sobota, 26 stycznia 2013

Ghostwriting po elżbietańsku


Kanał HBO mam w pakiecie telewizji satelitarnej dzięki uprzejmości przedstawiciela handlowego, który wsparł nas w tej decyzji, tak jak ongi zbóje przydrożni wspierali podróżnych w decyzji udzielenia jałomużny. De facto zagroził, że jeżeli nie skorzystamy z promocji, to za pakiet w obecnej postaci zapłacimy dwa razy więcej. Biorąc promowane przezeń HBO zapłacimy tylko półtorej poprzedniej stawki. Warto się zastanowić nad faktem, że słowo promocja zawiera rdzeń słowotwórczy motio wiążący się z poruszaniem (motywacja i angielski wyraz motion - „ruch”) oraz przedrostek pro oznaczający w uproszczeniu dla. Na wysokim stopniu abstrakcji można byłoby spokojnie słowo promocja uznać za synonim pojęcia wciskanie nie popełniając żadnego błędu językoznawczego (złożenie słowa ciskać – „rzucać” z przedrostkiem w).
    Zaletą wspomnianego kanału jest paradoksalnie jego wada. Otóż w przeciągu kwartału nadawanych jest tam mniej więcej trzy filmy i jeden serial. Filmy emitowane są co najmniej dwa razy w tygodniu każdy. Za to są one dosyć świeżo zdjęte z afisza kinowego. Dzięki temu ludzie obdarzeni brakiem czasu mogą być na bieżąco z blockbusterami oglądając je w dwudziestu dziesięciominutowych odcinkach w okresie trzech miesięcy. Ponieważ wyrwane z kontekstu fragmenty stanowią anachroniczne puzzle (Bogu dzięki, że fabuły nowych filmów są zwykle liniowe i proste, żeby nie użyć słowa prostackie), złożenie ich w umyśle w kompletny film wymaga nieco pamięci i wyobraźni.
    Nadawany w pierwszej połowie obecnego roku „Anonimus” wyjątkowo udało mi się obejrzeć niemal w całości za jednym posiedzeniem. I dobrze, bo film był tego wart.
    Rzecz dotyczy problemu Shakespeare'a a dokładnie autorstwa jego sztuk. Wątpliwości wokół geniuszu Stratfordczyka jest co niemiara i nic w tym dziwnego. W tym poszczególnym utworze zilustrowana jest hipoteza, jakoby Will Shakespeare był nieomal półgłówkiem, którego Lord Szambelan, Edward de Vere hrabia Oxford, wystawia „na słupa” mówiąc slangiem przestępczym, czyli każe mu firmować swoim nazwiskiem twory hrabiego. Hrabiemu nie tylko nie wypada pisać dramatów i poematów. Jemu zabrania tego jego pozycja. Hrabia jest stroną w konflikcie z kanclerzem Cecilem, swym teściem, purytańskim typem uważającym sztukę (w tym poezję i teatr) za grzech, z kolei intrygi za służbę Bogu. Cecilowi (a potem jego synowi i następcy) strasznie nie w smak jest umiłowanie teatru przez królową Elżbietę. I tak ścierają się dwie strony konfliktu: Cecilowie wpływają na tron intrygami, de Vere – dramatami Shakespeare'a. I co najfajniejsze – jest to rewelacyjnie (moim ignoranckim zdaniem) nakręcone.
    Reżyser świetnie opanował język filmu. Jest reżyserem w starym stylu. Tyle sobie pomyślałem, gdy w scenie wymuszonego układami politycznymi ślubu podkład dźwiękowy stanowił fragment... mszy żałobnej! Mozartowskie „Requiem” (dokładnie bodajże „Lacrimosa”, jeśli mnie pamięć słuchowa nie myli) było rewelacyjnym wskazaniem na właściwe odczytanie zaślubin de Vere'a. Że stało się coś, co godne jest nie radości, lecz łez. Lacrimosa dies illa...
   Drugi raz pomyślałem o wyczuciu reżysera, gdy obserwowałem scenę balu. Duszną atmosferę dworskich intryg pięknie podkreślił poprzez realistyczne oddanie światła na sali. Nie dosyć, że sala była nieduża dla tej setki kręcących się po niej osób, to oświetlona setkami świec nadal była półmroczna. Mdłe, żółtawe światło, miast dodać splendoru, odzierało postacie z ich wymuszonego dostojeństwa.
    Trzeci raz doceniłem reżysera, gdy ukazał obrazem fenomen Shakespeare'a. Wspominałem już, że Stratfordczyk był swych czasów celebrytą. Reżyser ukazał to w cudownie anachronicznej scenie, gdy publiczność wywołuje autora sztuki na scenę, wyciąga ku niemu ręce i wyciąga go, by na wzór obecnych gwiazd rocka płynął przez widownię niesiony na ich ramionach. To musi trafić do widza, który żyjąc na progu XXI wieku dekoduje takie zachowanie jako symbol oddania chwały gwiazdorowi. Pomyślałem, że facet (lub kobieta, nie wiedziałem jeszcze wówczas kto), który tak elegancko potrafi przełożyć zdanie „Shakespeare był Michaelem Jacksonem swoich czasów” na język filmu zrozumiały dla współczesnego widza, musi być mistrzem. I jak publiczność wołała chwilę wcześniej „Autor! Autor!”, tak jak mruknąłem „Reżyser! Scenarzysta!” i sprawdziłem... jakże wielkie było zdumienie, gdy odkryłem, że film wyszedł spod ręki Rolanda Emmericha, słynnego „Master of Disaster”, twórcy filmów, w których nie dokonuje nawet ludobójstwa, lecz zagłady wszystkich cywilizacji („Dzień Niepodległości”, „Pojutrze”, „2012”). Nawet wpisując się w cudzy kanon, czyli tworząc remake „Godzilli” stwierdził „jeden potwór jest dla mięczaków, a ja muszę mieć ich całą hordę”.
   Nie spodziewałem się. Nie spodziewałem się, że twórca takiego gniota jak „Dzień Niepodległości” może nakręcić tak dobry film. Wystarczy wspomnieć, iż po ukazaniu się „Dnia Niepodległości” w polskich kinach Marek Oramus na łamach „Nowej Fantastyki” ogłosił konkurs na znalezienie największej liczby błędów logicznych w rzeczonym filmie. Zwycięzca wymienił ich sześćdziesiąt pięć, wszystkie uznano...
    Tymczasem z niedowierzaniem oglądałem dzieło (nie zawaham się tego słowa użyć) stanowiące alegorię walki intryganckiego, ascetycznego zła i dobra-piękna reprezentowanego przez sztukę. Gdy Cecil swymi knowaniami prowadzi syna hrabiego Oxford na szafot, on wydaje poemat, aby królowa (wiedząc o prawdziwym autorstwie hrabiego) wezwała go i wysłuchała. Gdy pomysł nie wypala, w jedną noc pisze „Ryszarda III” portretując złego króla na obraz i podobieństwo Cecila juniora, by oburzony zbrodnią scenicznego króla tłum wywołał zamieszki, które zniosą władzę intryganta. Jednocześnie jest Oxford prawdziwym artystą. Pytany przez małżonkę o powód pisania, opowiada jej o swej pasji. Słowo to nie pada in expresis verbis, ale odpowiedź hrabiego to właśnie opisuje: pasję, czyli mękę. Konieczność tworzenia, której akt spisania przynosi ulgę. Uwolnienie od głosów, które słyszy w każdej chwili. I jednocześnie ukazana jest męka inna – konieczność oglądania jak prostak Shakespeare wielbiony jest za utwory, których nie był w stanie napisać, jak małpa nie jest w stanie skonstruować samolotu.
    I choć można odnieść wrażenie, że de Vere przegrał (syn w prawdzie ocalał, lecz wypędzony, a sam hrabia okazał się postacią tragiczną na wzór Edypa), to jest też bardzo dobrze ukazana pewna przewrotność. Oto Cecil dopina swego i na tron po Elżbiecie wstępuje Jakub I. Wystawiana jest sztuka „Shakespeare'a”. Jakub siada na tronie, gdzie wcześniej siadała Elżbieta. Miejsce po jego prawicy, które należało do Oxforda, zajmuje Cecil. Scena symbolizuje zwycięstwo „złych”. I wtedy Jakub pochyla się ku Cecilowi i opowiadając o swej ciekawości sztuki pyta: „Czy jesteś panie takim wielbicielem teatru jak ja?”. Cecil, który chwilę temu kazał spalić siedzibę trupy lorda Szambelana, czyli słynny teatr „The Globe” mówi „Tak, wasza królewska mość”. Ale mówi to z miną człowieka, który zaraz poddany zostanie lewatywie. Sztuka odniosła zwycięstwo. Nie de Vere, jej żołnierz, autor największych nowożytnych dramatów, lecz Sztuka jako zjawisko, jako estetyczny przedstawiciel Dobra. Dzięki poświęceniu swego żołnierza.
    Gdy po skończeniu filmu poczytałem sobie komentarze na filmwebie stwierdziłem, że już wiem, czemu nikt nie kręci już takich filmów. Ludzie nie wiedzą jak je czytać. Określenie „Anonimusa” jako „thrillera politycznego” i wyeksponowanie w streszczeniu marginalnego wątku powiązań rodzinnych de Vere'a i Elżbiety z całkowitym pominięciem kwestii wpływu sztuki na społeczeństwo, roli kultury w dziejach, spowodowało najpierw mój gniew na autora streszczenia, potem zaś współczucie. Ja miałem szczęście, że ktoś nauczył mnie czytać utwory i tym się cieszyć. On będzie musiał przeżyć swoje życie uważając, że ogląda marne filmy.
   Niedawno dowiedziałem się, że Emmerich podpisał Deklarację Uzasadnionych Wątpliwości w Kwestii Tożsamości Williama Shakespeare'a. Prócz niego sygnowało ją prawie dwa tysiące osób. I nie byli to ci sami, którzy podpisali petycję do Białego Domu o budowie Gwiazdy Śmierci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz