piątek, 24 kwietnia 2020

Pokażemy ci zabawę w garści pyłu

Pisałem już o tym, jak T. S. Eliot opisał kwiecień jakonajokrutniejszy z miesięcy. I znów mamy kwiecień, i jakimś dziwnym przypadkiem natknąłem się na obraz, w którym przecięły się drogi słów tego poety i wyobraźni, w której swe miejsce ma fantastyczne miasteczko Night Vale, o którym także wspominałem.
    Cała rzecz zaczyna się od cytatu z Eliota:

Pokażę ci strach w garstce popiołu.
T. S. Eliot „Ziemia jałowa, cz.: Grzebanie umarłych”
tłum. Cz. Miłosz

Jest to jedno z tych zdań, które u wielu ludzi powodują ciarki na plecach, o czym świadczy także komentarz Vespery. A teraz przechodzimy do fan-artu, który pewnej nocy znalazłem przypadkiem szukając obrazów o tematyce związanej z Night Vale.

Pokażemy ci zabawę w garści pyłu! Autor: Jessica Hayworth (źródło)

Faktycznie zdanie takie pojawiło się w czterdziestym epizodzie podcastu „Welcome toNight Vale”, gdzie gospodarz programu cytuje Madeleine LeFleur, przewodniczącą Rady Turystyki Night Vale, która zaprezentowała nowy slogan reklamowy.
   Zapomniałem o tym. Jak o wielu żartach z tego podcastu. Cała seria (kilka dni temu pojawił się 166 odcinek, nie licząc dziwnych wtrąceń i bonusów), a zwłaszcza jej pierwszych sto odcinków, skrzy się takimi perełkami czarnego, surrealistycznego humoru, jak sylwestrowe niebo deszczem sztucznych ogni. Muszę sobie odświeżyć. A Tobie – serdecznie polecam. I do słuchania: http://feeds.nightvalepresents.com/welcometonightvalepodcast i do czytania: https://cecilspeaks.tumblr.com/ .
    Ale do czego zmierzam? Do wskazania pewnego cyklu. Jak pewne znaki kodu kulturowego należące do zbioru zwanego „kanonem” mogą ubogacać nasze współczesne utwory. Owszem, da się napisać świetne żarty bez odwoływania się do klasyki (czego dowodem dwa na trzy żarty z uniwersum Night Vale lub większość opowiadań Dukaja), ale sięgnięcie po klasyczne znaki kodu dodaje niezwykły smak całemu utworowi. Tak jak w przypadku hasła reklamowego Rady Turystyki Night Vale, czy jak w przypadku opowiadania „Gotyk”, októrym już pisałem.

piątek, 17 kwietnia 2020

Bańki pełne lemingów

Jesienią 2014 roku kanadyjska wersja serwisu iTunes w wyniku błędu „opublikowała” rzekomy utwór Taylor Swift pt. „Track 3” („Ścieżka 3” lub „Utwór trzeci”, jak wolisz), którego zawartością było jedynie osiem sekund białego szumu.
    I pewnie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że bardzo szybko utwór ten osiągnął czołowe miejsce na liście najlepiej sprzedających się piosenek tamtejszej filii serwisu. Sprzedających. Bo za prawo do jego wysłuchania należało zapłacić ponad dolara. Pisano o tym dość dosadnie w Time, w Altpress i Slash Gear. Niczym refren pojawia się refleksja, że fani TS kupią absolutnie wszystko, co będzie sygnowane przez ich idolkę. No cóż, życie. Nic nowego.
    Zastanowił mnie jeden aspekt tego zdarzenia: Dlaczego fani wybierali ten właśnie kawałek spośród kilku utworów, które tamtego dnia się pojawiły (m. in. „Welcome to New York”, opublikowany w tym samym czasie i znajdujący się na podium za feralnym „Track 3”)? Dlaczego więcej pieniędzy spłynęło w związku z ośmioma sekundami, które nie zawierało śladu głosu piosenkarki? Czy fani zamknięci w informacyjnej i stylistycznej bańce muzyki pop nagle zostali wystawieni na Nieznane, które ich zachwyciło? Wydało im się świeże? Tak jak bohater „Człowieka z Wysokiego Zamku” P. K. Dicka, który przez chwilę, przez wyrwę w swojej rzeczywistości ujrzał nasz świat, w którym państwa Osi przegrały wojnę? Nie twierdzę, że jest możliwe, lecz raczej że niemal pewne, iż fani Taylor Swift nie mają pojęcia o całym nurcie noise, jego stuletniej już tradycji wiodącej od L. Russolo, przez K. Stockhausena do Masami Akity (znanego jako Merzbow) z silnymi i wpływowymi odgałęzieniami, które wiążą się z takimi zespołami jak SONIC YOUTH (we wczesnej odsłonie), SWANS, przez całą plejadę zespołów z Amphetamine Reptile Records, którzy łączyli amerykańską wersję punkrocka z czysto noise’owym szaleństwem, po dzisiejsze produkcje WEEPING ICON.
    Odrębnym tematem, na który wypadałoby poświęcić osobny post jest „noise a sprawa polska”. Największym twórcą polskiego noise’u przypuszczalnie jest nieżyjący już Zbigniew Karkowski, który swego czasu współpracował ze wspomnianym Merzbowem. Ale to już niestety historia. Co do obecnego stanu istnieje opinia, że polska scena noise liczy sobie kilkanaście osób, które się ze sobą wszystkie znają, bo to garstka artystów i ich dźwiękowcy, ale to chyba nie jest do końca prawdą. Tak czy owak polecić mogę na szybko inicjatywę Sygnał/Szum związaną z Płockiem. Znajdujące się na marginesie niniejszego bloga banerki Heavy Sound Synthesis także prowadzą do jakichś tam produkcji związanych z szeroko pojętym noisem (głównie z jego bardzie rytmiczną, czy zgoła melodyjną odmianą).
    Co zatem zaszło tej jesieni 2014 roku, gdy grupa fanów popu rzuciła się na osiem sekund szumu? Czy nastąpiło przebicie bańki informacyjno-kulturowej, w której wygodnie sobie żyli? Na pewno nie na wielką skalę. Raczej była to chwilowa ekstrawagancja, po której strumień lemingów wlał się na powrót w swoje dotychczasowe koryto. Ciekawym ilu z nich odkryło dzięki temu nowe tereny? Ilu z nich dowiedziało się, że istnieje taki ktoś jak Merzbow? Ilu odłączyło się od stada?

Jeśli przez hałas rozumiesz dźwięki powodujące dyskomfort, to muzyka pop jest dla mnie hałasem.
 Masami „Merzbow” Akita (źródło)



piątek, 3 kwietnia 2020

Skoro Kordian zawiódł…

Że Słowacki wielkim poetą był, przekonywał już profesor Pimko sto lat temu. Że Dukaj wielkim pisarzem jest, to chyba nie wymaga przekonywania nikogo. Nie wymaga, bo ci, którzy go cenią, już to wiedzą, zaś ci, którzy go nie lubią, nie powinni być zmuszani do zmiany przekonań. Przynajmniej nie grozi im to póki Dukaj nie wejdzie do kanonu lektur.
   Słowackiego, o ile mnie pamięć nie zawodzi, we wspomnianym kanonie reprezentuje garść dziwnie dobranych wierszy, „Balladyna”, w zakresie rozszerzonym „Lilla Weneda”, ale przede wszystkim Kordian, jako przykład bohatera romantycznego. Czując jakiś szacunek do sprawności warsztatowo-językowej Słowackiego nie potrafiłem nigdy zdzierżyć Kordiana jako bohatera. Może ja go jednak nie rozumiem? Angstujący nastolatek, który angażuje się w rozmaite awantury miłosne, zwiedza Europę i na szczycie Mont Blanc przechodzi przemianę, po której angażuje się w spisek, idzie zabić cara i pada zemdlon na progu carskiej sypialni. No, wzorem skuteczności, to on nie jest. Choć bagnety konno przesadził…
Nowy zabójca okazuje swe prawdziwie pokerowe oblicze (źródło)
Dukajowi przypuszczalnie tak samo się nie podobało kordianowe fiasko. Postanawia jakoś to naprawić. Opowiadanie „Gotyk” rozpoczyna się ponownym spotkaniem spiskowców w lochach katedry św. Jana, ale ten autor po cara wysyła kogoś zdecydowanie innego. Nieludzki, człekokształtny jeno, stalowy potwór stworzony do zabijania. Nie odpuszczający raz wskazanego celu i nie przebierający w środkach. Dla osiągnięcia tego celu jest w stanie zabić każdego, kto stanie na jego drodze. Prawie każdego. Jeśli zamajaczyła Ci charakterystyczna twarz Arniego i pomyślałeś, że Dukaj wyznaczył to zadanie terminatorowi, to jesteś całkiem blisko. Bez wątpienia taka była tego inspiracja. Ale by sztafażu nie popsuć robotem z przyszłości, opisanym zamachowcem zostaje stwór wielu imion: Abuelo Acero, Carnifex, Marcus Mactare, Belua, Pugnus, Adamas, Młot. Stalowy Golem powołany do obrony iberyjskich Żydów przed Suprema General u progu szesnastego stulecia. Przepięknie opisuje Dukaj całą niewzruszoną konsekwencję postępowania Carnifexa. Nieczuły na pochlebstwa, obietnice, wykonuje pewną usługę w zamian za pewną sumę pieniędzy, by – jak się okaże – móc zdobywać informacje, które podtrzymają go przy dalszym życiu. Bardzo klimatycznie wypada scena kabalistycznego rytuału dokonywanego gdzieś w wynajętym, warszawskim mieszkaniu.
   A gdy przychodzi czas zabicia cara, przydałaby się kamera M. Baya lub J. Camerona. To, co robi Abuelo Acero jest potworne i cudowne zarazem. Nie chodzi o liczbę trupów, które za sobą stalowy golem zostawia, choć jest ona niebagatelna. Raczej o całokształt nieubłaganej, kroczącej śmierci. Carnifex nie ogląda się na nic – ma do wykonania robotę i żadna przeszkoda, biologiczna ni architektoniczna, nie może go powstrzymać.
    Dukaj zostawia czytelnika z zupełnie nową sytuacją. Car nie żyje. Jest 30 maja 1829 roku. Przypuszczalnie nie dojdzie do Powstania Listopadowego, bo bieg historii wykona w tym miejscu gwałtowny zakręt. Ale to już nie interesuje Abuelo Acero. To w ogóle nie dotyczy jego świata. On zmierza dalej swoją drogą.
    Stalowy Golem. Obrońca. Terminator – czyli „Ten, Który Kończy”. Wspaniały crossover? I do tego opis, który autor kreśli. Ograniczymy się tylko do oblicza:

Te oczy – to płytkie wgłębienia w rzeźbionej tarczy twarzy. Płaska płyta oblicza, przynitowana do ciężkiego łba na policzkach i podbródku, ryta jest w prymitywny wzór sugerujący istnienie w tym ciemnym metalu ust, nozdrzy, uszu, oczu właśnie – ale nadal jest to jedynie symbol twarzy, nie twarz. By zwiększyć podobieństwo, pomalowano go niegdyś w barwach różu, czerwieni i czerni; malunek częściowo zszedł, najlepiej zachowały się wysokie łuki brwi, pociągnięte grubo, na wschodnią modłę, oraz blade migdały policzków – niczym z prawosławnych ikon. Odmalowano mu także ciemne gwiazdy źrenic, lecz i one zgasły, Dziadek Stal spogląda na kryptę oczyma absolutnie bezbarwnymi, jak owe starożytne posągi Apollinów i Aten. Nad szerokim kowadłem czoła rozciąga się wyszczerbiona kryza, fragment rycerskiego hełmu stanowiący część zwartej kopuły czaszki; w cieniu kryzy ginie wykuta w żelazie hebrajska litera.
J. Dukaj „Gotyk”

No i ślicznie. Może tylko mnie się to skojarzyło z kartą do gry „Magic: The Gathering”, która nazywa się „Steel Golem” i wygląda tak:
Jakoś znajomo wygląda (źródło)
O czym mówi nam to opowiadanie ze zbioru „Xawras Wyżryn i inne fikcje narodowe”? Żeśmy zmęczeni martyrologią? Że dla mojego pokolenia kolejne odkosy narodowych zrywów dziewiętnastego wieku nie były motywujące? Że bliżej nam do zdania, które wygłasza tytułowy generał Patton w filmie, że „(…) żaden głupi bękart nie wygrał żadnej wojny umierając za swój kraj, wojny można wygrać tylko zabijając innego głupiego bękarta za jego kraj”? Chyba tak. Jesteśmy zirytowani celebrowaniem klęsk. Dlatego Dukaj uzasadnia wysłanie terminatora model 1492 takimi słowy:

Bo co? – atakuje bez zwłoki Płaczący Smok. – Bo to może być tylko durny młodzian o gorącej głowie, jeden, siódmy, dwudziesty, krew ich wszystkich na naszych rękach, gdy giną w skazanych na niepowodzenie próbach – to jest w porządku, to jest dobre, na to się zgadzamy. Ale morderca, który nie zawiedzie, zimne żelazo bezduszne – o, nie, to wbrew tradycji, jak o tym pieśń ułożyć, jak rozczulić dziatki...
J. Dukaj „Gotyk”