środa, 11 listopada 2020

O pochodzeniu biegów wirtualnych

W dzisiejszych czasach, gdy życie społeczne toczy się w tak zwanym „reżimie sanitarnym”, organizacja masowych imprez biegowych jest mocno utrudniona. Początkowo zdało się, że nawet niemożliwa. Odwołanie-łamane-na-przeniesienie marcowego półmaratonu gdyńskiego, który ma rangę mistrzostw świata, w pewnym sensie stanowiło punkt krytyczny. Biegacze i organizatorzy, chcąc wybrnąć z impasu, umyślili w pewnym momencie formułę biegu wirtualnego. Co to oznacza: biegacz rejestruje się do biegu on-line, danego dnia rusza na bieg dowolną trasą, przebieg rejestruje aplikacją. Przebieg następnie przekazuje sieciowo do organizatora, który może na tej podstawie określić ile osób biegło, kto przybiegł w jakim czasie i może ustalić ranking w danej grupie wiekopłciowej. Na koniec wysyłane są uczestnikom medale ukończenia wyścigu. Wszystkim, którzy ukończyli.
    Chwila dla salgaryzmu: w 2020 roku najczęściej jest wykorzystywane Endomondo – informacja dla czytających ten post w późniejszych latach, gdy aplikacja zostanie wycofana z rynku. Natenczas Endomondo jest hegemonem biegowych apek.
    Myśl, że każdy może biec w dowolnym miejscu, po dowolnej trasie, a potem następuje integracja danych, jest naprawdę dobry. To jest to, po co internet został zbudowany – nie po to, żeby wysyłać sobie zdjęcia kotków, ale by ludzie mogli ze sobą współpracować oddaleni od siebie.
   Ale myliłby się ten, kto przypuszczałby, że pomysł tej formuły biegowej wymagał wiedzy o istnieniu internetu.
    Pierwszym, który zaproponował niemal dokładnie tę formułę był niejaki Charles Lutwidge Dodgson, angielski matematyk działający na niwie algebry liniowej w drugiej połowie XIX wieku. W 1865 wydał on pod pseudonimem powieść fantastyczną, nieco groteskową, gdzie znajdujemy opis takiego oto przedsięwzięcia:


Co to jest Wyścig Kumotrów? (…)
No cóż – powiedział Dodo – najłatwiej wyjaśnić to przystępując do dzieła. – (A ponieważ i wy zechcecie może spróbować tego któregoś zimowego dnia, opowiem wam, jakie były przygotowania Dodo).
    Po pierwsze, nakreślił tor wyścigowy, mniej więcej przypominający koło ( – Dokładny kształt nie ma znaczenia – powiedział), a później całe zgromadzenie ustawiło się, to tu, to tam, wzdłuż toru. Nie było żadnego: „Raz, dwa, trzy i start!”, lecz każdy rozpoczynał i kończył bieg, kiedy przyszła mu na to ochota, tak że niełatwo było stwierdzić, kiedy nastąpiło zakończenie wyścigu. Jednak gdy biegli już około pół godziny i wyschli już zupełnie, Dodo zawołał nagle: – Wyścig zakończony! – i wszyscy stłoczyli się wokół niego, dysząc i pytając: – Ale kto wygrał?
    Na pytanie to Dodo nie mógł odpowiedzieć bez długiego namysłu i stał przez pewien czas z palcem przytkniętym do czoła (w pozie, w jakiej zwykle widujecie Shakespeare'a, na przedstawiających go wizerunkach), podczas gdy pozostali oczekiwali w milczeniu. Wreszcie Dodo powiedział: – Wszyscy wygrali i każdy musi otrzymać nagrodę.
L. Carroll „Przygody Alicji w Krainie Czarów” (tłum. M. Słomczyński)

Charles L. Dogson aka Lewis Carroll w dwa lata przed publikacją powieści (źródło)

Post ten dedykuję wszystkim koleżankom i kolegom biegaczom, niezłomnym i pomysłowym – na przekór dziwnym dniom, które nas zastały. Zwłaszcza tym, którzy uczestniczą dziś w (wirtualnym rzecz jasna) Biegu Niepodległości.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza