niedziela, 5 czerwca 2016

Człowiek z „Marco Polo”, cz.1

Mazury są dla mojego pokolenia żeglarzy matecznikiem. Tam się wychowaliśmy, jakby w drugim domu rodzinnym. A każdy rodzinny dom ma swój folklor, w tym przyśpiewki. Typowymi dla żeglarzy szuwarowo-bagiennych pieśniami były te, które sławiły uroki mazurskiego zacisza, strzechy pośród borów i majestatyczne chmary komarów, co łacno poznać po typowo mazurskich tytułach: „Pożegnanie Liverpoolu”, „Stara Maui”, „Sacramento”, „Hiszpańskie dziewczyny” oraz „Marco Polo”.

"Marco Polo" pod pełnymi żaglami (źródło)

    Pieśń żeglarska (nie, nie szanta, szanta to specyficzna pieśń żeglarska, pieśń pracy) pt. „Marco Polo” nie opowiada o słynnym podróżniku, który nigdy Kitaju nie oglądał, ale o noszącym jego imię kliprze, czyli bardzo szybkim żaglowcu z XIX wieku. Klipry były wykorzystywane do przewożenia towarów, które miały szybko dotrzeć do Europy. Dwa szlaki były szczególnie ważne: herbaciany, wiodący z Chin (regaty kliprów herbacianych to osobna historia) i wełniany, australijski. A „Marco Polo” był właśnie takim „wełnianym kliprem”, mniej prestiżowym niż herbaciane. Za to wsławił się niespotykanie szybkimi „przelotami” do Australii i z powrotem. Pod dowództwem kapitana Jamesa Nicola Forbesa przebył kiedyś swoją trasę tak szybko, że gdy wpłynął do Liverpoolu, jego właściciel, James Baines, sądził, że statek zawrócił gdzieś spod Afryki, z ćwierci swej drogi. Padło już nazwisko najsłynniejszego dowódcy „Marco Polo”, wróćmy więc do tekstu tej rdzennie mazurskiej pieśni:

Nasz "Marco Polo" to dzielny ship,
Największe fale brał.
W Australii będąc widziałem go,
Gdy w porcie przy kei stał.

I urzekł mnie tak urodą swą,
Że zaciągnąłem się
I powiał wiatr, w dali zniknął ląd,
Mój dom i Australii brzeg.

"Marco Polo"
w królewskich liniach był.
"Marco Polo"
tysiące przebył mil.

Na jednej z wysp za korali sznur
Tubylec złoto dał
I poszli wszyscy w ten dziki kraj,
Bo złoto mieć każdy chciał.

I wielkie szczęście spotkało tych,
Co wyszli na ten brzeg,
Bo pełne złota ładownie są
I każdy bogaczem jest.

W powrotnej drodze tak szalał sztorm,
Że drzazgi poszły z rej,
A statek wciąż burtą wodę brał,
Do dna było coraz mniej.

Ładunek cały trza było nam
Do morza wrzucić tu,
Do lądu dojść i biedakiem być,
Ratować choć żywot swój.
Sławomir Klupś „Marco Polo”

No pięknie. Mamy fajną historyjkę o szczęśliwych poszukiwaczach złota, których sztorm pozbawia bogactwa, a rzecz dzieje się na królewskim kliprze „Marco Polo”. To teraz odkręcimy tę historyjkę, tak jak to zrobiłem już kiedyś przy okazji adynatochromatyki, czyli „nie w Moskwie, lecz w Leningradzie; nie samochody, tylko rowery i nie rozdają, tylko kradną”. Pan Klupś tę piosenkę zaadaptował do języka polskiego. Nie, nie przetłumaczył. Zostawił melodię i napisał własny tekst, który z oryginałem nic nie ma wspólnego. Popatrzmy na oryginał:

The Marco Polo’s a very fine ship
The fastest on the sea
On Australia’s strand we soon will land
Bully Forbes (he) can look for me

Marco Polo – the fastest on the sea
Marco Polo – the fastest on the sea

I’ll jump the ship in Melbourne Town
I’ll go a-diggin (for the) gold
There’s a fortune found beneath the ground
Where the eucalyptus grows.

The company owner Mister Baines
Said to Bully Forbes one day
It’s up to you to keep your crew
When the gold calls them away”

Said Bully Forbes to Mister Baines
I have a plan so fine, sir
Leave to me and I think you’ll agree,
I’m king of the Blackball Line, sir.”

Now when we get to Melbourne town
Bully Forbes declares the scurvy,
An there’s a quarantine law and we can’t get ashore,
Til we reach the River Mersey.

And now we’re back in Liverpool town,
I’ll go to sea no more, sir
I’ve served my time in the Blackball Line
Under Captain Bully Forbes

No i się klocki rozsypały. Nie, w królewskiej, ale w prywatnej kompanii Black Ball, nie poszli po złoto, tylko zamknięto ich na statku. I tak dalej. Pozwolisz, że nie będę w tym miejscu zamieszczał nawet wolnego tłumaczenia, a zamiast tego streszczę: podmiot liryczny będąc członkiem załogi „Marco Polo” ostrzył sobie zęby na australijskie złoto gdyż prócz alaskańskiej gorączki złota była w dziewiętnastym wieku i australijska. Gorączka owa byłą przyczyną wielu dezercji załóg statków przybywających do Australii i często zdarzało się, że statki nie były w stanie odpłynąć, gdyż załogi uciekały niemal w komplecie. W tekście (a może i w rzeczywistości) James Baines wskazuje Forbesowi problem. Myślę, że w rzeczywistości Forbes znał go lepiej i wiedział o nim wcześniej. Dość, że przybywszy do Melbourne Forbes zgłasza w porcie… epidemię (w tekście jest mowa o szkorbucie, ale on już nie był kwalifikowany jako zaraza). W przypadku statku ogarniętego epidemią stosowano bardzo ostre zasady kwarantanny – nikt z pokładu nie mógł dotknąć niczego, co szło w kierunku lądu. Dodatkowo w samym porcie bardzo uważano na dezerterów i nie tylko nikt by im nie pomógł, ale z całą bezwzględnością schwytanych zwrócono by na pokład, lub uwięziono. Załoga była bez szans. Czego Forbesowi nie zapomniano, uwieczniając go jako tyrana w żeglarskiej pieśni.
   Szczerze mówiąc, słyszałem o innym przebiegu wydarzeń: w 1852 roku „Marco Polo” po zaledwie 68 dniach podróży z Anglii zawinął do Port Phillip w Australii wioząc 930 osadników. W porcie Forbes zastał około pięciu dziesiątek statków unieruchomionych dezercją załóg. Szybko myśląc jak zaradzić sytuacji i spełnić przechwałkę, że w pół roku obróci z powrotem, oskarżył przed władzami całą załogę o niesubordynację, która stanowiła przestępstwo. Moje źródło milczy, jak ją odzyskał, dość, że w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1852 roku kotwiczył już u ujścia rzeki Mersey, ku zdumieniu całego Liverpool.
   Widać, że nawet wersja oryginalna mija się z prawdą – Forbes nie mógł zgłosić epidemii, gdyż nie wysadziłby na ląd osadników, którzy pozostaliby na objętym kwarantanną statku, ergo, nie mógłby zrealizować celu rejsu, jakim było przewiezienie osadników w jedną, a transport wełny w drugą stronę.
   Za tydzień ciąg dalszy historii kapitana Forbesa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz