poniedziałek, 29 czerwca 2020

Wieczór mankietów

Obiecałem Ci już dawno temu (pośród wielu tematów, które obiecałem) opowiedzieć o zjawisku, które pięknie uchwycił duet autorski Jorge Luisa Bogesa i Adolfo Bioy Casaresa w opowiadaniu „Gradus ad Parnassum”, a które dla swojej wygody nazwę „nocą mankietów”, co z kolei jest parafrazą pewnego fragmentu wymienionego tekstu (w oryginale był „wieczór mankietów”).
   Opowiadanie „Gradus ad Parnassum” pochodzi ze zbioru „Kroniki Bustosa Domecqa”, o którym miałem już okazję opowiadać. Każda nowelka stanowi tam wspaniałe, pełne ironii opisanie doprowadzonego do absurdu jakiegoś pomysłu sztuki awangardowej. A przy tym opowiadania są zabawne i – co najpiękniejsze – prawdziwie inspirujące.
   Nieobecnym bohaterem tego utworu jest świeżo zmarły poeta Santiago Ginzberg. Narrator wspomina najpierw pierwszy poemat pt. „Goździki dla ciebie i ja”, w którym znajduje się taki dwuwiersz:

Na rogu zebrali się przyjaciele
wieczór mankietów w oddali umyka.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

No i pięknie. Poezja awangardowa, zderzenia znaczeń, taka sytuacja. I znów zacytuję tu oryginał, który najlepiej mówi sam za siebie:

Problem pozostałby w lesie, gdyby nie działalność niżej podpisanego, który między północą a świtem wygrzebał w pliku papierów notes zapisany ręką samego Ginzberga (…)
   Ostrożnie zmierzamy do przodu. Mankiet znaczy według słownika: „Część rękawa, najbliższa przegubu, zwłaszcza od strony wewnętrznej i od podszewki”. Nie zgadza się z tym Ginzberg. We własnoręcznych zapiskach proponuje: „Mankiet określa w moim wierszu wzruszenie melodią, jaką słyszeliśmy kiedyś, po czym zapomnieliśmy i przypominamy ją sobie po upływie lat”.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

   Nie mamy szans z takim autorem. Najmniejszych.
   Spójrz na to od strony języka jako narzędzia komunikacji. Słowo mankiet zostało w umowie społecznej, jaką jest język, przypisane do pewnej części odzieży. Czytając zdanie w którym pojawia się słowo mankiet próbujemy dopasować go do kontekstu, lub raczej odtworzyć kontekst znając pierwotne znaczenie. Podobnie jak słowo kołnierz, które także oznacza pas materiału obrębiający otwór odzieży, w którym znajduje się szyja, może znaczyć zakończenie rury obrębiające jej wylot w sposób umożliwiający jego mocowanie do innego fragmentu instalacji. Jest tu pewne podobieństwo które nawet osobie nie szkolonej z zakresu hydrauliki czy pneumatyki pozwoli zrozumieć w lot czym jest kołnierz rury jeśli zna słownikowe znaczenie ododzieżowe. Czytając o wieczorze mankietów osadzonym w kontekście towarzyskim (słowo przyjaciele wieńczy poprzedni wers) popróbujemy sobie wyobrazić cokolwiek poetycką scenę ubranych w koszule ludzi, którzy żegnają się kończąc jakiś etap nocnej zabawy. Mankiety mogą być wskazaniem na ich elegancki ubiór… No ale już możemy sobie przestać to wyobrażać, bo oto okazuje się, że autor nadał słowu mankiet zupełnie inne, nieintuicyjne znaczenie, po czym zapisał je w notesie i schował. Komunikacyjną funkcję języka szlag trafił.
   Czy to źle? Spółka Borges&Casares w tym opowiadaniu opisuje także następne etapy twórczości, gdzie „Trzcinka na rogu” i „skrzynka nałogu” zostają zaakceptowane jako synonimy przez Ginzberga, a potem pojawiają się w jego twórczości słowa wcale dotąd nieobecne w słowniku, za to posiadające swoje znaczenie dla samego autora. Znaczenia, którymi się rzecz jasna nie podzielił, lecz skrupulatnie zapisawszy je w notesie pieczołowicie notes ten ukrył pozostawiając czytelników z niepojętymi neologizmami w rodzaju nocomoco, jabuneh, czy też grugnó. Tekst przestaje być środkiem komunikacji, staje się testem Rorschacha. Czy to źle?
    To zależy. Gdy nie musimy nic komunikować, to możemy się pochylić z zaciekawieniem nad „Finneganów trenem” J. Joyce’a, czy poematem „Jabberwocky” L. Carrolla. Tu nam wolno wyobrażać sobie dowolnie wygląd Dżaberłaka i snuć fantazje jak wygląda psztowie. Ale gdy chcemy przekazać precyzyjnie informację, musimy używać wspólnego słownika. Przykład? Nie dopuszczam myśli, że zamówione przez internet wkręty o łbach stożkowych, staną się w dostawie śrubami o takich łbach, tylko dlatego, że sprzedawca twierdzić będzie, że on sobie nazywa śruby wkrętami, bo jedno i drugie mocuje się kręcąc. Nie wyobrażam sobie, że zamawiając w restauracji smażonego pstrąga dostanę bukiet gotowanych warzyw, bo tak sobie szef kuchni umyślił nazywać warzywa. Że opowiadam absurdy? Nikt tak nie robi? A nie znasz przypadkiem ludzi, którzy używają słowa bynajmniej w funkcji słowa przynajmniej? Dla przypomnienia:

bynajmniej: zupełnie, wcale, ani trochę (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/bynajmniej;5415671.html, dostęp z dnia 28.06.2020 r.)

przynajmniej: wyraz podkreślający to, na czym mówiącemu szczególnie zależy, co uważa on za minimum konieczne w jakiejś sytuacji; (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego

Celowo przywołuję Doroszewskiego, bo jest mniej precyzyjny niż obecny Słownik Języka Polskiego, bardziej potoczny.
   Posługiwanie się słowem bynajmniej jako zastępnikiem przynajmniej jest dosłowną implementacją nocy mankietów. A to, że coś tam rozumiemy z kontekstu, że to bynajmniej nie o bynajmniej chodziło, lecz o to drugie pojęcie, to że swoje notesiki z prywatnymi słownikami publikują i się nimi wymieniają, nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
    Tłumaczeniom różnych ludzi, którzy próbują usprawiedliwić swoje maniery językowe tym, że można te wyrazy zamieniać, bo „pierwotne znaczenie słowa bynajmniej mało kto tera zna”, bo „wszyscy tak mówio”, bo „słyszałem, jak w radiu tak mówili, to znaczy, że tak teraz jest”, mam do powiedzenia tylko jedno:
Bynajmniej.

Mankiet w swej postaci zgodnej ze słownikiem. Pic rel

piątek, 12 czerwca 2020

W malowanej gospodzie

Jest rok 2018. Oskarowa gala, wśród filmów nominowanych w kategorii „Najlepszy długometrażowy film animowany” znajduje się „Twój Vincent” - jedyne chyba w swoim rodzaju dzieło, którego animacja realizowana była poprzez poklatkowe zdjęcia tysięcy obrazów olejnych malowanych przez przeszło setkę artystów. Wszystko stylu i kolorystyce obrazów Vincenta van Gogha, o którego ostatnich dniach życia opowiada film. Otwarta koperta, … and the winner is…, i pada tytuł disnejowskiej produkcji – „Coco”.
   „Twój Vincent” pozostał bez statuetki. Cytując klasyka: „jak do tego doszło – nie wiem”. Nie widziałem „Coco”, ale widziałem już tyle filmów Disneya, że mogę mieć pojęcie o klasie tego filmu. Ja zasadniczo lubię animacje imperialne Myszy (oprócz ich „Gwiezdnych Wojen” w nowej odsłonie – za „Ostatniego Jedi” powinien paść co najmniej jeden wyrok skazujący), ale nie sądzę, żeby „Coco” było na poziomie „Króla Lwa”, czy choćby „Shreka”, bo minęły dwa lata i nikt o „Coco” nie mówi w kategorii filmu kultowego.
   Ale wróćmy do „Twojego Vincenta”, któremu Oscar się po prostu należał.
    Naszego tytułowego bohatera poznajemy gdy już nie żyje. Armand Roulin, syn naczelnika poczty poproszony zostaje, by doręczyć spóźniony list od Vincenta van Gogha jego bratu, Theodore’owi. Armand nie jest zachwycony. Nie lubił Vincenta, a i bycie listonoszem nie jest jego marzeniem. Podkreśla, że nie po to uczył się na kowala. Ale nie odmawia ojcu. Jedzie dostarczyć list i na miejscu dowiaduje się, że Theo także nie żyje. Aby jednak nie wracać z listem, Armand jedzie do Auvers-sur-Oise, miejscowości, w której Vincent przebywał przed śmiercią, aby dostarczyć list jego lekarzowi, doktorowi Paulowi Gachetowi… I tu sytuacja się zaczyna zagęszczać. Niemal z każdą chwilą Armand dowiaduje się czegoś nowego o nieżyjącym malarzu i okolicznościach jego śmierci. A czym więcej wie, tym bardziej sytuacja staje się niejasna. Każdy kolejny trop rodzi nowe pytania. Armand zaczyna prywatne śledztwo, zostaje w Auvers dłużej by dowiedzieć się prawdy. A prawda jest coraz bardziej niejasna. Samobójstwo? Czy morderstwo? A jeśli morderstwo, to kto strzelał? Dlaczego lekarz nie operował? Dlaczego żandarm stara się zaszpachlować sprawę, zamiast dociec jej sedna?
   Film wciąga. Jest przepiękny wizualnie, gdyż przez bite półtorej godziny oglądamy ruchome obrazy olejne, na których widać kolory nakładane charakterystyczną techniką holendra. Historia wciąga także. Nie tylko Armanda, który zaczyna popadać w obsesję dowiedzenia się prawdy. Na co patrzymy? Mógłbym powiedzieć – na film kryminalny namalowany przez van Gogha.
Pole pszenicy ze żniwiarzem, według van Gogha - alegoria śmierci (źródło)

Jeszcze raz to podkreślę: nie oglądamy onirycznych obrazków, ale podążamy za głównym bohaterem szukając prawdy o ostatnich dniach życia Mistrza. Van Gogh jawi się nam jako osoba niesłychanie samotna i wrażliwa, która stara się utrzymać zdrowe zmysły na wodzy, a tymczasem osacza go małe miasteczko godne pióra Stephena Kinga. Oglądamy to miasteczko kolorami i pędzlem van Gogha oraz przenikliwością Armanda Roulina.
   Co mogę powiedzieć? Nie interesował mnie van Gogh zanim nie obejrzałem filmu. Dzięki niemu zarówno doceniłem go jako malarza, ale także zaciekawił mnie jako człowiek. Dziękuję Netflixowi, że umożliwił mi poznanie tego filmu (jak zwykle do kina miałem pod górkę).
   Polecam.

piątek, 5 czerwca 2020

Trudne sprawy: dobro

Nie będę się dziś wymądrzał. Chciałem zadać Ci jedno pytanie, abyśmy mogli zastanawiać się nad nim jedząc zupę, biorąc prysznic lub czytając recenzje na literackich blogach.
    Pytanie brzmi: dlaczego tak trudno skonstruować ciekawą historię o dobrych rzeczach?
   Pytanie to wraca do mnie co jakiś czas niczym zepsuty bumerang. Zauważ, ile miejsca w podręcznikach historii zajmują wojny, kryzysy, konflikty, schizmy, ewentualnie zarazy (zwane obecnie pandemiami). Ale na tym nie koniec.
    Mamy w historii Polski jednego króla o przydomku „Wielki”. To, rzecz jasna, Kazimierz III Wielki. Król, któremu zawdzięczamy odbudowę i rozwój państwa, uczelnię w Krakowie i – najprawdopodobniej – fakt, że z Czarnej Śmierci wyszliśmy cało, a nie straciliśmy, jak inne narody europejskie, trzeciej części naszych ludzi. No i pięknie. Ale co o nim więcej pisze się w podręcznikach? Jak bardzo jest to nośne? Ile powieści powstało o nim? Nawet, gdy już ktoś postanowił sprokurować serial (mowa o „Koronie królów”, to trudno było znaleźć coś bardziej interesującego niż… intrygi – przejaw zła, niszczenia.
   Historie o sprawach Dobra najczęściej napisane są wyjątkowo źle.
    Cały temat wrócił do mnie po wymianie komentarzy pod postem o „Martwych duszach” Gogola w interpretacji W. Nabokowa na blogu Pyzy. Napisała wtedy znamienne zdanie, które tu postanowiłem przytoczyć, gdyż jest sednem problemu.

A co do skończenia czy też nie skończenia – wiesz, to co dostajemy w II tomie a propos Odkupiciela jest bardzo rozczarowujące. Trochę pachnie takim nieudanym Dostojewskim i widać, że Gogol się wypalił, że tak bardzo mu zależało na napisaniu Wielkiego Dzieła o Niebie, że aż to nie wyszło. I wiesz, w „Boskiej Komedii” też nie bez kozery właśnie „Piekło” budzi największą ekscytację (też literacką).

Pyza (https://pierogipruskie.pl/2020/04/nabokoviada-2-martwe-dusze-mikolaj-gogol-nabokov/#comment-11774, dostęp z dnia 05.06.2020 r.)


Zauważ jak wiele dzieł literackich osnutych jest na motywie konfliktu. Jak bardzo nośny jest temat konfliktu, walki. Jak mało poświęca się dniom spokoju i budowania.

Sauron (źródło)

Dlaczego ekscytuje nas walka? Dlaczego nawet budowanie czegoś, jeśli ma stanowić tło interesującej historii, musi być związane z pokonywaniem problemów? Zwróć uwagę na język, który nas tu prowadzi w bojowym szyku: „pokonywanie”, „przezwyciężanie”.
I z tym pytaniem zostawiam Cię na razie.

sobota, 30 maja 2020

Wyroby własne: „Ostatni dom przy Cornland Road”


Nie wiem, czy to samochwalstwo, autopromocja, czy zwyczajny komunikat. Załóżmy, że to ostatnie.

Zapraszam do lektury mojego opowiadania pt. „Ostatni dom przy Cornland Road” w majowym numerze internetowego magazynu „Histeria” (numer XXXVIII), który można całkowicie bezpłatnie pobrać z tej oto strony internetowej: http://magazynhisteria.pl/czytajpobierz/


Miłej lektury!


Podobno przywiózł ze sobą jakąś dziwną skrzynkę, niewiele większą od futerału na skrzypce, w której coś grzechotało z pogłosem, jaki nie przystoi małym drewnianym skrzynkom. Podobno były to kości diabła. Podobno od czasu, gdy się sprowadził na bagna, zaczęły się tam dziać złe rzeczy – ludzie znikali w lesie, krzyczeli w snach, kobiety częściej rodziły martwe dzieci. Ale nikt nie był w stanie udowodnić, że jest to związane z de Kokiem. W końcu Chesapeake w Wirginii to nie Salem w Massachusetts, a i półtora wieku wystarczyło, by ludzie ochłonęli i przemyśleli swoje decyzje, zanim czyimś stosem oświetlą ciemność swoich serc.

W. Kryska „Ostatni dom przy Cornland Road”

sobota, 23 maja 2020

… Która skrycie mieszka w Twoim domu

Jedną z najbardziej fascynujących mnie osobiście postaci z uniwersum Night Vale jest bez wątpienia Starucha Bez Twarzy, czyli Faceless Old Woman. Ja już słyszę łopot zrywających się protestów, że lepszym tłumaczeniem byłaby Staruszka Bez Twarzy, ale biorąc pod uwagę nieco złowieszczy charakter tej postaci, nie jestem przekonany, czy zdrobnienie nie wprowadzałoby zbędnego dysonansu. Jeśli pozwolisz pozostanę więc przy angielskim oryginale.
    Co jakiś czas ukazują się zbiory epizodów mojego ulubionego podcastu, takie jak „The Buying of Lot 37” czy kolejne powieści opowiadające o fragmentach tego uniwersum, takie jak „It devours!”. Raczej po nie nie sięgałem zadowalając się samym podcastem, ale gdy usłyszałem o nowej powieści Jeffreya Cranora i Josepha Finka pt. „The Faceless Old Woman Who Secretly Lives In Your Home”, w której odkryto część tajemnic spowijających historię tej postaci, to zacząłem rozważać jej pozyskanie. Gdy w ramach promocji Mara Wilson – podcastowy głos Faceless Old Woman – przeczytała już pierwsze zdania, zdecydowałem się kupić książkę.

Podpaliłam twoje buty.
Wszystkie. Są w kuble na śmieci obok wypożyczalni. Wciąż się tlą.
J. Cranor, J. Fink „The Faceless Old Woman Who Secretly Lives In Your Home”

Trochę trzeba było poczekać i tanio nie było. Książka w twardej okładce ściągana zza oceanu… Czy warto było? Hmmm… Tak.

 Mam mieszane uczucia wobec tej powieści. Z jednej strony pewien niedosyt. Samego Night Vale jest tam niewiele. Większość fabuły dotyczy czasów sprzed dwóch wieków i wydarzeń, które miały miejsce w Europie, gdzie bohaterka spędzała swoje… ludzkie życie. Sama Europa też nie do końca przypomina nasz kontynent. Owszem, rozpoznajemy pewne miejsca: Paryż, Lizbona, Dubrownik. Ale są też miejsca, które można rozpoznać znając uniwersum Night Vale: alpejskie Lufnarp ze swoim osobliwym folklorem, czy Franchia, która nie ma nic wspólnego z Francją (która także istnieje, choćby pod postacią wspomnianego Paryża). Franchia jest typowym wykwitem tego poczucia humoru, który zachwyca mnie w Night Vale.

Franchia była jedynym terytorium na całym kontynencie, którego nigdy nie zamieszkiwała i nie zamieszkuje żadna ludność. Pomimo braku ludzi kraj pełen jest łuków wykonanych z białego kamienia, które pokrywają równiny i najbardziej strome zbocza górskie. Dźwięk, który wydaje wiatr wiejący przez te łuki, wydaje się niektórym normalny, lecz inni słyszą w nim wycie zazdrosnej i wrogiej obcym istoty, która nie życzy sobie by wkraczano do jej królestwa. Nikomu nigdy nie udało się skutecznie zawładnąć tym regionem. Całe armie gubiły się między łukami, a tych kilku ocalałych żołnierzy, którym udało się wydostać, mówiło, że labirynt arkad jest o wiele bardziej rozległy, niż pozwoliłyby na to granice granice tego małego kraiku.
J. Cranor, J. Fink „The Faceless Old Woman Who Secretly Lives In Your Home”

Na tym tle poznajemy życie tytułowej bohaterki od jej narodzin aż po dzień dzisiejszy. Jej dzieciństwo, utratę domu rodzinnego, czas spędzony w służbie różnorakich grup przestępczych i poświęcony tylko jednemu celowi – zemście za śmierć ojca. I co jakiś czas dostajemy flashforward do współczesności w Night Vale, gdzie nasza bohaterka pędzi swoje skryte życie w domu. W każdym domu.
    Spodziewałem się fajerwerków humoru i surrealizmu, który tak lubię w uniwersum Night Vale. Nie dostałem tyle, na ile liczyłem. Czuję niedosyt. Za to dostałem powieść rewelacyjnie skonstruowaną, pełną zwrotów akcji tak niespodziewanych, że aż przerywałem lekturę, by na nowo poukładać klocki, które mi poprzestawiali autorzy. Powieść pozornie prosto napisaną, ale przez to usypiającą czujność i bijącą między oczy zdarzeniami, które winniśmy przewidzieć. Główna bohaterka od 1805 roku napędzana jest jednym motywem: zemstą. I to wydaje się nie tylko proste, ale i ułatwia polaryzację czytelnikowi. Jednakże bohaterka się zmienia. Kibicujemy jej, współczujemy, czujemy do niej niechęć, brzydzimy się. Kolejno jak w kalejdoskopie zmieniają się nasze uczucia widząc jej przemiany w rytmie tego, czego się dowiaduje, kogo traci i co musi przeżyć. I cały czas jesteśmy zaintrygowani, dlaczego w tych przebłyskach roku 2011 (który jest powieściowym teraz, w którym bohaterka snuje wspomnienia), w swej nowej postaci, tak opiekuje się Craigiem, aranżując zerwanie z partnerką, która by go do niego nie pasowała. Aż wreszcie następuje połączenie obu linii fabularnych i… No nie. Nie będę Ci psuł lektury, być może kiedyś ukaże się po polsku i będzie okazja, byśmy ją wszyscy przeczytali.
Fanowska pocztówka z Nulogorska (źródło)
 Krótko i na temat: świetna powieść rozciągająca uniwersum Night Vale na Europę. Europę widzianą w krzywym zwierciadle, wzbogaconą o takie kraje jak Svitz, Luftnarp, czy wspomniania Franchia. Europę, po której krążą statki Zakonu Labiryntu, w której znajduje się Nulogorsk. Kontynent, na którym znany jest już pięciogłowy smok, na dwa wieki przed wyborami burmistrza Night Vale.

Zeszłego poniedziałku, gdy wybierałeś się rankiem do pracy, przyjrzałeś się w lustrze pryszczowi, który zaczął wykluwać się na twoim nosie. I wtedy zobaczyłeś coś jeszcze. Kogoś za sobą.
    Wąska linia oddziela strach i śmiech, i to właśnie była ta linia. Ty byłeś po stronie strachu, ja po stronie śmiechu.
J. Cranor, J. Fink „The Faceless Old Woman Who Secretly Lives In Your Home”

sobota, 16 maja 2020

Babel 2.0


Kiedyś w „Małym antyporadniku życia” pióra Charlesa Dane’a przeczytałem antyporadę, która stanowiła zachętę do oszukiwania dzieci, bo z nimi to zawsze wychodzi. Ostatnimi czasy ku mojemu przerażeniu odkryłem, że powszechnie stosowana jest inna zasada: oszukuj dorosłych dodając na początku wypowiedzi sugestię, że wszystkie dotychczasowe informacje są kłamstwem, a teraz dowiedzą się prawdy – to zawsze zadziała. Innymi słowy: jeśli zaczniesz swoją wypowiedź od słów: „jesteście oszukiwani; prawda jest taka, że ...”, to możesz iść pod prąd całej medycyny zalecając terapię polegającą na wlewaniu w żyły perhydrolu (czyli roztworu nadtlenku wodoru dziesięciokrotnie bardziej stężonego niż woda utleniona) i możesz zawojować świat. Możesz mówić, że Ziemia jest płaska. Że sieci 5G powodują choroby wirusowe a za wszystkim stoi facet, który przed pandemią ostrzegał kilka lat temu.
    Co jest powodem takiego stanu rzeczy? Dlaczego ludzie zaczęli tracić rozsądek? Śmiem twierdzić, że go nie mieli, bo go nie wykształcono, a nawet starano się go demontować. I oskarżam o to system nauczania i media.
    Żyjemy w czasach zalewu informacji. Aby radzić sobie z obróbką informacji: jej klasyfikacją, interpretacją i wykorzystaniem, trzeba mieć ku temu pewien trening.
    Pomyśl o atlecie, który chce pobić aktualny rekord świata w martwym ciągu (specyficzna metoda podnoszenia ciężaru), który kilka dni temu został ustanowiony przez Hafthora Bjoernssona (501 kg). Nasz atleta musi trenować, stosować odpowiednią dietę, prowadzić określony tryb życia ograniczając używki a nie sen. Musi przygotowywać się długie lata, bo jeśli nie, to pozbawiony muskulatury, silnych stawów i nie znając prawidłowej techniki, nabawi się tylko ciężkiej kontuzji kręgosłupa lub przepukliny.
    A teraz pomyśl o tak złożonym temacie jak pandemia. O całym aparacie matematycznym, jaki stoi za modelami jej rozwoju. O wiedzy biologicznej, która stoi za zrozumieniem mechanizmów infekcji wirusowej (nawiasem mówiąc zadam zagadkę: czy wirusy są organizmami żywymi? Sprawdź, zdziwisz się!). O wiedzy medycznej, która stoi za leczeniem pacjentów walczących z infekcją. Ile z tego wiesz i rozumiesz? Każde z pytań, które zadałem dotyczy odrębnego strumienia rozwoju nauki, w obrębie których co roku bronionych jest tysiące doktoratów i nadawanych są setki profesur. Bez gruntownej, wieloletniej nauki, bez ciągłego utrzymywania umysłu w stanie gotowości i bezustannego rozwoju nie można dyskredytować tego wszystkiego.
   Wracając do analogii z martwym ciągiem. Wspomniany Islandczyk podniósł przeszło pół tony. Przeciętny entuzjasta żelaza po kilku latach podniesie 120 – 150 kg. A samozwańczy ekspert już kilkudziesięcioma kilogramami popsuje sobie kręgosłup. I potem będzie mówił, że „sport powoduje kalectwo”. Źle edukowany człowiek bez zaplecza wiedzy zalany informacjami zacznie je układać w fatalne struktury narracyjne i teorie spiskowe.
    I teraz wrócę do moich oskarżeń.
    Jeśli w czasie edukacji szkolnej nie zostanie wykształcona kultura ufania autorytetom, nie zostanie przekazany nawyk weryfikacji źródeł i określania ich wiarygodności, jeśli media nie przestaną wprowadzać zamieszania pytając celebrytów jako jedynych o kwestie, na których ci się nie znają i demontując w ten sposób całą hierarchię autorytetów, to czeka nas zapaść cywilizacji.
   Mało kto pamięta, że ruch proepidemiczny („antyszczepionkowy” jest błędną nazwą) rozwinął się przez to, że Andrew Wakefield sfałszował wyniki swoich badań naukowych. Ale celem jego skłamanych badań nie było wykazanie, że szczepionki szkodzą. On chciał zdyskredytować pewien typ produkowanych szczepionek, by móc uzyskać niszę do rozwoju swojego typu szczepionek. Przerażające jest to, że w tej chwili w Polsce jest sporo lekarzy, którzy obstają za tezami Wakefielda z artykułu, który czasopismo „Lancet” wycofało i wolałoby, żeby nigdy nie powstał, gdyż opiera się na kłamstwie wynikającym z chciwości. Nic naukowego. Ale w umysłach ludzi nie mieszczą się takie subtelności jak weryfikacja procesu badań, weryfikacja publikacji naukowych (Wakefield zataił swoje związki z koncernami farmaceutycznymi, które chciały urwać kawał rynku szczepionkowego), aktualizacja stanu rzeczy (wspomniane wycofanie artykułu z „Lancetu” w 2010 roku – chyba jedynego takiego przypadku w ich dwustuletniej historii). W umysłach ludzi rodzą się struktury mówiące o pazernej „big pharmie”, o miliarderach celowo niszczących ludzi, żeby łatwiej nimi sterować, o celowej depopulacji, o Wakefieldzie, męczenniku, który chciał nam pokazać to wszystko, ale go zniszczyli. No i po sprawie. Wskaźnik wyszczepialności poszybował w dół, a wkrótce na ulice wrócą dzieci z życiem połamanym przez polio. A już myślałem, że to moje pokolenie będzie ostatnim, które musiało oglądać smutny los swoich rówieśników dotkniętych tą chorobą (osobiście oglądałem ich w szkołach i na uczelni). Teraz, gdy jako ludzkość będziemy mieli możliwość opanowania COVID-19 za pomocą szczepionek, zdepopulują nas nie miliarderzy czy reptilianie, tylko proste umysły, które odmówią (nawet stosując przemoc) szczepień, bo ich umysły składają informacje w teorie spiskowe. Bo informacji jest zbyt dużo, a nikt nie nauczył ich jak sobie z nimi radzić. „Gadzi mózg” (najstarsza część naszego mózgu) każe układać je w komunikaty o wszechobecnym zagrożeniu, bo taka strategia jest wpisana w jego strukturę: „za dużo” = „niebezpieczeństwo, uciekaj/broń się”.
    To co stanowi teraz moralny obowiązek i wyzwanie dla szkoły i mediów to nauczanie i prowadzenie w świecie przeładowanym wiedzą. Dawniej, gdy nie było telewizji, radio było w powijakach, a gazet nie tak wiele, to szkoła była źródłem informacji. Krynicą zasilającą suche umysły. Teraz, gdy informacje leją się ze wszech stron zamieniając nasze umysły w bagna, to nie kolejnego źródła potrzebujemy, ale melioracji – technik radzenia sobie z zalewem. A media muszą skanalizować i weryfikować w swoim obszarze informacje, gdyż wypuszczając fake-newsy zaczynają zwyczajnie popadać w konflikt z przykazaniem „nie będziesz składał fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Tak! Przykazanie to, które leży u źródeł penalizacji szkalowania i naruszenia wizerunku, w tej chwili jest także łamane poprzez głoszenie poglądów, które zahamują wysiłki zmierzające do opanowania pandemii. Przekazywanie błędnych informacji, które niesłusznie wzbudzą czyiś sprzeciw wobec szczepień czy innych działań, jest zwyczajnie niemoralne. A następnym krokiem jest uczynienie ich bezprawnymi. I proszę obrońców wolności słowa, by najpierw oprotestowali artykuł 212 kodeksu karnego, czyli przestępstwo zniesławienia. No bo w końcu jak można odmawiać wolności do szerzenia kłamliwych słów? (To był sarkazm – informacja dla obrońców wolności fake-newsów).
   Trochę się rozpisałem, miał być to krótki wstęp do zasadniczej myśli. Do tego, że nasza cywilizacja inscenizuje znów to, co w Biblii opisane jest w rozdziale 11 Księgi Rodzaju. To co miało mieć miejsce na równinie Szinear, gdy ludzie zaczęli budować wieżę Babel.
    Zagęszczenie bodźców, zalew informacji, rozwój techniczny, którego nie ogarnia większość ludzi (w Babel: cegła i smoła zamiast kamieni i zaprawy, u nas to obecnie 5G) spowoduje zawalenie się tego systemu pod własnym ciężarem. Biblijny autor też nie zrozumiał wydarzenia, o którym pisał. Zrzuca na Boga odpowiedzialność za efekt w postaci pomieszanych języków, nieświadomie budując upraszczającą narrację teorii spiskowej, w której jakiś Bóg jest odpowiedzialny za katastrofę, bo aktywnie przeciwdziałał ludzkim wysiłkom. Czyni tym samym Boga na swój obraz i podobieństwo. Boga, którego celem jest nie pozwolić ludziom na podskoczenie wyżej pewnego pułapu, tak jak ludzcy, małostkowi władcy nie pozwalają, by ktokolwiek ich przewyższył.
   Grawitacja powoduje, że to co na górze wywiera ciśnienie na to co na dole. To powoduje, że piasek zamienia się w piaskowiec, gips – w alabaster, a białe karły – w czarne dziury. Takie ciśnienie, które wywiera na nas wszechobecna informacja, powoduje, że nasz świat zgniata się i rozrywają struktury, które utrzymywały cywilizację. Ludzie nie radzą sobie z interpretacją, piętrzą się nie-porozumienia, które zbyt łatwo klasyfikujemy jako celowe działania. Bylejakość wywołana tempem życia odbierana jest jako celowe działanie przeciw nam, a własnych błędów nie widzimy, bo nie starcza nam czasu na refleksję nad swoim życiem.
Zbigniew Hinc "Wieża Babel - apokalipsa" (źródło)
 Wieża Babel naszego globalizującego się świata, który stworzył media i teleinformatykę „aby się nie rozproszyć po całej ziemi” (Rdz 11,4) sypie się na naszych oczach. I za prawdę powiadam Ci: nie ma w tym ingerencji Boga. Raczej widać w tym nasze od Niego odwrócenie.

Mówisz:
Uwielbiam puls tego miasta

Nie dostrzegasz
Jego agonalnej tachykardii
Wrzenie asfaltu rozkłada nas na osoby pierwsze
Ja, Ja
Dwa miliony Mnie
Skąpane w chorej, betonowej mgle.

piątek, 1 maja 2020

Świerzop na wulkanie

Zasadniczo jest tak, że w przypadku dobrego utworu odwołanie do innego utworu, czy symbolu winno być tak skonstruowane, że odbiorcy nie obeznanemu z tym symbolem nie zepsuje komfortu odbioru, zaś temu, który odwołanie wyłapie, zaoferuje dodatkową perspektywę odczytania.
    Nauczył mnie tego U. Eco, którego powieści czytałem wiele razy i zawsze czytana powieść była inną, niż znałem wcześniej. Inaczej odczytywałem, gdy jako nastolatek miałem w rękach „Imię róży” i był to dla mnie wyborny, mroczny kryminał, inaczej po kilku latach, gdy już więcej rozumiałem ze sporu o ubóstwo Chrystusa, a już zupełnie inaczej, gdy jako dorosły znałem już Jorge Borgesa i jego nieskończoną bibliotekę, zaklętą u Eco w ośmiokątną bibliotekę (symbol styku Ziemi, której symbolem jest kwadrat, z Niebem, którego przedstawia okrąg) strzeżoną przez niewidomego brata imieniem Jorge z Burgos (J. Borges był niewidomy pod koniec życia).
    Takie różne smaczki i nawiązania powodują, że człowiek się rozwija. Próbując zrozumieć, sięga po źródła, szuka odpowiedzi. Same te podróże dygresyjne po oceanie wiedzy mogą być osobnym sposobem recepcji utworu.
    Można, niestety skończyć jak ta „ofiara świerzopa” z wiersza K. I Gałczyńskiego. Znasz? Otóż przygoda zaczyna się we wczesnych wersach inwokacji „Pana Tadeusza” pióra A. Mickiewicza:

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A. Mickiewicz „Pan Tadeusz” (Księga I „Gospodarstwo”)

No i konia z rzędem albo motorynkę, temu, kto powie, co to ten świerzop?
    Jednym wystarczył rytm i rym, inni chcieli dowiedzieć się, czym był ów „świerzop” i „dzięcielina”. Wśród nich i wzmiankowany podmiot lityczny z Gałczyńskiego:

Jest w I Księdze "Pana Tadeusza"
taki ustęp, panie doktorze:
"Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała..."
I właśnie przez ten świerzop neurastenia cała...
O Boże, Boże...

Bo gdy spytałem Kridla, co to takiego świerzop,
Kridl odpowiedział: - Hm, może to jaki przyrząd?
Potem pytałem Pigonia,
a Pigon podniósł ramiona.

Potem ryłem w cyklopediach,
w katalogach i słownikach,
i w staropolskich trajediach,
i w herbarzach i w zielnikach...
(…)
K. I. Gałczyński „Ofiara świerzopa”

Mój „świerzop” wyrósł zdecydowanie dalej. Nie, żeby mnie to jakoś nobilitowało, lub też jego wynosiło nad mickiewiczowskie chabazie. Otóż sięgnąłem po balladę E. A. Poe pt. „Ulalume” i czytam:

Tam to niegdyś szeroką aleją
Śród cyprysów z swą duszą sierocą —

Ze swą Psyche błądziłem sierocą,
W dniach, gdy w sercu płomienie goreją,
Jak te ognie, co z wirem i mocą,
Jak te lawy, co wiecznie a z mocą
Aż na Yanik siarczyście się leją
Pod biegunów lodowych północą —
Aż na Yanik jęcząco się leją
Pod tych królestw lodowych północą.
E. A. Poe „Ulalume” (tłum. A. Lange)

W oryginale interesujące te wersy brzmią:

Here once, through an alley Titanic,
Of cypress, I roamed with my Soul—
Of cypress, with Psyche, my Soul.
These were days when my heart was volcanic
As the scoriac rivers that roll—
As the lavas that restlessly roll
Their sulphurous currents down Yaanek
In the ultimate climes of the pole—
That groan as they roll down Mount Yaanek
In the realms of the boreal pole.
E. A. Poe „Ulalume”

No i zacząłem się zastanawiać: a gdzież to ten wulkan zwany Yanik, leży. I tu zaczęły się schody. I jazda po poręczy. Bo okazało się, że zagadka wulkanu Yanik nie jest tylko moim wymysłem. Głowy tęższe od mojej już szukały tego cudu natury.
   Thomas Ollive Mabbott w swoich przypisach do zbioru wierszy Bostończyka „Complete Poems”  wskazuje, za Williamem P. Trentem, że o ile przymiotnik „boreal” w kontekście bieguna winien oznaczać „północny” (boć Boreasz był włodarzem północnego wichru), to za północnym kołem podbiegunowym nie ma aktywnych wulkanów. Za to jest jeden za południowym kołem podbiegunowym: Erebus, nazwany tak przez jego odkrywcę Sir Jamesa Clarka Rossa, dla uhonorowania jednego ze swoich statków, który nosił tę, skądinąd infernalną nazwę. Postaram się tu podlinkować inkryminowany fragment.

Erebus w pełnej krasie (źródło)
Wyobraź to sobie. W 1840 roku Ross odkrywa czynny wulkan na skraju świata, na Antarktydzie, Ostatnim Kontynencie. Strumienie gorącej lawy i odwieczna pokrywa lodu. Dym i para wodna w cichym świecie, gdzie oddech marznie w śnieg. I temu wulkanowi Ross nadaje imię Ereba, bóstwa pierwotnego, syna Chronosa (Czasu) i Ananke (Nieuchronności), ojca Tanatosa – boga śmierci. Samo imię Erebos znaczy po grecku Mrok. A pamiętajmy, że greka jest podówczas powszechnie nauczanym językiem w szkołach ponadpodstawowych. W gazetach musiało się to sprzedawać cudnie. Nic dziwnego, że urzeczony tym obrazem Poe już siedem lat po odkryciu postanawia wykorzystać go w swej balladzie jako romantyczne odbicie uczucia. To musiał być ten wulkan. Pewien tego już był H. P. Lovecraft, gdy w swojej minipowieści „W Górach Szaleństwa” pisze:

Tak oto, nareszcie dotarliśmy do najbardziej wysuniętego przyczółka wielkiego, nieznanego kontynentu i tajemniczego, mrocznego świata lodowej śmierci. Szczyty te należały, rzecz jasna, do odkrytego przez Rossa Masywu Admiralicji; teraz zadaniem naszym było opłynąć przylądek Adare i przepłynąć dalej wzdłuż wschodniego wybrzeża Ziemi Wiktorii, do miejsca w którym mieliśmy rozbić bazę u brzegów cieśniny NcMurdo, u stóp wulkanu Erebus na 77 stopniu 9 minucie szerokości południowej.
(…)
Kłęby dymu buchały z otworu Erebusa raczej sporadycznie i jeden z absolwentów, zdolny, młody chłopak nazwiskiem Danforth, wskazał coś co przypominało lawę pokrywającą śnieżne stoki. Stwierdził przy tym, iż góra ta, odkryta w 1840 r. była bez wątpienia inspiracją dla Poe’go, który w siedem lat później napisał:

Siarką cuchnące lawy, gęste strugi
Nieustannie spływają w dół po zboczach Yaanek
W najdalszych polarnych krainach
Jęczą spływając w dół po zboczach Yaanek
W lodowych, krainach polarnych zórz.
Danforth był miłośnikiem mrocznych lektur i dużo opowiadał o Poe'm.
H. P. Lovecraft „W Górach Szaleństwa” (tłum. R. Lipski)

    Tylko mu się nazwa nie rymowała.
    Titanic – volcanic – ErebusNope.
    Skąd wytrzasnął to słowo „Yaanek”? Tego niestety nie wiadomo. Jest kilkanaście świetnych teorii, których kilka przytacza Mabbott, m.in. jakoby „Yal anak” po arabsku miało znaczyć „niechaj Bóg Cię przeklnie”, lub też przypomina jakąś mieścinę o tej nazwie w tureckim Trapezuncie, regionie, na którym Poe znęcał się w „Al Aaaraaf”.
    Widzisz już?
    Z drobiazgu, z zastanowienia się, gdzie leży wulkan wspomniany mimochodem w wierszu, ruszyła wyprawa odkrywcza, która w dodatku okazała się iść szklakiem, który przemierzali już tacy akademicy jak Mabbott i tacy nestorzy grozy jak Lovecraft.
   Znudziłem Cię? Być może tak, bo to moja wyprawa, „mój świerzop”. A Ty? Masz coś, co Cię nurtuje, zastanawia? Może jest to pytanie, czy Sokrates istniał naprawdę, czy był wytworem kultury, jak Sherlock Holmes lub James Bond? Może to odtworzenie wędrówek Horacio Oliveiry po Paryżu i Buenos Aires? Deszyfracja imion biblijnych?
    Warto jest mieć takie drogi, którymi można wędrować poza głównym tekstem. To bardzo wzbogaca i daje niezwykłą przyjemność wykraczającą poza lekturę. Przyjemne z pożytecznym.

Dobrze jest łączyć przyjemne z pożytecznym. I dobrze jest mieć odznakę.
„Hydrozagadka” (reż. A. Kondratiuk)

piątek, 24 kwietnia 2020

Pokażemy ci zabawę w garści pyłu

Pisałem już o tym, jak T. S. Eliot opisał kwiecień jakonajokrutniejszy z miesięcy. I znów mamy kwiecień, i jakimś dziwnym przypadkiem natknąłem się na obraz, w którym przecięły się drogi słów tego poety i wyobraźni, w której swe miejsce ma fantastyczne miasteczko Night Vale, o którym także wspominałem.
    Cała rzecz zaczyna się od cytatu z Eliota:

Pokażę ci strach w garstce popiołu.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz

Jest to jedno z tych zdań, które u wielu ludzi powodują ciarki na plecach, o czym świadczy także komentarz Vespery. A teraz przechodzimy do fan-artu, który pewnej nocy znalazłem przypadkiem szukając obrazów o tematyce związanej z Night Vale.

Pokażemy ci zabawę w garści pyłu! Autor: Jessica Hayworth (źródło)

Faktycznie zdanie takie pojawiło się w czterdziestym epizodzie podcastu „Welcome toNight Vale”, gdzie gospodarz programu cytuje Madeleine LeFleur, przewodniczącą Rady Turystyki Night Vale, która zaprezentowała nowy slogan reklamowy.
   Zapomniałem o tym. Jak o wielu żartach z tego podcastu. Cała seria (kilka dni temu pojawił się 166 odcinek, nie licząc dziwnych wtrąceń i bonusów), a zwłaszcza jej pierwszych sto odcinków, skrzy się takimi perełkami czarnego, surrealistycznego humoru, jak sylwestrowe niebo deszczem sztucznych ogni. Muszę sobie odświeżyć. A Tobie – serdecznie polecam. I do słuchania: http://feeds.nightvalepresents.com/welcometonightvalepodcast i do czytania: https://cecilspeaks.tumblr.com/ .
    Ale do czego zmierzam? Do wskazania pewnego cyklu. Jak pewne znaki kodu kulturowego należące do zbioru zwanego „kanonem” mogą ubogacać nasze współczesne utwory. Owszem, da się napisać świetne żarty bez odwoływania się do klasyki (czego dowodem dwa na trzy żarty z uniwersum Night Vale lub większość opowiadań Dukaja), ale sięgnięcie po klasyczne znaki kodu dodaje niezwykły smak całemu utworowi. Tak jak w przypadku hasła reklamowego Rady Turystyki Night Vale, czy jak w przypadku opowiadania „Gotyk”, októrym już pisałem.

piątek, 17 kwietnia 2020

Bańki pełne lemingów

Jesienią 2014 roku kanadyjska wersja serwisu iTunes w wyniku błędu „opublikowała” rzekomy utwór Taylor Swift pt. „Track 3” („Ścieżka 3” lub „Utwór trzeci”, jak wolisz), którego zawartością było jedynie osiem sekund białego szumu.
    I pewnie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że bardzo szybko utwór ten osiągnął czołowe miejsce na liście najlepiej sprzedających się piosenek tamtejszej filii serwisu. Sprzedających. Bo za prawo do jego wysłuchania należało zapłacić ponad dolara. Pisano o tym dość dosadnie w Time, w Altpress i Slash Gear. Niczym refren pojawia się refleksja, że fani TS kupią absolutnie wszystko, co będzie sygnowane przez ich idolkę. No cóż, życie. Nic nowego.
    Zastanowił mnie jeden aspekt tego zdarzenia: Dlaczego fani wybierali ten właśnie kawałek spośród kilku utworów, które tamtego dnia się pojawiły (m. in. „Welcome to New York”, opublikowany w tym samym czasie i znajdujący się na podium za feralnym „Track 3”)? Dlaczego więcej pieniędzy spłynęło w związku z ośmioma sekundami, które nie zawierało śladu głosu piosenkarki? Czy fani zamknięci w informacyjnej i stylistycznej bańce muzyki pop nagle zostali wystawieni na Nieznane, które ich zachwyciło? Wydało im się świeże? Tak jak bohater „Człowieka z Wysokiego Zamku” P. K. Dicka, który przez chwilę, przez wyrwę w swojej rzeczywistości ujrzał nasz świat, w którym państwa Osi przegrały wojnę? Nie twierdzę, że jest możliwe, lecz raczej że niemal pewne, iż fani Taylor Swift nie mają pojęcia o całym nurcie noise, jego stuletniej już tradycji wiodącej od L. Russolo, przez K. Stockhausena do Masami Akity (znanego jako Merzbow) z silnymi i wpływowymi odgałęzieniami, które wiążą się z takimi zespołami jak SONIC YOUTH (we wczesnej odsłonie), SWANS, przez całą plejadę zespołów z Amphetamine Reptile Records, którzy łączyli amerykańską wersję punkrocka z czysto noise’owym szaleństwem, po dzisiejsze produkcje WEEPING ICON.
    Odrębnym tematem, na który wypadałoby poświęcić osobny post jest „noise a sprawa polska”. Największym twórcą polskiego noise’u przypuszczalnie jest nieżyjący już Zbigniew Karkowski, który swego czasu współpracował ze wspomnianym Merzbowem. Ale to już niestety historia. Co do obecnego stanu istnieje opinia, że polska scena noise liczy sobie kilkanaście osób, które się ze sobą wszystkie znają, bo to garstka artystów i ich dźwiękowcy, ale to chyba nie jest do końca prawdą. Tak czy owak polecić mogę na szybko inicjatywę Sygnał/Szum związaną z Płockiem. Znajdujące się na marginesie niniejszego bloga banerki Heavy Sound Synthesis także prowadzą do jakichś tam produkcji związanych z szeroko pojętym noisem (głównie z jego bardzie rytmiczną, czy zgoła melodyjną odmianą).
    Co zatem zaszło tej jesieni 2014 roku, gdy grupa fanów popu rzuciła się na osiem sekund szumu? Czy nastąpiło przebicie bańki informacyjno-kulturowej, w której wygodnie sobie żyli? Na pewno nie na wielką skalę. Raczej była to chwilowa ekstrawagancja, po której strumień lemingów wlał się na powrót w swoje dotychczasowe koryto. Ciekawym ilu z nich odkryło dzięki temu nowe tereny? Ilu z nich dowiedziało się, że istnieje taki ktoś jak Merzbow? Ilu odłączyło się od stada?

Jeśli przez hałas rozumiesz dźwięki powodujące dyskomfort, to muzyka pop jest dla mnie hałasem.
 Masami „Merzbow” Akita (źródło)



piątek, 3 kwietnia 2020

Skoro Kordian zawiódł…

Że Słowacki wielkim poetą był, przekonywał już profesor Pimko sto lat temu. Że Dukaj wielkim pisarzem jest, to chyba nie wymaga przekonywania nikogo. Nie wymaga, bo ci, którzy go cenią, już to wiedzą, zaś ci, którzy go nie lubią, nie powinni być zmuszani do zmiany przekonań. Przynajmniej nie grozi im to póki Dukaj nie wejdzie do kanonu lektur.
   Słowackiego, o ile mnie pamięć nie zawodzi, we wspomnianym kanonie reprezentuje garść dziwnie dobranych wierszy, „Balladyna”, w zakresie rozszerzonym „Lilla Weneda”, ale przede wszystkim Kordian, jako przykład bohatera romantycznego. Czując jakiś szacunek do sprawności warsztatowo-językowej Słowackiego nie potrafiłem nigdy zdzierżyć Kordiana jako bohatera. Może ja go jednak nie rozumiem? Angstujący nastolatek, który angażuje się w rozmaite awantury miłosne, zwiedza Europę i na szczycie Mont Blanc przechodzi przemianę, po której angażuje się w spisek, idzie zabić cara i pada zemdlon na progu carskiej sypialni. No, wzorem skuteczności, to on nie jest. Choć bagnety konno przesadził…
Nowy zabójca okazuje swe prawdziwie pokerowe oblicze (źródło)
Dukajowi przypuszczalnie tak samo się nie podobało kordianowe fiasko. Postanawia jakoś to naprawić. Opowiadanie „Gotyk” rozpoczyna się ponownym spotkaniem spiskowców w lochach katedry św. Jana, ale ten autor po cara wysyła kogoś zdecydowanie innego. Nieludzki, człekokształtny jeno, stalowy potwór stworzony do zabijania. Nie odpuszczający raz wskazanego celu i nie przebierający w środkach. Dla osiągnięcia tego celu jest w stanie zabić każdego, kto stanie na jego drodze. Prawie każdego. Jeśli zamajaczyła Ci charakterystyczna twarz Arniego i pomyślałeś, że Dukaj wyznaczył to zadanie terminatorowi, to jesteś całkiem blisko. Bez wątpienia taka była tego inspiracja. Ale by sztafażu nie popsuć robotem z przyszłości, opisanym zamachowcem zostaje stwór wielu imion: Abuelo Acero, Carnifex, Marcus Mactare, Belua, Pugnus, Adamas, Młot. Stalowy Golem powołany do obrony iberyjskich Żydów przed Suprema General u progu szesnastego stulecia. Przepięknie opisuje Dukaj całą niewzruszoną konsekwencję postępowania Carnifexa. Nieczuły na pochlebstwa, obietnice, wykonuje pewną usługę w zamian za pewną sumę pieniędzy, by – jak się okaże – móc zdobywać informacje, które podtrzymają go przy dalszym życiu. Bardzo klimatycznie wypada scena kabalistycznego rytuału dokonywanego gdzieś w wynajętym, warszawskim mieszkaniu.
   A gdy przychodzi czas zabicia cara, przydałaby się kamera M. Baya lub J. Camerona. To, co robi Abuelo Acero jest potworne i cudowne zarazem. Nie chodzi o liczbę trupów, które za sobą stalowy golem zostawia, choć jest ona niebagatelna. Raczej o całokształt nieubłaganej, kroczącej śmierci. Carnifex nie ogląda się na nic – ma do wykonania robotę i żadna przeszkoda, biologiczna ni architektoniczna, nie może go powstrzymać.
    Dukaj zostawia czytelnika z zupełnie nową sytuacją. Car nie żyje. Jest 30 maja 1829 roku. Przypuszczalnie nie dojdzie do Powstania Listopadowego, bo bieg historii wykona w tym miejscu gwałtowny zakręt. Ale to już nie interesuje Abuelo Acero. To w ogóle nie dotyczy jego świata. On zmierza dalej swoją drogą.
    Stalowy Golem. Obrońca. Terminator – czyli „Ten, Który Kończy”. Wspaniały crossover? I do tego opis, który autor kreśli. Ograniczymy się tylko do oblicza:

Te oczy – to płytkie wgłębienia w rzeźbionej tarczy twarzy. Płaska płyta oblicza, przynitowana do ciężkiego łba na policzkach i podbródku, ryta jest w prymitywny wzór sugerujący istnienie w tym ciemnym metalu ust, nozdrzy, uszu, oczu właśnie – ale nadal jest to jedynie symbol twarzy, nie twarz. By zwiększyć podobieństwo, pomalowano go niegdyś w barwach różu, czerwieni i czerni; malunek częściowo zszedł, najlepiej zachowały się wysokie łuki brwi, pociągnięte grubo, na wschodnią modłę, oraz blade migdały policzków – niczym z prawosławnych ikon. Odmalowano mu także ciemne gwiazdy źrenic, lecz i one zgasły, Dziadek Stal spogląda na kryptę oczyma absolutnie bezbarwnymi, jak owe starożytne posągi Apollinów i Aten. Nad szerokim kowadłem czoła rozciąga się wyszczerbiona kryza, fragment rycerskiego hełmu stanowiący część zwartej kopuły czaszki; w cieniu kryzy ginie wykuta w żelazie hebrajska litera.
J. Dukaj „Gotyk”

No i ślicznie. Może tylko mnie się to skojarzyło z kartą do gry „Magic: The Gathering”, która nazywa się „Steel Golem” i wygląda tak:
Jakoś znajomo wygląda (źródło)
O czym mówi nam to opowiadanie ze zbioru „Xawras Wyżryn i inne fikcje narodowe”? Żeśmy zmęczeni martyrologią? Że dla mojego pokolenia kolejne odkosy narodowych zrywów dziewiętnastego wieku nie były motywujące? Że bliżej nam do zdania, które wygłasza tytułowy generał Patton w filmie, że „(…) żaden głupi bękart nie wygrał żadnej wojny umierając za swój kraj, wojny można wygrać tylko zabijając innego głupiego bękarta za jego kraj”? Chyba tak. Jesteśmy zirytowani celebrowaniem klęsk. Dlatego Dukaj uzasadnia wysłanie terminatora model 1492 takimi słowy:

Bo co? – atakuje bez zwłoki Płaczący Smok. – Bo to może być tylko durny młodzian o gorącej głowie, jeden, siódmy, dwudziesty, krew ich wszystkich na naszych rękach, gdy giną w skazanych na niepowodzenie próbach – to jest w porządku, to jest dobre, na to się zgadzamy. Ale morderca, który nie zawiedzie, zimne żelazo bezduszne – o, nie, to wbrew tradycji, jak o tym pieśń ułożyć, jak rozczulić dziatki...
J. Dukaj „Gotyk”

piątek, 27 marca 2020

Spacerując ulicą Krokodyli

„Ulicę Krokodyli”, animację braci Quay z 1986 roku miałem okazję zobaczyć po raz pierwszy gdzieś w drugiej połowie lat 90. Nie wiem, czy to w telewizji publicznej, która przeżywała wtedy stulecie sztuki kinowej, zamiast benefisów gwiazd muzyki biesiadno-weselnej, czy też na jakiejś zajechanej kasecie VHS, dwunastej kopii tego, co Gutek Film wypuszczał na rynek wypożyczalni wbrew kramiarskiej logice, że tylko seks i przemoc przyniosą zysk.

Kadr z filmu Ulica Krokodyli (1986, reż. T. i S. Quay)
Film mnie zaintrygował. Coś tam, ktoś tam przebąkiwał, że Schulz, że „Sklepy cynamonowe”. Ale ja byłem wówczas uczniem technikum, której to szkoły nie było stać intelektualnie na przerabianie Schulza. Głównie z uwagi na ubóstwo intelektualne jej uczniów.
    Zupełnie nie znając zatem tekstu ani kontekstu filmu obserwowałem fantasmagoryczną przygodę lalkowego dżentelmena, który przemieszcza się w ciemnych, klaustrofobicznych przestrzeniach, by spotykać inne lalki. Inne także od niego. On jest marionetką z solidnego tworzywa. One – pustymi w środku wspomnieniami dziecięcych lalek. Są interakcje, jest muzyka Lecha Jankowskiego, która jest integralną częścią tego spektaklu. I jestem ja. Nie znając tekstu ani kontekstu filmu próbowałem odgadnąć przekaz, który chcieli zawrzeć w nim jego twórcy. Znajomość ich innego filmu („Instytut Benjamenta”) szczerze mówiąc nie wyjaśniała, lecz zapraszała, by pogrążyć się w całkowitej, onirycznej malignie prywatnych skojarzeń.
    Obejrzałem sobie znów ten film niedawno. Dzięki uprzejmości jakiegoś jegomościa z serwisu Youtube (link). I znów zawładnęło mną to samo wrażenie nierzeczywistości, szczątkowego tylko zrozumienia sytuacji, na którą patrzę. Czytania zaszyfrowanego tekstu. No dobrze, ale teraz przecież nie ma problemu z przeczytaniem oryginalnego opowiadania, n’est ce pas? W serwisie wolnelektury.pl znajdujemy właściwy tekst i voila

Kadr z filmu Ulica Krokodyli (1986, reż. T. i S. Quay)
I znów obejrzałem film. Tym razem znając opowiadanie. Tym razem widząc, gdzie akcja filmu jest odzwierciedleniem właściwego tekstu, a gdzie obrazy stanowią jedynie symbol pewnych niematerialnych treści zawartych przez Schulza. Wyborne. Ten drugi spacer był zdecydowanie pełniejszy…
    I od razu nasunęła mi się myśl. Że Schulz opisując tę fikcyjną ulicę, zbudowaną z naszych pragnień i lęków, skrytych żądz i wstydliwych pozorów, antycypował obecny stan internetu. Proroczo i poetycko opisywał tandetę, blichtr i zepsucie socmediów, żałosne pozory reklam, nierzetelność informacji i wszechobecne maski. Spójrz na przykład na temat zmysłowego zepsucia, i powiedz, czy nie przychodzą na myśl „influencerki” i bohaterki amatorskich serwisów erotycznych?
 
