piątek, 1 lutego 2013

Rembrandt od kuchni


Czy można sfilmować Rembrandta?
   Zasadniczo brzmi to niedorzecznie. Film jest medium liniowym. Podobnie jak literatura i muzyka. O ile literatura potrafi złamać liniowość (tzw. gry paragrafowe), to muzyka i film jako ex definitio związane z czasem lektury, są skazane na rozmaite tricki. Film "Memento" jest tu jednym z lepszych przykładów.
   Lektura obrazu, z kolei jest uniezależniona od czasu. W przypadku obrazu trzeba stosować z kolei tricki, by ukierunkować uwagę widza, tak, by czytał elementy obrazu w określonej kolejności.
   Redagując ostatniego posta obejrzałem (dzięki otrzymanemu w pakiecie z HBO kanałowi Cinemax) film Greenawaya pt. "Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek".
   Nie bez kozery Greenaway nazywany jest "malarzem kina". Każdy kadr jest przemyślany niczym kompozycja obrazu. Czasem szokująca, czasem piękną, czasem poruszająca, innym razem obsceniczna, ale zawsze - przemyślana. Pierwszym, co rzuca się w oczy widza, to przesadne (wydawać by się mogło) akcentowanie pomieszczeń światłem i kolorem scenografii. I tak: sala restauracji jest czerwona, kuchnia - nieapetycznie zielona, korytarz - do bólu szkarłatny, skład książek to brudne, ziemiste brązy kojarzące się ze starymi, skórzanymi oprawami, zaś ubikacja jest aseptycznie biała. Ciekawostkę stanowi to, że postacie przechodząc między pomieszczeniami również zmieniają barwę ubrania. Nie, nie tylko pod wpływem światła. Krwistoczerwona suknia Georginii nie byłaby w mdłym zielonym świetle zielona, ale czarna. A tymczasem jest soczyście zielona. Greenaway wie doskonale jak posłużyć się kolorem. Jest mistrzem światła i koloru niczym.... holenderski malarz?
   Nie da się ukryć, że nawiązania malarskie dominują. Zwłoki kochanka po śmierci ułożone są przed kamerą na podobieństwo "Lekcji anatomii doktora Deymana". Pracownicy kuchni wyglądają, jakby zeszli z płócien Holendrów (z resztą nazwa restauracji brzmi "Le Hollandais"), mięso gnijące w samochodzie to "Rozpłatany wół", a ze ściany restauracji spogląda na nas bankiet Bractwa Strzelców św. Jerzego pędzla F. Halsa, do których upodobniona zostaje szajka właściciela restauracji. On sam ucharakteryzowany zostaje nieco jak doktor Nicolaes Tulp.
    Nota bene obraz Halsa, najbardziej charakterystyczny element scenografii, stanowi wyłom w konsekwentnie rembrandtowskim filmie. Ale z kolei kobieta w czerwieni w "Zet i dwa zera" ucharakteryzowana na Saskię w czerwonym kapeluszu stanowi rembrandtowski wyjątek w vermeerowskim filmie. Śmiać mi się chce, gdy widzę jak wygląda ostatnie zdanie, ale nie potrafię inaczej a krótko tego określić. Kto widział filmy - zrozumie.
   Ciekawym, jak widzowie odbierali ostatnią, wstrząsającą scenę. Dla zwykłego odbiorcy była przypuszczalnie odrażająca. Dla bigota - kpiną z Eucharystii (zresztą błędna to interpretacja, o tyle, że nawiązanie do największego sakramentu nie jest tu kpiną ani nie wyczerpuje złożoności alegorii). Dla historyka sztuki - przewrotną trawestacją "Lekcji anatomii doktora Tulpa" pędzla Rembrandta (stąd też złodziej w tytule filmu, którego explicite nie ma w fabule). Natomiast czytelnik Shakespeare'a ujrzy tam przede wszystkim.... "Tytusa Andronikusa". Choć można się spierać na ile motyw kanibalizmu jest powszechny w kulturach i jak sobie on z nim radzą (piętnują, akceptują, demonizują), to połączenie kanibalizmu i zemsta musi przywodzić na myśl dramat Stratfordczyka, zwłaszcza, gdy występuje on w kontekście wcześniejszych okaleczeń - Lavinia z filmu Julie Taymor nawiedza mnie jeszcze w koszmarach.
   Udała mi się znów uczta alegorii, metafor i nawiązań. Ale nie mam złudzeń: odczytałem może jedną trzecią znaczeń, które reżyser w tym filmie umieścił. To dobrze. Mam motywację, by poznawać sztukę dalej, a gdy znów siądę przed ekranem, by zobaczyć "Kucharza..." będę mógł cieszyć sie odkrywaniem nowych znaczeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz