piątek, 26 października 2012

Archipelagi

Zazwyczaj przyjmujemy, że cieśniny dzielą wyspy, a drogi łączą miasta. Myśląc o drogach, które dzielą wpadamy w dyskomfort myślowy rozpatrując drogę jedynie w jej jednowymiarowym, abstrakcyjnym aspekcie komunikacyjnym. Podobnie, będąc istotami lądowymi, myślimy o przestrzeni wody jako oddzielającej wyspy. Tymczasem już taka Wenecja, czy Amsterdam każą nam zastanowić się, czy kanały dzielą wyspy, czy je łączą? Oczywiście wtedy zmieniamy optykę nazywając (ach, słodkie jarzmo języka!) kanały „drogami wodnymi”. A jak nazwać w dziedzinie inżynierii lądowej drogi, które dzielą?
    Obiecałem sobie solennie zakładając tego bloga, że nie ruszę tematu polityki. Mam nadzieję, że przyrzeczenia tego dotrzymam wspominając tylko informację podaną przez Noama Chomsky'ego w „Interwencjach” o eksterytorialnych autostradach budowanych przez Izrael na terenie Autonomii Palestyńskiej. Mają one, według autora, na celu maksymalne rozbicie terytorialne państwa palestyńskiego i uniemożliwienie integracji. Zatem istnienie dróg, których zadaniem jest dzielić pod pozorem łączenia, można przyjąć jako fakt.
    Jedną z powieści, które wywarły na mnie kolosalne wrażenie, jest bez wątpienia „Wyspa” nieodżałowanego J. G. Ballarda. Język autora jest chropawy i niewyszukany – żadne tłumaczenie żadnej z jego powieści tego nie jest w stanie zamaskować. Tematy, które Ballard porusza (przynajmniej w powieściach, które znam) są niesamowite, wydają się wydumane, ale czytelnik podskórnie zdaje sobie sprawę, że nie są nieprawdopodobne. I to jest właśnie to, co mnie u Ballarda urzeka – nie sama powieść, lecz to, w jaki sposób wpływa na nasze myślenie. To osobliwe zastanowienie „a jak ja bym postąpił na miejscu bohatera?”. I ręczę Wam, że przeciętny człowiek nie ma gotowych recept i wzorców. Wątpię, czy nawet Pałkiewicz, Grylls i Norris mieliby scenariusze przygotowane na sytuację, gdy zostajesz zamknięty w galerii handlowej zabarykadowanej przez fanatyków broniących faszyzującej subkultury a na zewnątrz trwa policyjne oblężenie („Królestwo nadchodzi”), czy uczestniczysz w ekologicznym proteście mającym na celu ratowanie tropikalnego atolu i nagle orientujesz się, że celem przywódcy jest eksterminacja... podwładnych („W pośpiechu do raju”). Albo wypadasz z autostrady na tytułową wyspę na jej węźle i przez zbieg okoliczności pozostajesz tam zdany na siebie, a wszyscy szukają Cię wszędzie indziej, niż na kilkukilometrowym odcinku łączącym (dzielącym?) miejsce Twego zamieszkania od miejsca Twej pracy. Oczywiście, zaraz ktoś powie, że to taki Robinson Cruzoe. No i nie sposób się nie zgodzić. Jest pewne ale. Ballard napisał książkę tak, że w pewnym momencie ogarnia czytelnika wrażenie, że nic tam nie dzieje się prawdziwie, lecz są to halucynacje bohatera, który z mózgiem na asfalcie dogorywa po inicjującym powieść wypadku. To, co się przydarza bohaterowi jest dziwne, groteskowe, wynaturzone, chore. No dobrze, chyba przesadziłem z epitetami, bo zaraz ktoś będzie chciał pomyśleć o „Wyspie” jak o wytworze Lovecrafta, lub przynajmniej Barbie Gill Graynor.
    Wracamy do naszej bohaterki. Tak, tak, bo to nie Robert Maitland jest naszym obiektem zainteresowania, lecz wyspa, na której się rozbił.
    Gdy czytałem tę powieść w latach 90. XX wieku nie mogłem sobie do końca wyobrazić miejsca akcji, niczym Awerroes, który nie mógł poradzić sobie z pojęciem komedii. Przyczyna była konkretna i ta sama, co u Ibn-Ruszda – brak bezpośredniego doświadczenia. Wiedziałem jak wygląda skrzyżowanie bezkolizyjne i wyobraziłem sobie duże (jak na moje wyobrażenie) skrzyżowanie, z czterema odpowiednimi wyspami ulokowanymi w drogowej „koniczynce”. No i nie wiedziałem, dlaczego (nawet biorąc pod uwagę stan zdrowia Maitlanda, trudności terenowe, czy co tam innego) nie mógł się stamtąd wydostać, ale mógł spędzić tam kilka tygodni. Ba, wydawało mi się, że większym moim problemem byłoby tam zostać, niż stamtąd uciec. Dopóki nie zastanowiłem się nad prawdziwym węzłem autostradowym.
    W Polsce, w chwili obecnej największym skrzyżowaniem autostrad jest węzeł Sośnica w Gliwicach. Największym, bo jedynym. Co nie znaczy, że obiektywnie nie jest duży. Wcześniej było tam węzeł łączący autostradę A4 z ulicą Pszczyńską. W tej chwili krzyżują się dwie autostrady: A4 i A1 oraz wspomniana ulica Pszczyńska (DK 44 w kierunku na Mikołów i Tychy). Powiem tylko tyle, że po przebudowie droga do pracy wydłużyła mi się o trzy kilometry. Czy to jest wyczuwalne? Wcześniejszy zjazd „ślimakiem” z wiaduktu na pas A4 jest teraz trzykilometrową drogą w labiryncie dojazdów, zjazdów i przejazdów. Wyjeżdżając z Gliwic w kierunku Katowic przemierzyć trzeba rondo na estakadzie i dwa duże wiadukty. W czasie, gdy piszę tego posta, na jednej z „wysp” we wnętrzu węzła trwa budowa jednego z największych w Polsce parków handlowych. A przypuszczam, że to skrzyżowanie jest nieduże w porównaniu do angielskich węzłów, których ofiarą padł ballardowski bohater. Bez obrazu tych hektarów łąk, lasów i czegoś w rodzaju śląskiego buszu (nieuporządkowanej plątaniny bzu, głogu, leszczyny i brzóz) moje wyobrażenie o miejscu, gdzie rozgrywa się powieść przypominało próbę ogarnięcia akcji „Złego” przez mieszkańca wsi Taplary z „Konopielki” Redlińskiego – wyobraziłby sobie Warszawę jako powiększone do monstrualnych wymiarów Taplary, gdzie mieszka kilkaset tysięcy ludzi, ale wszyscy się znają po imieniu i słuchają jednego sołtysa, a jak trza co zdecydować, to się w takiej wielkiej izbie zbiorom. Proszę nie myśleć, że piszę to o Sejmie! To nie jest blog o polityce!
    Czytając dziś „Wyspę”, zwłaszcza jej fragmenty, gdy Maitland widzi w nocy światła miasta, nie sposób się opędzić od myśli, że cała ta sytuacja byłaby niemożliwa w dobie telefonii komórkowej i policyjnych śmigłowców z szukaczami po milion luksów. Ale czy aby na pewno? Co się stanie, gdy komórka się rozbije? Co się stanie, gdy w wyniku zbiegu okoliczności wszyscy sadzić będą, że Twoja nieobecność to weekendowa ekskursja, chęć pobycia samemu ze sobą przy wyłączonej komórce? A co się stanie, gdy...?
    Jednak naprawdę ciekawe w „Wyspie” jest dla mnie coś innego – zmiana percepcji. Podobnie jak w przypadku „Niewidzialnego popiersia Woltera”, o którym już wspominałem, tu następuje przesunięcie punktu percepcji przestrzeni. Normalnie postrzegamy pewne miejsca niczym wyspy: dom, praca, galeria handlowa, mieszkanie Stefana, gdzie spotykamy się na wódce... Drogi zaś stają się mostami, które je łączą. Tymczasem bohater „Wyspy”, a za nim czytelnik modelowy, przesuwają się ku pozycji, z której przestrzeń poszatkowana została drogami na archipelagi niepołączonych ze sobą wysp.
    Po lekturze „Wyspy” jazda po autostradzie nie będzie już taka sama. Węzły przestaną być dla nas li tylko połączeniem dróg. Dostrzeżemy w jaki sposób drogi dzielą ziemię, a strumienie samochodów są bardziej zdradliwe niż morskie prądy w cieśninach.


Fragmentacja jest prawem,
Jedności nie uczy się w szkole.
SONIC YOUTH „Making the Nature Scene”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz