piątek, 27 marca 2020

Spacerując ulicą Krokodyli

„Ulicę Krokodyli”, animację braci Quay z 1986 roku miałem okazję zobaczyć po raz pierwszy gdzieś w drugiej połowie lat 90. Nie wiem, czy to w telewizji publicznej, która przeżywała wtedy stulecie sztuki kinowej, zamiast benefisów gwiazd muzyki biesiadno-weselnej, czy też na jakiejś zajechanej kasecie VHS, dwunastej kopii tego, co Gutek Film wypuszczał na rynek wypożyczalni wbrew kramiarskiej logice, że tylko seks i przemoc przyniosą zysk.

Kadr z filmu Ulica Krokodyli (1986, reż. T. i S. Quay)
Film mnie zaintrygował. Coś tam, ktoś tam przebąkiwał, że Schulz, że „Sklepy cynamonowe”. Ale ja byłem wówczas uczniem technikum, której to szkoły nie było stać intelektualnie na przerabianie Schulza. Głównie z uwagi na ubóstwo intelektualne jej uczniów.
    Zupełnie nie znając zatem tekstu ani kontekstu filmu obserwowałem fantasmagoryczną przygodę lalkowego dżentelmena, który przemieszcza się w ciemnych, klaustrofobicznych przestrzeniach, by spotykać inne lalki. Inne także od niego. On jest marionetką z solidnego tworzywa. One – pustymi w środku wspomnieniami dziecięcych lalek. Są interakcje, jest muzyka Lecha Jankowskiego, która jest integralną częścią tego spektaklu. I jestem ja. Nie znając tekstu ani kontekstu filmu próbowałem odgadnąć przekaz, który chcieli zawrzeć w nim jego twórcy. Znajomość ich innego filmu („Instytut Benjamenta”) szczerze mówiąc nie wyjaśniała, lecz zapraszała, by pogrążyć się w całkowitej, onirycznej malignie prywatnych skojarzeń.
    Obejrzałem sobie znów ten film niedawno. Dzięki uprzejmości jakiegoś jegomościa z serwisu Youtube (link). I znów zawładnęło mną to samo wrażenie nierzeczywistości, szczątkowego tylko zrozumienia sytuacji, na którą patrzę. Czytania zaszyfrowanego tekstu. No dobrze, ale teraz przecież nie ma problemu z przeczytaniem oryginalnego opowiadania, n’est ce pas? W serwisie wolnelektury.pl znajdujemy właściwy tekst i voila

Kadr z filmu Ulica Krokodyli (1986, reż. T. i S. Quay)
I znów obejrzałem film. Tym razem znając opowiadanie. Tym razem widząc, gdzie akcja filmu jest odzwierciedleniem właściwego tekstu, a gdzie obrazy stanowią jedynie symbol pewnych niematerialnych treści zawartych przez Schulza. Wyborne. Ten drugi spacer był zdecydowanie pełniejszy…
    I od razu nasunęła mi się myśl. Że Schulz opisując tę fikcyjną ulicę, zbudowaną z naszych pragnień i lęków, skrytych żądz i wstydliwych pozorów, antycypował obecny stan internetu. Proroczo i poetycko opisywał tandetę, blichtr i zepsucie socmediów, żałosne pozory reklam, nierzetelność informacji i wszechobecne maski. Spójrz na przykład na temat zmysłowego zepsucia, i powiedz, czy nie przychodzą na myśl „influencerki” i bohaterki amatorskich serwisów erotycznych?
 
Wyzywająco ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to być zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą drapieżnym, posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach nieznaczną skazę, która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub mają usta rozdarte, lub brak im koniuszka nosa.
    Mieszkańcy miasta dumni są z tego odoru zepsucia, którym tchnie ulica Krokodyli. Nie mamy potrzeby niczego sobie odmawiać — myślą z dumą — stać nas i na przyzwoitą wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy jest kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąś — a natychmiast spotyka się to uporczywe, lepkie, łaskoczące spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny sposób kokardy, stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą skazę w spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

Ale to wszak nie wszystko. Czy opis ulicy nie wydaje Ci się kondycją socmediów? Napuszonych postów Facebooka i zastygłych gestów Instagrama?

Szary, bezosobisty ten tłum jest nader przejęty swą rolą i pełen gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego pozoru. Wszelako, mimo zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej, monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek. Atmosfera dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie monotonnie i, rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury przepływają w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej wyrazistości. Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne, żywe spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś pół twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały, jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygają na zawsze.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

No i już schulzowskie podsumowanie internetu jako zjawiska zawieszonego w nicości:

Język nasz nie posiada określeń, które by dozowały niejako stopień realności, definiowały jej gęstość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie dobiega do swego definitivum, wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego punktu. Mogliśmy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność — w intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę. Cała ona nie jest niczym innym, jak fermentacją pragnień przedwcześnie wybujałą i dlatego bezsilną i pustą.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

Czyż nie widzimy tu naszych udawań internetowych? Czymże innym jest ten blog? Popisem erudycyjnym człowieka, który pokrywa nim dojmującą samotność wśród ludzi? Chyba skończyć wypada ostatnim zdaniem Schulza, które wybrzmiewa także w ostatnim ujęciu filmu:

Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet.
B. Schulz „Ulica Krokodyli”

sobota, 21 marca 2020

Jednym zdaniem

Nim pokażę Ci, jak się jednym zdaniem ukazuje złożoność problemów społecznych, winieniem jest wytłumaczenie, choćby bardzo pobieżne, czym była instytucja konstabla.
    Otóż jeszcze średniowiecznej tradycji (a dokładnie dekretowi Edwarda Długonogiego, którego tak znienawidziliśmy po filmie „Braveheart”) zawdzięczamy najniższy urząd, który można określić mianem policyjnego, czyli właśnie konstabla. Konstablami zostawali przedstawiciele lokalnej społeczności, którzy pełnili funkcje porządkowe, a do ich szczególnych zadań należało m.in. ściganie zbiegłych więźniów. O ile w miastach temat straży i konstabli był uregulowany i ich obecność była wymagana, to na terenach wiejskich pełnili oni funkcje bez mała dekoracyjne. Nie byli specjalnie umundurowani, ani uzbrojeni, a wyróżniała ich jedynie opaska na ramię i pałka z królewskim godłem. I – co ważne – nierzadko uchylali się jak mogli od pełnienia tej funkcji, to też król Karol II w 1673 roku w swojej ustawie przewidział dla takiego nicponia karę pięciu funtów [źródło] (a było to wtedy zapewne niemało; jeśli ta kwota została utrzymana w czasie akcji opowiadania dziś byłoby to prawie pół tysiąca funtów [źródło]). Wiadomości te zaraz nam się przydadzą, by zrozumieć, co i jak można pięknie zawrzeć w jednym, zgrabnym zdaniu.
    Thomas Hardy, autor słynnych powieści, takich jak „Tess d’Uberville” i „Juda nieznany”, popełnił także cztery tomy opowiadań, spośród których jedno, zatytułowane „Trzej nieznajomi” znalazło się w antologii „Opowieści z dreszczykiem. Noc druga” (Iskry, 1960), którą mam okazję posiadać. O samej antologii może innym razem – teraz wyrażę tylko ubolewanie, że nie wydaje się już chyba tego typu zbiorów, które byłyby przeglądem źródeł literatury grozy, a dla niektórych być może stanowiłyby inspirację. Ale – do ad remu.

John Constable (zbieżność nazwisk przypadkowa) "Wóz na siano" (źródło)

Akcja opowiadania dzieje się w hrabstwie Wessex, w trzeciej dekadzie dziewiętnastego stulecia. Pewnej deszczowej nocy, w chacie owczarza, który z krewnymi i znajomymi świętuje narodzenie swej drugiej córki, krzyżują się drogi trzech nieznajomych, nocnych rozbitków z połoniny, na której chata jest zbudowana. Pierwszy milczy, siedzi obok kominka, drugi robi wokół siebie więcej hałasu, po niejakim czasie okazuje się, że jest katem, który utknął tu w drodze do Casterbridge – niedalekiego miasta, w którym ma nazajutrz powiesić skazańca. Trzeci pojawia się tylko na chwilę w drzwiach i widząc dwóch pierwszych – znika w deszczu i mroku. Niedługo po tym rozlega się odgłos armatniego wystrzału, powtarzany w regularnych odstępach czasu – znak, że  więzień zbiegł. Kat natychmiast przejmuje dowodzenie i wywołuje lokalnego konstabla:

- Czy jest wśród nas jaki konstabl? – spytał grubym głosem. – Jeśli tak, niech wystąpi.
Pięćdziesięcioletni narzeczony, drżąc na całym ciele wyszedł spod ściany, a jego narzeczona zaczęła płakać na oparciu krzesła.
– Czy jesteście zaprzysiężonym konstablem?
– Chyba tak, proszę pana.
T. Hardy  „Trzej nieznajomi”

Widać już po tej niepewności, że ormowcy Jego Królewskiej Mości nie wyróżniali się specjalnym poczuciem obowiązku. Ale akcja dopiero się rozkręca. Po krótkiej dyspucie na temat użycia właściwych środków przymusu bezpośredniego (konstabl odmawia interwencji, póki nie przyniesie sobie swojej urzędowej pałki z wyrytym godłem i koroną), rusza kierowany przez konstabla pościg.  Rzecz jasna trzeba sobie od razu powiedzieć, że pospolite ruszenie lokalsów wyrwanych z imprezy pod śmiałym i sprawnym kierownictwem niechętnego konstabla w deszczową, ciemną noc, wśród wzgórz Wessexu, nie miało zbyt wielkich szans na pojmanie zbiega. Jednak, głównie dzięki imperatywowi narracyjnemu, który zamanifestował się pod postacią jedynego drzewa na stoku, grupa parafian z widłami i pałkami osacza trzeciego nieznajomego pod jesionem, pod osłoną którego zbieg ukrywa się przed ulewą. I tu następuje to, na co chciałem zwrócić uwagę:

Sylwetka jego, kiedy patrzyli z tyłu, wyraźnie odbijała się na tle nieba. Ścigający podeszli bezszelestnie i stanęli z nim twarzą w twarz.
– Pieniądze albo życie! – zawołał groźnym głosem konstabl zwracając się do nieruchomej postaci.
T. Hardy  „Trzej nieznajomi”
 
Nie widziałem chyba dotąd zdania, które tyle mówiłoby o tej fatalnej kondycji, w jakiej znajdowały się angielskie służby porządkowe na terenach rolniczych w początkach XIX wieku. Czy konstabl był dawnej zbójem, że się tak odezwał? Niewykluczone. Czy konstabl pomylił się, bo rola jaką mu narzucono kojarzyła się z funkcją zbója królewskiego? Niewykluczone. Pozdrawiam w tym miejscu fanów Łamignata. Czy autor tą czynnością pomyłkową (we freudowskim tego słowa znaczeniu) chciał pokazać swoje poglądy na ówczesne społeczeństwo? Trudno mi orzec. W tym jednym zdaniu, jak w hologramie, widać całą przestrzenną gamę odczuć i refleksji dotyczących funkcji konstabla w sielskim krajobrazie hrabstwa Wessex.
    O ile pewnie T. Hardy, autor rzeczywisty opowiadania „Trzej nieznajomi”, miał pewnie własny pogląd i własny cel we wpisaniu właśnie tego zdania do treści, to T. Hardy jako autor modelowy, napisał zdanie, które czytelnikowi modelowemu niczym pryzmat rozbija te trzy słowa konstabla na całe spektrum domysłów i refleksji. I – co dla mnie, jako czytelnika empirycznego nie pozostaje bez znaczenia – rozśmiesza.