrażowy film animowany” znajduje się „Twój Vincent” - jedyne chyba w swoim rodzaju dzieło, którego animacja realizowana była poprzez poklatkowe zdjęcia tysięcy obrazów olejnych malowanych przez przeszło setkę artystów. Wszystko stylu i kolorystyce obrazów Vincenta van Gogha, o którego ostatnich dniach życia opowiada film. Otwarta koperta, … and the winner is…, i pada tytuł disnejowskiej produkcji – „Coco”.
   „Twój Vincent” pozostał bez statuetki. Cytując klasyka: „jak do tego doszło – nie wiem”. Nie widziałem „Coco”, ale widziałem już tyle filmów Disneya, że mogę mieć pojęcie o klasie tego filmu. Ja zasadniczo lubię animacje imperialne Myszy (oprócz ich „Gwiezdnych Wojen” w nowej odsłonie – za „Ostatniego Jedi” powinien paść co najmniej jeden wyrok skazujący), ale nie sądzę, żeby „Coco” było na poziomie „Króla Lwa”, czy choćby „Shreka”, bo minęły dwa lata i nikt o „Coco” nie mówi w kategorii filmu kultowego.
   Ale wróćmy do „Twojego Vincenta”, któremu Oscar się po prostu należał.
    Naszego tytułowego bohatera poznajemy gdy już nie żyje. Armand Roulin, syn naczelnika poczty poproszony zostaje, by doręczyć spóźniony list od Vincenta van Gogha jego bratu, Theodore’owi. Armand nie jest zachwycony. Nie lubił Vincenta, a i bycie listonoszem nie jest jego marzeniem. Podkreśla, że nie po to uczył się na kowala. Ale nie odmawia ojcu. Jedzie dostarczyć list i na miejscu dowiaduje się, że Theo także nie żyje. Aby jednak nie wracać z listem, Armand jedzie do Auvers-sur-Oise, miejscowości, w której Vincent przebywał przed śmiercią, aby dostarczyć list jego lekarzowi, doktorowi Paulowi Gachetowi… I tu sytuacja się zaczyna zagęszczać. Niemal z każdą chwilą Armand dowiaduje się czegoś nowego o nieżyjącym malarzu i okolicznościach jego śmierci. A czym więcej wie, tym bardziej sytuacja staje się niejasna. Każdy kolejny trop rodzi nowe pytania. Armand zaczyna prywatne śledztwo, zostaje w Auvers dłużej by dowiedzieć się prawdy. A prawda jest coraz bardziej niejasna. Samobójstwo? Czy morderstwo? A jeśli morderstwo, to kto strzelał? Dlaczego lekarz nie operował? Dlaczego żandarm stara się zaszpachlować sprawę, zamiast dociec jej sedna?
   Film wciąga. Jest przepiękny wizualnie, gdyż przez bite półtorej godziny oglądamy ruchome obrazy olejne, na których widać kolory nakładane charakterystyczną techniką holendra. Historia wciąga także. Nie tylko Armanda, który zaczyna popadać w obsesję dowiedzenia się prawdy. Na co patrzymy? Mógłbym powiedzieć – na film kryminalny namalowany przez van Gogha.
Pole pszenicy ze żniwiarzem, według van Gogha - alegoria śmierci (źródło)

Jeszcze raz to podkreślę: nie oglądamy onirycznych obrazków, ale podążamy za głównym bohaterem szukając prawdy o ostatnich dniach życia Mistrza. Van Gogh jawi się nam jako osoba niesłychanie samotna i wrażliwa, która stara się utrzymać zdrowe zmysły na wodzy, a tymczasem osacza go małe miasteczko godne pióra Stephena Kinga. Oglądamy to miasteczko kolorami i pędzlem van Gogha oraz przenikliwością Armanda Roulina.
   Co mogę powiedzieć? Nie interesował mnie van Gogh zanim nie obejrzałem filmu. Dzięki niemu zarówno doceniłem go jako malarza, ale także zaciekawił mnie jako człowiek. Dziękuję Netflixowi, że umożliwił mi poznanie tego filmu (jak zwykle do kina miałem pod górkę).
   Polecam.

piątek, 5 czerwca 2020

Trudne sprawy: dobro

Nie będę się dziś wymądrzał. Chciałem zadać Ci jedno pytanie, abyśmy mogli zastanawiać się nad nim jedząc zupę, biorąc prysznic lub czytając recenzje na literackich blogach.
    Pytanie brzmi: dlaczego tak trudno skonstruować ciekawą historię o dobrych rzeczach?
   Pytanie to wraca do mnie co jakiś czas niczym zepsuty bumerang. Zauważ, ile miejsca w podręcznikach historii zajmują wojny, kryzysy, konflikty, schizmy, ewentualnie zarazy (zwane obecnie pandemiami). Ale na tym nie koniec.
    Mamy w historii Polski jednego króla o przydomku „Wielki”. To, rzecz jasna, Kazimierz III Wielki. Król, któremu zawdzięczamy odbudowę i rozwój państwa, uczelnię w Krakowie i – najprawdopodobniej – fakt, że z Czarnej Śmierci wyszliśmy cało, a nie straciliśmy, jak inne narody europejskie, trzeciej części naszych ludzi. No i pięknie. Ale co o nim więcej pisze się w podręcznikach? Jak bardzo jest to nośne? Ile powieści powstało o nim? Nawet, gdy już ktoś postanowił sprokurować serial (mowa o „Koronie królów”, to trudno było znaleźć coś bardziej interesującego niż… intrygi – przejaw zła, niszczenia.
   Historie o sprawach Dobra najczęściej napisane są wyjątkowo źle.
    Cały temat wrócił do mnie po wymianie komentarzy pod postem o „Martwych duszach” Gogola w interpretacji W. Nabokowa na blogu Pyzy. Napisała wtedy znamienne zdanie, które tu postanowiłem przytoczyć, gdyż jest sednem problemu.

A co do skończenia czy też nie skończenia – wiesz, to co dostajemy w II tomie a propos Odkupiciela jest bardzo rozczarowujące. Trochę pachnie takim nieudanym Dostojewskim i widać, że Gogol się wypalił, że tak bardzo mu zależało na napisaniu Wielkiego Dzieła o Niebie, że aż to nie wyszło. I wiesz, w „Boskiej Komedii” też nie bez kozery właśnie „Piekło” budzi największą ekscytację (też literacką).

Pyza (https://pierogipruskie.pl/2020/04/nabokoviada-2-martwe-dusze-mikolaj-gogol-nabokov/#comment-11774, dostęp z dnia 05.06.2020 r.)


Zauważ jak wiele dzieł literackich osnutych jest na motywie konfliktu. Jak bardzo nośny jest temat konfliktu, walki. Jak mało poświęca się dniom spokoju i budowania.

Sauron (źródło)

Dlaczego ekscytuje nas walka? Dlaczego nawet budowanie czegoś, jeśli ma stanowić tło interesującej historii, musi być związane z pokonywaniem problemów? Zwróć uwagę na język, który nas tu prowadzi w bojowym szyku: „pokonywanie”, „przezwyciężanie”.
I z tym pytaniem zostawiam Cię na razie.