poniedziałek, 29 czerwca 2020

Wieczór mankietów

Obiecałem Ci już dawno temu (pośród wielu tematów, które obiecałem) opowiedzieć o zjawisku, które pięknie uchwycił duet autorski Jorge Luisa Bogesa i Adolfo Bioy Casaresa w opowiadaniu „Gradus ad Parnassum”, a które dla swojej wygody nazwę „nocą mankietów”, co z kolei jest parafrazą pewnego fragmentu wymienionego tekstu (w oryginale był „wieczór mankietów”).
   Opowiadanie „Gradus ad Parnassum” pochodzi ze zbioru „Kroniki Bustosa Domecqa”, o którym miałem już okazję opowiadać. Każda nowelka stanowi tam wspaniałe, pełne ironii opisanie doprowadzonego do absurdu jakiegoś pomysłu sztuki awangardowej. A przy tym opowiadania są zabawne i – co najpiękniejsze – prawdziwie inspirujące.
   Nieobecnym bohaterem tego utworu jest świeżo zmarły poeta Santiago Ginzberg. Narrator wspomina najpierw pierwszy poemat pt. „Goździki dla ciebie i ja”, w którym znajduje się taki dwuwiersz:

Na rogu zebrali się przyjaciele
wieczór mankietów w oddali umyka.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

No i pięknie. Poezja awangardowa, zderzenia znaczeń, taka sytuacja. I znów zacytuję tu oryginał, który najlepiej mówi sam za siebie:

Problem pozostałby w lesie, gdyby nie działalność niżej podpisanego, który między północą a świtem wygrzebał w pliku papierów notes zapisany ręką samego Ginzberga (…)
   Ostrożnie zmierzamy do przodu. Mankiet znaczy według słownika: „Część rękawa, najbliższa przegubu, zwłaszcza od strony wewnętrznej i od podszewki”. Nie zgadza się z tym Ginzberg. We własnoręcznych zapiskach proponuje: „Mankiet określa w moim wierszu wzruszenie melodią, jaką słyszeliśmy kiedyś, po czym zapomnieliśmy i przypominamy ją sobie po upływie lat”.
J. L. Borges i A. B. Casares „Gradus ad Parnassum”

   Nie mamy szans z takim autorem. Najmniejszych.
   Spójrz na to od strony języka jako narzędzia komunikacji. Słowo mankiet zostało w umowie społecznej, jaką jest język, przypisane do pewnej części odzieży. Czytając zdanie w którym pojawia się słowo mankiet próbujemy dopasować go do kontekstu, lub raczej odtworzyć kontekst znając pierwotne znaczenie. Podobnie jak słowo kołnierz, które także oznacza pas materiału obrębiający otwór odzieży, w którym znajduje się szyja, może znaczyć zakończenie rury obrębiające jej wylot w sposób umożliwiający jego mocowanie do innego fragmentu instalacji. Jest tu pewne podobieństwo które nawet osobie nie szkolonej z zakresu hydrauliki czy pneumatyki pozwoli zrozumieć w lot czym jest kołnierz rury jeśli zna słownikowe znaczenie ododzieżowe. Czytając o wieczorze mankietów osadzonym w kontekście towarzyskim (słowo przyjaciele wieńczy poprzedni wers) popróbujemy sobie wyobrazić cokolwiek poetycką scenę ubranych w koszule ludzi, którzy żegnają się kończąc jakiś etap nocnej zabawy. Mankiety mogą być wskazaniem na ich elegancki ubiór… No ale już możemy sobie przestać to wyobrażać, bo oto okazuje się, że autor nadał słowu mankiet zupełnie inne, nieintuicyjne znaczenie, po czym zapisał je w notesie i schował. Komunikacyjną funkcję języka szlag trafił.
   Czy to źle? Spółka Borges&Casares w tym opowiadaniu opisuje także następne etapy twórczości, gdzie „Trzcinka na rogu” i „skrzynka nałogu” zostają zaakceptowane jako synonimy przez Ginzberga, a potem pojawiają się w jego twórczości słowa wcale dotąd nieobecne w słowniku, za to posiadające swoje znaczenie dla samego autora. Znaczenia, którymi się rzecz jasna nie podzielił, lecz skrupulatnie zapisawszy je w notesie pieczołowicie notes ten ukrył pozostawiając czytelników z niepojętymi neologizmami w rodzaju nocomoco, jabuneh, czy też grugnó. Tekst przestaje być środkiem komunikacji, staje się testem Rorschacha. Czy to źle?
    To zależy. Gdy nie musimy nic komunikować, to możemy się pochylić z zaciekawieniem nad „Finneganów trenem” J. Joyce’a, czy poematem „Jabberwocky” L. Carrolla. Tu nam wolno wyobrażać sobie dowolnie wygląd Dżaberłaka i snuć fantazje jak wygląda psztowie. Ale gdy chcemy przekazać precyzyjnie informację, musimy używać wspólnego słownika. Przykład? Nie dopuszczam myśli, że zamówione przez internet wkręty o łbach stożkowych, staną się w dostawie śrubami o takich łbach, tylko dlatego, że sprzedawca twierdzić będzie, że on sobie nazywa śruby wkrętami, bo jedno i drugie mocuje się kręcąc. Nie wyobrażam sobie, że zamawiając w restauracji smażonego pstrąga dostanę bukiet gotowanych warzyw, bo tak sobie szef kuchni umyślił nazywać warzywa. Że opowiadam absurdy? Nikt tak nie robi? A nie znasz przypadkiem ludzi, którzy używają słowa bynajmniej w funkcji słowa przynajmniej? Dla przypomnienia:

bynajmniej: zupełnie, wcale, ani trochę (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/bynajmniej;5415671.html, dostęp z dnia 28.06.2020 r.)

przynajmniej: wyraz podkreślający to, na czym mówiącemu szczególnie zależy, co uważa on za minimum konieczne w jakiejś sytuacji; (…)
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego

Celowo przywołuję Doroszewskiego, bo jest mniej precyzyjny niż obecny Słownik Języka Polskiego, bardziej potoczny.
   Posługiwanie się słowem bynajmniej jako zastępnikiem przynajmniej jest dosłowną implementacją nocy mankietów. A to, że coś tam rozumiemy z kontekstu, że to bynajmniej nie o bynajmniej chodziło, lecz o to drugie pojęcie, to że swoje notesiki z prywatnymi słownikami publikują i się nimi wymieniają, nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
    Tłumaczeniom różnych ludzi, którzy próbują usprawiedliwić swoje maniery językowe tym, że można te wyrazy zamieniać, bo „pierwotne znaczenie słowa bynajmniej mało kto tera zna”, bo „wszyscy tak mówio”, bo „słyszałem, jak w radiu tak mówili, to znaczy, że tak teraz jest”, mam do powiedzenia tylko jedno:
Bynajmniej.

Mankiet w swej postaci zgodnej ze słownikiem. Pic rel

piątek, 12 czerwca 2020

W malowanej gospodzie

Jest rok 2018. Oskarowa gala, wśród filmów nominowanych w kategorii „Najlepszy długometrażowy film animowany” znajduje się „Twój Vincent” - jedyne chyba w swoim rodzaju dzieło, którego animacja realizowana była poprzez poklatkowe zdjęcia tysięcy obrazów olejnych malowanych przez przeszło setkę artystów. Wszystko stylu i kolorystyce obrazów Vincenta van Gogha, o którego ostatnich dniach życia opowiada film. Otwarta koperta, … and the winner is…, i pada tytuł disnejowskiej produkcji – „Coco”.
   „Twój Vincent” pozostał bez statuetki. Cytując klasyka: „jak do tego doszło – nie wiem”. Nie widziałem „Coco”, ale widziałem już tyle filmów Disneya, że mogę mieć pojęcie o klasie tego filmu. Ja zasadniczo lubię animacje imperialne Myszy (oprócz ich „Gwiezdnych Wojen” w nowej odsłonie – za „Ostatniego Jedi” powinien paść co najmniej jeden wyrok skazujący), ale nie sądzę, żeby „Coco” było na poziomie „Króla Lwa”, czy choćby „Shreka”, bo minęły dwa lata i nikt o „Coco” nie mówi w kategorii filmu kultowego.
   Ale wróćmy do „Twojego Vincenta”, któremu Oscar się po prostu należał.
    Naszego tytułowego bohatera poznajemy gdy już nie żyje. Armand Roulin, syn naczelnika poczty poproszony zostaje, by doręczyć spóźniony list od Vincenta van Gogha jego bratu, Theodore’owi. Armand nie jest zachwycony. Nie lubił Vincenta, a i bycie listonoszem nie jest jego marzeniem. Podkreśla, że nie po to uczył się na kowala. Ale nie odmawia ojcu. Jedzie dostarczyć list i na miejscu dowiaduje się, że Theo także nie żyje. Aby jednak nie wracać z listem, Armand jedzie do Auvers-sur-Oise, miejscowości, w której Vincent przebywał przed śmiercią, aby dostarczyć list jego lekarzowi, doktorowi Paulowi Gachetowi… I tu sytuacja się zaczyna zagęszczać. Niemal z każdą chwilą Armand dowiaduje się czegoś nowego o nieżyjącym malarzu i okolicznościach jego śmierci. A czym więcej wie, tym bardziej sytuacja staje się niejasna. Każdy kolejny trop rodzi nowe pytania. Armand zaczyna prywatne śledztwo, zostaje w Auvers dłużej by dowiedzieć się prawdy. A prawda jest coraz bardziej niejasna. Samobójstwo? Czy morderstwo? A jeśli morderstwo, to kto strzelał? Dlaczego lekarz nie operował? Dlaczego żandarm stara się zaszpachlować sprawę, zamiast dociec jej sedna?
   Film wciąga. Jest przepiękny wizualnie, gdyż przez bite półtorej godziny oglądamy ruchome obrazy olejne, na których widać kolory nakładane charakterystyczną techniką holendra. Historia wciąga także. Nie tylko Armanda, który zaczyna popadać w obsesję dowiedzenia się prawdy. Na co patrzymy? Mógłbym powiedzieć – na film kryminalny namalowany przez van Gogha.
Pole pszenicy ze żniwiarzem, według van Gogha - alegoria śmierci (źródło)

Jeszcze raz to podkreślę: nie oglądamy onirycznych obrazków, ale podążamy za głównym bohaterem szukając prawdy o ostatnich dniach życia Mistrza. Van Gogh jawi się nam jako osoba niesłychanie samotna i wrażliwa, która stara się utrzymać zdrowe zmysły na wodzy, a tymczasem osacza go małe miasteczko godne pióra Stephena Kinga. Oglądamy to miasteczko kolorami i pędzlem van Gogha oraz przenikliwością Armanda Roulina.
   Co mogę powiedzieć? Nie interesował mnie van Gogh zanim nie obejrzałem filmu. Dzięki niemu zarówno doceniłem go jako malarza, ale także zaciekawił mnie jako człowiek. Dziękuję Netflixowi, że umożliwił mi poznanie tego filmu (jak zwykle do kina miałem pod górkę).
   Polecam.

piątek, 5 czerwca 2020

Trudne sprawy: dobro

Nie będę się dziś wymądrzał. Chciałem zadać Ci jedno pytanie, abyśmy mogli zastanawiać się nad nim jedząc zupę, biorąc prysznic lub czytając recenzje na literackich blogach.
    Pytanie brzmi: dlaczego tak trudno skonstruować ciekawą historię o dobrych rzeczach?
   Pytanie to wraca do mnie co jakiś czas niczym zepsuty bumerang. Zauważ, ile miejsca w podręcznikach historii zajmują wojny, kryzysy, konflikty, schizmy, ewentualnie zarazy (zwane obecnie pandemiami). Ale na tym nie koniec.
    Mamy w historii Polski jednego króla o przydomku „Wielki”. To, rzecz jasna, Kazimierz III Wielki. Król, któremu zawdzięczamy odbudowę i rozwój państwa, uczelnię w Krakowie i – najprawdopodobniej – fakt, że z Czarnej Śmierci wyszliśmy cało, a nie straciliśmy, jak inne narody europejskie, trzeciej części naszych ludzi. No i pięknie. Ale co o nim więcej pisze się w podręcznikach? Jak bardzo jest to nośne? Ile powieści powstało o nim? Nawet, gdy już ktoś postanowił sprokurować serial (mowa o „Koronie królów”, to trudno było znaleźć coś bardziej interesującego niż… intrygi – przejaw zła, niszczenia.
   Historie o sprawach Dobra najczęściej napisane są wyjątkowo źle.
    Cały temat wrócił do mnie po wymianie komentarzy pod postem o „Martwych duszach” Gogola w interpretacji W. Nabokowa na blogu Pyzy. Napisała wtedy znamienne zdanie, które tu postanowiłem przytoczyć, gdyż jest sednem problemu.

A co do skończenia czy też nie skończenia – wiesz, to co dostajemy w II tomie a propos Odkupiciela jest bardzo rozczarowujące. Trochę pachnie takim nieudanym Dostojewskim i widać, że Gogol się wypalił, że tak bardzo mu zależało na napisaniu Wielkiego Dzieła o Niebie, że aż to nie wyszło. I wiesz, w „Boskiej Komedii” też nie bez kozery właśnie „Piekło” budzi największą ekscytację (też literacką).

Pyza (https://pierogipruskie.pl/2020/04/nabokoviada-2-martwe-dusze-mikolaj-gogol-nabokov/#comment-11774, dostęp z dnia 05.06.2020 r.)


Zauważ jak wiele dzieł literackich osnutych jest na motywie konfliktu. Jak bardzo nośny jest temat konfliktu, walki. Jak mało poświęca się dniom spokoju i budowania.

Sauron (źródło)

Dlaczego ekscytuje nas walka? Dlaczego nawet budowanie czegoś, jeśli ma stanowić tło interesującej historii, musi być związane z pokonywaniem problemów? Zwróć uwagę na język, który nas tu prowadzi w bojowym szyku: „pokonywanie”, „przezwyciężanie”.
I z tym pytaniem zostawiam Cię na razie.