sobota, 10 grudnia 2016

Inne Klechdy. Nic nowego.

Powieść Pawła Majki pt. „Pokój Światów” zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Choć można westchnąć „Nihil novi sub sole”, to jednak nie tylko cieszę się, że ją przeczytałem, ale jeszcze nie mogę się doczekać ciągu dalszego.
    Jeśli coś można zarzucić J. Dukajowi to jego ostentację światotwórstwa. On jest w stanie wykreować zachwycający, kompletny świat dla potrzeb opowiadania i porzucić go. Nie kontynuuje. Nawet jeśli coś zamierzył kontynuować (urwania „Perfekcyjnej niedoskonałości” nie potrafię mu zapomnieć). I tak dla potrzeb „Innych pieśni” utkał świat z żywiołów Empedoklesa, w którym osią jest wywieranie wpływu na keros przez kratistosów, a wyzwaniem, które stoi przed bohaterami jest pokonanie adynatoi, istot, których nazwa po polsku brzmi niemożliwi. Piękne było i się skończyło. Pozostawieni sami sobie czytelnicy próbowali różnych środków na stłumienie tęsknoty za tym pięknym światem: przeżuwali akapity na forach, próbowali tworzyć RPG w oparciu powieść (a można nawet i bitewniaka, moim skromnym zdaniem, bo powieść jest dość wszechstronna). Teraz (no, dwa lata temu) dostali towar „pieśniopodobny” w postaci „Pokoju światów”
    Punkt wyjścia jest klasycznie wellsowski: oto najazd Obcych w trójnogich pojazdach. Wprost na pola bitew Wielkiej Wojny (zwanej w naszym świecie pierwszą wojną światową). Obcy posługują się osobliwą bronią, taką jak np. mitbomby, które sprawiają, że to w co odpowiednio silnie wierzymy staje się namacalną rzeczywistością. I wstają na ziemi legiony wiedźm, demonów, leszych, rusałek, gnomów, wstają bohaterowie literaccy, starzy bogowie, nowi bogowie, wykreowani w laboratoriach wojennych Marsjan, czarty na rozstajnych drogach, Smok Wawelski, Kościej Bezsmiertnyj, Krak i Wanda… Długo by wymieniać. W tym całym pandemonium flota inwazyjna Obcych (zwanych przez ludzi Marsjanami) ponosi klęskę, z powodu tzw. fali zwrotnej. Nie byli przygotowani, że ludzkość tyle energii wkłada w wiarę i zabobony. W efekcie cała flota spada na ziemię, a ci z Marsjan, którzy ocaleli muszą się zaadaptować. I to jest tło. Marsjanie i inwazja. Nic nowego.
    Teraz mamy bohatera numero uno. Mściciel. Nic nowego. Mściciel nazywa się Mirosław Kutrzeba (albo i inaczej, ale tak się przedstawia) i hoduje w sobie zmorę niczym symbionta. Zmora go wzmacnia, podgrzewa jego nienawiść i żądzę zemsty, a także jest w stanie go nieco zmienić (karnacja, kolor oczu, te sprawy). Prócz tego zmora syczy na inne kobiety (więc Mirek siennych figli nic nie uświadczy, niczym Jackie Estacado), za to okazyjnie może wyjść z człeka i stanąć obok. I zatańczyć z nosicielem. Kutrzeba jawi mi się jak postać z westernów Sergio Leone lub bohater wyjęty z Zelaznego, którego można śmiało postawić obok Widmowego Jacka, księcia Corwina, czy – może najbardziej – samego DilvishaPrzeklętego. Jest to cyniczny, do cna zgorzkniały stwór, który powstał w miejscu człowieka, któremu rodzinę zabito w imię zysku.
   Oczywiście jest zadanie, quest. Nic nowego. Ma towarzyszyć Marsjaninowi w wyprawie mającej na celu odnalezienie wraku marsjańskiego statku, by wydobyć z niego to, co jeszcze nadaje się do użytku. Nowe technologie wykopane z ziemi. Wydobyte z wraków – tak wygląda rozwój w nowym świecie, pełnym demonów i dusz potępionych.
    Jest do tej wyprawy drużyna. Syntetyczny bóg zwany Szulerem Losu, który marzy o stabilizacji i ma inklinacje do filozofowania, jest jego „córka”, jest Jasiek,Trzeci Syn, który potrafi rozmawiać ze zwierzętami, ale prawiczkiem zostanie aż do dnia spotkania królewny z bajki, którą – rzecz dlań oczywista – sam wyratuje. Jest olbrzym, jest cygańska czarownica, jest i Mioczka, optętaniec, w którego implementowano dwanaście demonów. Całość kojarzy mi się silnie z ekipą BPRD od Hellboya. O wiele bardziej niż z wymuskanymi awendżersami. Drużyna jak drużyna. Nic nowego.
Wanda, Szuler i Wanda. Obrazek w stylu Mignoli pochodzi stąd
    Są i adwersarze. Co jeden potężniejszy. Ale nie będę ich opisywał, gdyż tu definitywnie popsułbym radość czytania. Są też i po drodze sojusznicy. Także ich nie opiszę. Ale radość z odkrywania ich imion i pierwowzorów jest przednia. Wrogowie i sprzymierzeńcy. Nic nowego.
    Jest model narracji. Różne strumienie czasu multipleksowane według najlepszych wzorców Tarantino: jeśli nie patrzysz uważnie na podane na początku rozdziału daty, to zginiesz jak Antka gumowce w bagnie. Zwłaszcza, że niektóre wydarzenia mają tych samych bohaterów i te same miejsca, tylko różne daty. Jest pięknie, gdy w pamięci rośnie Ci schemat intrygi, klocki wpadają na swoje miejsca, a fabuła i świat rosną na podobieństwo kwiatów lodu zamarzających na szybie. Jest dobry warsztat opowieści w formie konfetti do samodzielnego montażu. Nic nowego.
   Jest i humor. Brutalny czasami. Czasami czarny. Głównie czarny. Jest dystans i autoironia. Jest swoboda języka, która powoduje, ze banalne teksty brzmią lekko i zabawnie. Jest i humor sytuacyjny – efektu zastosowania magicznego lusterka nie zapomnę chyba nigdy.
    No i jest zakończenie, które otwiera przed nami kolejne drzwi. W te drzwi hipotezy i domysły walą jak klienci dyskontu spożywczego na promocję karpi. Czy…? A kto był…? Czy to znaczy, że on był samodzielny w swoich działaniach, czy był tylko marionetką tamtych? Kim jest ten ostatni? Nie będzie wielkim spojlerem, jeśli powiem, że Kutrzeba nie dosięgnął wszystkich zabójców swej rodziny. Sam Majka nie unika tematu kontynuacji w swym posłowiu. Czekam więc na ciąg dalszy Sagi o Mścicielu. Nic nowego.
    Ale to nihil novi jest porywające. Ma Majka rękę do fabuły, postaci i akcji, do humoru sytuacyjnego i shrekowskich nawiązań – bo jak nazwać inaczej krakowski przekręt, w którym Kutrzeba występuje pod przybranym nazwiskiem pana Oceańskiego? Tu Majka zna umiar i miejsce, w czym lepszy jest od pani Kisiel. Nim spotkamy imć pana Oceańskiego, mamy już wyrobiony wizerunek głównego bohatera, więc widmo Clooneya nam nie grozi.
    Z innych nazwisk znaczących pięknie mi się komponuje Grabiński. Dawny detektyw kolejowy, oburęczny, niezawodny strzelec, alkoholik i przyjaciel Kutrzeby. Też postać kilkuwymiarowa i bardzom ciekaw, co autor przygotował z nim w następnej części. Nie da się odegnać jednak wspomnienia Stefana Grabińskiego, wielkiego i – niestety! – zapoznanego mistrza polskiej literatury grozy. Twórcy, który uczynił z galicyjskich kolei miejsce grozy dorównujące transylwańskim zamczyskom i nowoangielskim miastom. Może to także efekt tego, że w jednym z własnych opowiadań użyłem figury Grabińskiego-pisarza ze skłonnością do wyrobów spirytusowych. Mam szczerą nadzieję że gdy je wydam, nikt nikt będzie krzyczał o plagiacie z Majki, boć swój tekst napisałem w zeszłym milenium.
    Polecać? Po tysiąckroć – tak! To wszystko już było, ale Majka tworzy klimat, którego chyba w polskiej literaturze jeszcze nie było. Można powiedzieć, że to łotrzykowska powieść z gatunku zaklęć i pary, lecz byłoby to zbytnie uproszczenie. To świetna powieść fantasy-SF-post-apo z wielkim polotem i bardzo dobrym warsztatem.
    Aż się zastanawiam, ile oskarów zebrałby film nakręcony przez Jossa Whendona lub (lepiej) Guillermo del Toro (choć należę do tych, co uważają, że komiks Mignoli jest lepszy od filmu). No dobrze, na początek niech będzie Bagiński.
 
My, ludzie, nie mamy magicznych mocy, które mogłyby nam zastąpić nasza małą, poręczną podłość – odparł Korycki, przeżegnał się na wszelki wypadek i odszedł.
P. Majka „Pokój światów”

2 komentarze:

  1. Mam w planach przeczytać, "Niebiańskie pastwiska" podobały mi się i jestem pozytywnie nastawiona do twórczości tego autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam za zwłokę.
    Szczerze przyznam, że znam Majkę jedynie z tej powieści. Dlatego z kolei zastanawiałem się, czy nie dopisać "Niebiańskich pastwisk" do kolejki opatrzonej etykietką "do rychłego przeczytania". Przesunęłaś tę powieść w kolejce do przodu :-)

    OdpowiedzUsuń