Wyzywająco ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach nieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa.
    Mieszkańcy miasta dumni są z tego odoru zepsucia, którym tchnie ulica Krokodyli. Nie mamy potrzeby niczego sobie odmawiać — myślą z dumą — stać nas i na przyzwoitą wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąś — a natychmiast spotyka się to uporczywe, lepkie, łaskoczące spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny sposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

Ale to wszak nie wszystko. Czy opis ulicy nie wydaje Ci się kondycją socmediów? Napuszonych postów Facebooka i zastygłych gestów Instagrama?

Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i, rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości. Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały, jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygają na zawsze.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

No i już schulzowskie podsumowanie internetu jako zjawiska zawieszonego w nicości:

Język nasz nie posiada określeń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jej gęstość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie dobiega do swego definitivum, wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego punktu. Mogliśmy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność — w intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę. Cała ona nie jest niczym innym, jak fermentacją pragnień przedwcześnie wybujałą i dlatego bezsilną i pustą.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

Czyż nie widzimy tu naszych udawań internetowych? Czymże innym jest ten blog? Popisem erudycyjnym człowieka, który pokrywa nim dojmującą samotność wśród ludzi? Chyba skończyć wypada ostatnim zdaniem Schulza, które wybrzmiewa także w ostatnim ujęciu filmu:

Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

sobota, 21 marca 2020

Jednym zdaniem

Nim pokażę Ci, jak się jednym zdaniem ukazuje złożoność problemów społecznych, winieniem jest wytłumaczenie, choćby bardzo pobieżne, czym była instytucja konstabla.
    Otóż jeszcze średniowiecznej tradycji (a dokładnie dekretowi Edwarda Długonogiego, którego tak znienawidziliśmy po filmie „Braveheart”) zawdzięczamy najniższy urząd, który można określić mianem policyjnego, czyli właśnie konstabla. Konstablami zostawali przedstawiciele lokalnej społeczności, którzy pełnili funkcje porządkowe, a do ich szczególnych zadań należało m.in. ściganie zbiegłych więźniów. O ile w miastach temat straży i konstabli był uregulowany i ich obecność była wymagana, to na terenach wiejskich pełnili oni funkcje bez mała dekoracyjne. Nie byli specjalnie umundurowani, ani uzbrojeni, a wyróżniała ich jedynie opaska na ramię i pałka z królewskim godłem. I – co ważne – nierzadko uchylali się jak mogli od pełnienia tej funkcji, to też król Karol II w 1673 roku w swojej ustawie przewidział dla takiego nicponia karę pięciu funtów [źródło] (a było to wtedy zapewne niemało; jeśli ta kwota została utrzymana w czasie akcji opowiadania dziś byłoby to prawie pół tysiąca funtów [źródło]). Wiadomości te zaraz nam się przydadzą, by zrozumieć, co i jak można pięknie zawrzeć w jednym, zgrabnym zdaniu.
    Thomas Hardy, autor słynnych powieści, takich jak „Tess d’Uberville” i „Juda nieznany”, popełnił także cztery tomy opowiadań, spośród których jedno, zatytułowane „Trzej nieznajomi” znalazło się w antologii „Opowieści z dreszczykiem. Noc druga” (Iskry, 1960), którą mam okazję posiadać. O samej antologii może innym razem – teraz wyrażę tylko ubolewanie, że nie wydaje się już chyba tego typu zbiorów, które byłyby przeglądem źródeł literatury grozy, a dla niektórych być może stanowiłyby inspirację. Ale – do ad remu.

John Constable (zbieżność nazwisk przypadkowa) "Wóz na siano" (źródło)

Akcja opowiadania dzieje się w hrabstwie Wessex, w trzeciej dekadzie dziewiętnastego stulecia. Pewnej deszczowej nocy, w chacie owczarza, który z krewnymi i znajomymi świętuje narodzenie swej drugiej córki, krzyżują się drogi trzech nieznajomych, nocnych rozbitków z połoniny, na której chata jest zbudowana. Pierwszy milczy, siedzi obok kominka, drugi robi wokół siebie więcej hałasu, po niejakim czasie okazuje się, że jest katem, który utknął tu w drodze do Casterbridge – niedalekiego miasta, w którym ma nazajutrz powiesić skazańca. Trzeci pojawia się tylko na chwilę w drzwiach i widząc dwóch pierwszych – znika w deszczu i mroku. Niedługo po tym rozlega się odgłos armatniego wystrzału, powtarzany w regularnych odstępach czasu – znak, że  więzień zbiegł. Kat natychmiast przejmuje dowodzenie i wywołuje lokalnego konstabla:

- Czy jest wśród nas jaki konstabl? – spytał grubym głosem. – Jeśli tak, niech wystąpi.
Pięćdziesięcioletni narzeczony, drżąc na całym ciele wyszedł spod ściany, a jego narzeczona zaczęła płakać na oparciu krzesła.
– Czy jesteście zaprzysiężonym konstablem?
– Chyba tak, proszę pana.
T. Hardy  „Trzej nieznajomi”

Widać już po tej niepewności, że ormowcy Jego Królewskiej Mości nie wyróżniali się specjalnym poczuciem obowiązku. Ale akcja dopiero się rozkręca. Po krótkiej dyspucie na temat użycia właściwych środków przymusu bezpośredniego (konstabl odmawia interwencji, póki nie przyniesie sobie swojej urzędowej pałki z wyrytym godłem i koroną), rusza kierowany przez konstabla pościg.  Rzecz jasna trzeba sobie od razu powiedzieć, że pospolite ruszenie lokalsów wyrwanych z imprezy pod śmiałym i sprawnym kierownictwem niechętnego konstabla w deszczową, ciemną noc, wśród wzgórz Wessexu, nie miało zbyt wielkich szans na pojmanie zbiega. Jednak, głównie dzięki imperatywowi narracyjnemu, który zamanifestował się pod postacią jedynego drzewa na stoku, grupa parafian z widłami i pałkami osacza trzeciego nieznajomego pod jesionem, pod osłoną którego zbieg ukrywa się przed ulewą. I tu następuje to, na co chciałem zwrócić uwagę:

Sylwetka jego, kiedy patrzyli z tyłu, wyraźnie odbijała się na tle nieba. Ścigający podeszli bezszelestnie i stanęli z nim twarzą w twarz.
– Pieniądze albo życie! – zawołał groźnym głosem konstabl zwracając się do nieruchomej postaci.
T. Hardy  „Trzej nieznajomi”
 
Nie widziałem chyba dotąd zdania, które tyle mówiłoby o tej fatalnej kondycji, w jakiej znajdowały się angielskie służby porządkowe na terenach rolniczych w początkach XIX wieku. Czy konstabl był dawnej zbójem, że się tak odezwał? Niewykluczone. Czy konstabl pomylił się, bo rola jaką mu narzucono kojarzyła się z funkcją zbója królewskiego? Niewykluczone. Pozdrawiam w tym miejscu fanów Łamignata. Czy autor tą czynnością pomyłkową (we freudowskim tego słowa znaczeniu) chciał pokazać swoje poglądy na ówczesne społeczeństwo? Trudno mi orzec. W tym jednym zdaniu, jak w hologramie, widać całą przestrzenną gamę odczuć i refleksji dotyczących funkcji konstabla w sielskim krajobrazie hrabstwa Wessex.
    O ile pewnie T. Hardy, autor rzeczywisty opowiadania „Trzej nieznajomi”, miał pewnie własny pogląd i własny cel we wpisaniu właśnie tego zdania do treści, to T. Hardy jako autor modelowy, napisał zdanie, które czytelnikowi modelowemu niczym pryzmat rozbija te trzy słowa konstabla na całe spektrum domysłów i refleksji. I – co dla mnie, jako czytelnika empirycznego nie pozostaje bez znaczenia – rozśmiesza.